Długodystansowiec

Długodystansowiec

Dodano:   /  Zmieniono: 
W czasach realnego socjalizmu te cechy były jego siłą. Obdarzony jednocześnie zmysłem społecznikowskim i niezłomnością, Waldorff nie tylko dawał sobie radę z ówczesną rzeczywistością, ale wówczas właśnie osiągnął największą popularność
 Był inny, niezależny, przekorny. Fenomen społecznego odbioru jego osobowości przypominał fenomen Kisiela (zresztą jego kolegi z czasów młodości), obdarzonego podobną swadą, przekorą i humorem. Autorytetem społecznym uczyniła też Waldorffa jego niestrudzona pasja ratowania zabytków. Podliczenie jego zasług jest imponujące: dzięki zbiórce społecznej doprowadził do wykupienia zakopiańskiej willi Atma i przekształcenia jej w Muzeum Karola Szymanowskiego, wspierał odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, zainicjował i prowadził zbiórkę eksponatów dla powstającego w stolicy Muzeum Teatralnego, dla poznańskiego Muzeum Instrumentów Muzycznych pozyskał dodatkową kamieniczkę, a na użytek popularyzacji muzyki Chopina - pałacyk Radziwiłłów w Antoninie. Przyczynił się do powstania warszawskiego Muzeum Ignacego Jana Paderewskiego i Wychodźstwa Polskiego (za jego sprawą znalazło ono siedzibę w Podchorążówce w ¸azienkach), wreszcie przez ostatnie dwadzieścia pięć lat prowadził założony przez siebie Społeczny Komitet Opieki nad Starymi Powązkami, dzięki któremu odnowiono już wiele pięknych zabytkowych nagrobków.
Waldorff, najpierw laureat Nagrody Kisiela, a później członek Kapituły Nagród Kisiela, żywo upominał się o dowody uznania dla współczesnych miłośników kultury przełamujących biurokratyczne bariery. Dzięki jego interwencji kapituła w 1997 r. wyraziła swe specjalne uznanie dla zasług Stefana Sutkowskiego, "niestrudzonego organizatora polskiego życia muzycznego, założyciela i kierownika Warszawskiej Opery Kameralnej". Waldorff był więc prawdziwym człowiekiem instytucją. Przy tym wszystkie akcje inicjował bynajmniej nie dla własnej popularności, lecz z prawdziwej miłości do kultury, tradycji. W tej dziedzinie zrobił tak wiele dobrego, że wybaczano mu nieraz kontrowersyjne sądy. - Nie zawsze można się było zgodzić z jego opiniami, ale jego wyrazista i znacząca osobowość nadawała im moc. Sama jego obecność w sali koncertowej elektryzowała - mówi Kazimierz Kord, dyrektor Filharmonii Narodowej (Waldorff miał w niej stałe miejsce pośrodku sali).
Poczucie humoru i dar słowa czyniły z Waldorffa niezrównanego felietonistę. Jeszcze przed wojną szef działu kultury warszawskiego "Kuriera Porannego", a zaraz po wojnie redaktor "Przekroju", czytelnikom młodszych pokoleń dał się poznać jako felietonista "Polityki". - We wrześniu przypadło trzydziestolecie naszej współpracy, ale poza wzmianką, którą uczynił w felietonie, nie chciał tej rocznicy obchodzić, bo planował połączyć ją w maju 2000 r. ze swymi dziewięćdziesiątymi urodzinami - wspomina Zdzisław Pietrasik, redaktor działu kultury "Polityki". Rzadko zdarza się też, by człowiek tak władający piórem był równie świetnym mówcą, gawędziarzem. Jego audycje w radiu (z udziałem jamnika Puzona), a potem w telewizji przysparzały mu jeszcze większej popularności. Był tak przekonujący, że do dziś wielu uważa go za autora słynnej Arystotelesowskiej maksymy: "Muzyka łagodzi obyczaje". Całą swą działalnością starał się zresztą przekonać wszystkich, że istotnie muzyka działa w ten sposób - i udawało mu się to. Miał przed wojną kontrowersyjny epizod polityczny: publikował w narodowo-faszyzującym "Prosto z mostu", popierał Mussoliniego. Wojna wyleczyła go z polityki - zajął się wówczas współorganizowaniem podziemnego życia kulturalnego Warszawy. Do końca życia pozostał przy kulturze. Niedawno wziął udział we wspomnieniowym cyklu "Zapiski ze współczesności", emitowanym przez Program II Polskiego Radia. - Waldorff zrobił podczas tej rozmowy coś, co mnie szczególnie ujęło: spokojnie rozliczył się z własną przeszłością, ze swym nacjonalizmem z czasów młodości - mówi Edward Pałłasz, kierujący w tym czasie "Dwójką". - Rzadko się zdarza, żeby ktoś umiał po latach uczciwie przyznać, że to, co niegdyś myślał i czynił, nie było dobre. W ostatnich latach mało już zajmował się muzyką - felietony w "Polityce" poświęcał wspomnieniom i zabytkom, co pewien czas autoironicznie siebie w ich poczet zaliczając. W ostatnim felietonie napisał: "Kiedy po raz ostatni rozmawiałem z moim przyjacielem Jarosławem Iwaszkiewiczem, on ze swojej góry wysokiej przypomniał mi, że jeżeli pisarz chce się utrwalić w pamięci swego społeczeństwa, to musi pisać nie tylko dobrze, ale długo". Waldorff utrwalił się z pewnością - należał do osób, które wydają się niezniszczalne. Żartował, że Pan Bóg kopnął go w nogi, ale nie w głowę. Powtarzał wciąż, że głupio mu żyć, kiedy większość jego przyjaciół już odeszła. Do końca starał się być otwarty i żywo reagował na to, co się działo. Niedawno na przykład zaangażował się w obronę zagrożonego bytu radiowej "Dwójki", jedynego programu w całości poświęconego kulturze. Jeszcze ostatniego lata na prośbę Krystiana Zimermana zgodził się patronować Polskiej Orkiestrze Festiwalowej, gdy młodzi muzycy odwiedzili go w Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach. Usłyszeć ich już nie mógł - choroba nie pozwoliła.
Był łącznikiem "między dawnymi a nowymi laty". Kiedy tacy ludzie - żywe pomniki przeszłości - odchodzą, tracimy poczucie ciągłości, więzi z historią. Dlatego tak trudno się z tym pogodzić. Nawet spiker telewizyjnych "Wiadomości" informację o śmierci Jerzego Waldorffa poprzedził zdaniem: "To wiadomość, której nie chciałoby się nigdy podawać".

Więcej możesz przeczytać w 2/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0