Chemia rodzinna

Chemia rodzinna

W garażu rządowej willi przy ul. Klonowej stoi zabytkowa dacia, kupiona na raty w styczniu 1974 r., która przejeździła z Buzkami 350 tys. km. Choć już z trudem odpala i ma wycieki benzyny, premier nie sprzeda jej za  żadne pieniądze.
W garażu rządowej willi przy ul. Klonowej stoi zabytkowa dacia, kupiona na raty w styczniu 1974 r., która przejeździła z Buzkami 350 tys. km. Choć już z trudem odpala i ma wycieki benzyny, premier nie sprzeda jej za żadne pieniądze. - To nasz pierwszy samochód, prawie członek rodzi- ny - tłumaczy Ludgarda Buzek. W ogrodzie stoją talerze z resztkami wigilijnych rybek, którymi premierostwo dokarmiają bezpańskie koty z okolicy, niejako w zastępstwie trójki własnych, "pilnujących" gliwickiego M-5 na osiedlu Kopernika, doglądanych przez sąsiadkę i czekających na cotygodniowy przyjazd swojej pani. - Mają śluzę na balkon, a stamtąd schodkami w szczelinie dylatacyjnej mogą wychodzić na dwór - objaśnia fachowo dr Buzkowa. W przedpokoju willi walają się dziecięce buciki, a za ścianą saloniku, w którym rozmawiamy z premierem o sprawach wagi państwowej, pokrzykuje najmłodsza wnuczka pani Ludgardy. Boże Narodzenie, podobnie jak w zeszłym roku, Buzkowie spędzili w warszawskiej rezydencji, by nie skazywać tuzina oficerów BOR na święta w gliwickim hotelu (który z poprzednich zamiejscowych VIP-ów miał takie skrupuły?). Poza tym jest tu dosyć miejsca dla całej rodziny: do wieczerzy wigilijnej, z karpiem i pierogami, zasiadło 18 osób. Pod choinkę premier dostał krawat i piękne pióro, którego obiecał pilnować; kilka poprzednich podwędzono mu "na pamiątkę", gdyż podpisywał nimi ważne dokumenty.
Podczas gdy inne osobistości z politycznego proscenium zazdrośnie strzegą swojej prywatności, o życiu osobistym Jerzego Buzka i jego rodziny wiadomo prawie wszystko, łącznie ze sprawami niemal intymnymi. Premier nie ucieka przed fotoreporterami po drabinie, nie odgania dziennikarzy swojskim "a sio!" i nie cenzuruje wywiadów udzielanych przez jego żonę i córkę pismom kobiecym. Znana jest jego genealogia (wyrósł na styku narodów i kultur w ewangelickiej rodzinie cieszyńskich Ślązaków), dzieciństwo (do trzynastego roku życia mówił tylko gwarą, a literackiej polszczyzny uczył się dopiero w szkole średniej), młodość (wielkim rozczarowaniem był dlań rok 1956, kiedy przez kilka miesięcy wierzył, że komunizm jest reformowalny), późne narzeczeństwo (oboje byli po trzydziestce), niełatwe małżeństwo (ona - katoliczka po rozwodzie, starsza od niego o pięć lat) i jeszcze trudniejsze ojcostwo (wieloletnia walka o życie i zdrowie Agaty). Wiadomo, jakie są jego upodobania, od kulinarnych (kluski śląskie, rolada i modra kapusta ze skwarkami) po sportowe (żagle, kajaki, hippika, tenis oraz palant), czego nie lubi (prac domowych i opowiadania kawałów), co lubiłby, ale nie umie (fotografować) i czym ujął swoją przyszłą żonę (uporem, kondycją fizyczną i studiowaniem Biblii). Wyjawił w jednym z wywiadów, że chciał być aktorem (co się nie udało, choć było osiągalne) i posłem w wolnej Polsce (co się z kolei spełniło, choć nie wyglądało realnie). Nie mógł jednak planować, że będzie premierem. Czy ta bulwersująca niejedną osobę z jego otoczenia otwartość ma dowodzić, że polityk nie powinien mieć nic do ukrycia? Czy też jest celową kreacją wizerunku, zastępującą nie spełnione marzenia o aktorstwie? A może odtrutką na daleką od ewangelicznych zasad politykę? - Mego życia prywatnego nie da się oddzielić od funkcji publicznej, którą dziś sprawuję, bo ono pracowało na nią przez dziesiątki lat - odpowiada premier.
