Globalna feta

Globalna feta

Świat powitał rok 2000
 
Obrzęd powitania roku 2000 trwał ponad dobę. Zaczął się w Kiribati, państwie położonym na 33 wyspach na środkowym Pacyfiku, a ostatnie salwy wybrzmiały na wyspach Samoa. Światowe stacje telewizyjne na żywo transmitowały zabawy sylwestrowe na całym globie. Przesłanie mediów było jasne: wkraczamy w stulecie, w którym będą one miały jeszcze więcej do powiedzenia niż dotychczas. Celebra witania roku 2000 była też potwierdzeniem sił chrześcijaństwa, które narzuciło swoją datę jubileuszową całemu globowi. Tymczasem - zgodnie z kalendarzem żydowskim - mamy rok 5761, według Chińczyków - 4698, dla Japończyków jest to rok 2660, dla buddystów - 2544, dla hinduistów - 1923, dla abisyńskich Koptów - 1716, dla muzułmanów - 1421, a dla Persów - 1378.


Większość Polaków sylwestra 2000 spędziła - jak dowcipkowała ulica - w NOT, czyli na Nocnym Oglądaniu Telewizji. Ceny za zabawę sylwestrową, jakie podyktowali restauratorzy zarówno w małych, jak i większych miejscowościach, były tak wysokie, że wielu rodaków wolało zostać w domu lub bawić się w plenerze. W stolicy świętowano na placu Zamkowym i placu Piłsudskiego, w większych miastach bale odbywały się na rynkach i promenadach. Wprawdzie przeciw urządzaniu zabawy przed Grobem Nieznanego Żołnierza protestowały organizacje kombatanckie, ale - jak stwierdziła Ewa Gawor, dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego Gminy Warszawa Centrum - "plac Piłsudskiego jest największym placem stolicy, a w Warszawie nie ma miejsca, które nie wywoływałoby protestów". Teatr Wielki udekorowano więc stu latarniami-świecami, które o północy zostały widowiskowo "zdmuchnięte".
Wbrew globalnej psychozie świętowania Amerykanie jubileuszowego sylwestra przyjęli nadzwyczaj chłodno. Dla 72 proc. z nich - jak wykazały ankiety - nie miał on większego znaczenia. W Nowym Jorku nawet odwołano koncert tysiąclecia, na jakim mieli wystąpić Sting, Andrea Bocelli i Aretha Franklin (bilet kosztował 2 tys. USD). Bal sylwestrowy zaś w hotelu Washington Hilton z noclegiem, czterema posiłkami i tzw. darmowym barem kosztował 849 USD plus dziesięcioprocentowy podatek. W hotelu Omni Shoreham za podobną imprezę trzeba było zapłacić 899 USD plus podatek. Kilkakrotnie wyższych honorariów niż podczas zwykłych sylwestrów żądały orkiestry rozrywkowe, kelnerzy, kierowcy taksówek i limuzyn. Opiekunkom do dzieci trzeba było zapłacić 20-40 USD za godzinę. W USA najhuczniej 2000 r. powitano w metropoliach: w Chicago, Nowym Jorku i Waszyngtonie. Władze Chicago przygotowały obiad dla gości z wszystkich krajów świata - od A do Z, czyli od pasterzy z Afganistanu po rolników z Zimbabwe. W Nowym Orleanie zorganizowano pogrzeb starego roku, a ulicami miasta przeszła procesja orkiestr jazzowych. W Nowym Jorku władze miejskie kosztem 7 mln USD wydały bal na Times Square. Bezpieczeństwa ponad trzech milionów turystów i mieszkańców miasta strzegło osiem tysięcy policjantów i funkcjonariuszy służb specjalnych. Podczas dwudziestosześciogodzinnej zabawy na gigantycznym ekranie obserwowano nadejście nowego roku w 24 strefach czasowych świata. W Waszyngtonie powitano go razem z Billem i Hillary Clintonami na promenadzie The National Mall, która ciągnie się od siedziby Kongresu aż do Białego Domu.
Na ulicach Wiednia bawiło się ponad 600 tys. osób. Punktualnie o północy z wieży katedry św. Stefana odezwał się dzwon Pummerin, który dla Austriaków jest tym, czym dla nas wawelski Zygmunt. Obawiano się, czy się nie spóźni i czy w ogóle zacznie bić, ponieważ steruje nim komputer. W Burgenlandzie, kraju związkowym leżącym przy granicy z Węgrami, słynącym z produkcji doskonałych win, pewien winiarz zaprosił gości na sylwestrowe otwarcie beczki wina, które leżakowało w piwnicy sto lat. Rozczarowaniu nie było miary, kiedy okazało się, że w beczce jest galaretka o smaku wina. Przytomny gospodarz zamiast pucharów podał talerzyki i goście zajadali stuletnie wino widelcami. W Nowy Rok w południe w sali złotej Wiedeńskiego Towarzystwa Przyjaciół Muzyki zaczął się jubileuszowy koncert noworoczny Wiedeńskich Filharmoników. Impreza wypadła raczej przeciętnie, o co winą mieszkańcy miasta obarczają dyrygenta Ricardo Mutiego. Ale zaraz po jej zakończeniu Andreas Widhölz wygrał noworoczny konkurs czterech skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Austriacy przestali więc narzekać na koncert i zaczęli wznosić toasty za zdrowie swych alpejskich orłów.
Na paryskich Polach Elizejskich i pod wieżą Eiffla, według oficjalnych wyliczeń, zgromadziło się w sylwestra ponad 1,3 mln osób. Turyści zagraniczni byli oczarowani inwencją artystów, którzy przygotowali olśniewający spektakl wielkich świetlistych kół, oraz bardzo emocjonującym pokazem sztucznych ogni, choć wśród rozpieszczonych paryskimi fajerwerkami Francuzów pojawiły się głosy, że trwał on za krótko i nie różnił się niczym szczególnym od tego, co w tym samym miejscu można oglądać co roku w święto narodowe 14 lipca. W dodatku parę godzin przed północą zepsuł się na wieży świetlny zegar, co uniemożliwiło publiczności wspólne odliczanie sekund pozostających do końca roku. Elektronika szwankowała też w Marsylii, gdzie pokaz sztucznych ogni w ogóle się nie odbył, bo dokładnie o północy, po odstrzeleniu kilku skromnych rakietek, zepsuł się system sterujący widowiskiem. Mimo przeciwności świętowano jednak hucznie. 1 stycznia rano z ulic Paryża uprzątnięto kilkadziesiąt ton śmieci, głównie kotylionów i butelek po szampanie. Po zabawie sylwestrowej kilkadziesiąt tysięcy Francuzów i turystów zagranicznych miało jeszcze dość sił, by zacząć rok 2000 od stania w kilometrowych kolejkach - po dwuletniej renowacji w noworoczny weekend otwarto Centrum Pompidou (wstęp był bezpłatny). W Sztokholmie do zabawy nie zniechęcił 700 tys. osób nawet osiemnastostopniowy mróz. O północy król Karol XVI Gustaw z tarasu zamku wzniósł toast noworoczny. Nowy rok ze sceny umieszczonej na wodzie naprzeciwko zamku królewskiego przywitał przebojem z lat 80. "The Final Countdown" zespół Europe. Ta popularna w latach 80. szwedzka grupa rockowa połączyła się właśnie (po dłuższym rozstaniu) z okazji milenijnego sylwestra, a w podjęciu tej decyzji znacznie pomogło jej członkom zapewne 20 mln koron, które zainkasowali za koncert. Na balu w zamku królewskim bawiło się ponad tysiąc gości. Osoby, które nie zostały na niego zaproszone, świętowały w restauracjach, na balach i prywatkach oraz sztokholmskich ulicach. Na nabrzeżu w pobliżu zamku stanął najdłuższy szwedzki stół, gdzie oprócz dań narodowej kuchni można było za 350 koron (175 zł) nabyć "niezbędnik sylwestrowy", czyli karton zawierający cztery pełne lampki szampana. Włosi bawili się tak doskonale, że odnotowały to nawet sejsmografy. W Rzymie zaraz po północy centralki telefoniczne policji i strażaków zablokowane zostały przez setki obywateli zaniepokojonych złowieszczym kołysaniem się żyrandoli. Nie było to jednak trzęsienie ziemi, tylko efekt entuzjazmu: w historycznym centrum Rzymu na otwartym powietrzu odbywały się koncerty (trzy rockowe i jeden klasyczny). Wzmacniacze o mocy tysięcy kilowatów oraz rytmiczne tupanie półtora miliona osób spowodowały kołysanie budynków w Wiecznym Mieście.
Po raz pierwszy w historii szacownego placu Świętego Piotra między ramionami kolumnady Berniniego (wybudowanej w XVII w. na zamówienie papieża Aleksandra VII) odbył się koncert rockowy. Po raz pierwszy Kościół uczcił też nadejście nowego roku kalendarzowego: o północy w oknie pałacu apostolskiego pojawił się papież i przemówił do zgromadzonej młodzieży. Przyjmowany był z równym entuzjazmem jak piosenkarz Claudio Baglioni. Co prawda w większości miast włoskich funkcjonowały millenium bus, czyli dyżurne środki komunikacji miejskiej, ale i tak kolosalny korek w centrum stolicy udało się rozładować policji dopiero około dziewiątej rano. Od świtu prawdziwy szturm przypuszczony został na rzymską Stazione Termini. Miało tam być kilka pociągów specjalnych, których zadaniem było odwiezienie zabawowiczów do pobliskich miejscowości. Kolejarze nie zgodzili się jednak ruszyć pociągami obwieszonymi pasażerami. A wszystko z powodu milenium, które z całą pewnością nie przypada w tym roku. Nawet Kościół przyznał, że opracowujący kalendarz średniowieczny mnich Dionisos Esiguus, czyli "niewielki", pomylił się o kilka lat. Co gorsza, do dziś nie wiadomo, w którą stronę. Uznał bowiem, że Chrystus urodził się w roku śmierci Heroda Wielkiego i w roku spisu powszechnego ogłoszonego przez rzymskiego namiestnika Kwiryniusza. Tymczasem Herod zmarł w roku znanym nam jako 4 p.n.e. W dodatku spis powszechny rzeczywiście się odbył, ale w 6 i 7 r. n.e. Ewangeliści wymyślili nakaz powrotu do miejscowości, z których pochodziły głowy rodzin, żeby uzasadnić obecność Świętej Rodziny w Betlejem, a nie tam, gdzie być powinna, czyli w Nazarecie. W rzeczywistości Kwiryniusz nigdy podobnego zarządzenia nie wydał. W każdym razie prawdopodobnie rok 2000 był w 1996 r. albo dopiero nadejdzie za sześć, siedem lat. 

 
Okładka tygodnika WPROST: 2/2000
Więcej możesz przeczytać w 2/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0