- W domu rodzinnym wzrastałem w atmosferze, w której nie było zgody na traktowanie ludzi w sposób przedmiotowy, co dla mnie w systemie totalitarnym było najbardziej upokarzające. Dlatego czułem niechęć do wszystkiego, co mnie w tamtych czasach otaczało. Również przez wzgląd na moich przodków, którzy uczestniczyli w życiu publicznym jeszcze przed zdobyciem niepodległości przez Polskę i w dwudziestoleciu międzywojennym. O tym zawsze mówiło się przy okazji świąt i spotkań rodzinnych. Miałem też to szczęście, że w gronie zawodowym i towarzyskim trafiłem na ludzi myślących podobnie. Inżynieria chemiczna to szczególna specjalność, na pograniczu wielu dziedzin nauki, a wszelkie pogranicza są najbardziej płodne. Nasze fachowe dyskusje, nieformalne spotkania i "nocne rodaków rozmowy" zawsze przebiegały w ten sam sposób. Od czego byśmy nie zaczęli, kończyliśmy na sprawach ogólnych, dotyczących Polski. Dyskutowaliśmy tak, jak byśmy byli wolnymi ludźmi w wolnym kraju, choć w latach 60. i 70. wydawało się to utopią. Nawet w najbardziej mrocznych okresach komuny nie czuliśmy się bezsilni ani samotni. Snuliśmy plany na przyszłość.
Pomagała w tym nielegalna literatura, sprowadzana czasem z drugiego końca Polski, jako że w czasach gierkowskich Śląsk był pod szczególnym nadzorem. A także dzieła rodzimych twórców, do których Buzek ma ogromny szacunek. - Ludzie sztuki, pisarze, artyści przekazywali nam wartości, które chcieliśmy odzyskać. Doszukiwaliśmy się ich w każdym dziele, mimo cenzury, którą mistrzowie pióra i kamery potrafili przechytrzyć. Wielkim przeżyciem był dla mnie spektakl "Dziadów" z 1968 r. i jego następstwa oraz ekranizacja "Wesela". To, co w 1900 r. napisał Wyspiański, stało się aktualne i nośne 70 lat później.
Prywatnie podziwiał pisarzy emigracyjnych, którzy wybrali obczyznę, choć skazywali się na wyjałowienie z braku polskiego gruntu, który był ich natchnieniem. On sam jednak nigdy nie myślał o emigracji, choć po dziesięciomiesięcznym pobycie w Anglii miałby łatwy start. - To nigdy nie wchodziło w rachubę. Chciałem być tutaj choćby po to, by zobaczyć, jak ten system się rozpada, o czym byłem święcie przekonany, choć, powiem szczerze, myślałem, że stanie się to później.
Z tamtych prywatnych czasów, kiedy był kolejno studentem, "Buźkiem" z wypraw turystycznych, liderem nieformalnej grupy dysydentów, "Karolem" ze śląskiego podziemia, szefem zespołu w instytucie PAN, moderatorem konferencji naukowych świetnie prowadzącym obrady, autorem programu gospodarczego "Solidarności" - przydaje mu się wiele. Dobre kontakty z ludźmi. Umiejętność słuchania i dyskutowania. Otwartość na inne poglądy i tolerancja, właściwa ludziom z pogranicza. Zdolność do pracy przez kilkanaście godzin dziennie. Wiara w to, że warto i trzeba zmieniać świat, nawet jeśli wydaje się to niemożliwe. A także pewna obserwacja wyniesiona z pobytu w Anglii, gdy targały nią takie niepokoje, że nawet wyłączano prąd. - Zobaczyłem, że demokracja to niełatwy system. Ale jedyny, który daje szansę. W którym ludzie co cztery lata decydują o sobie, o swoim państwie i miasteczku. I w którym długie debaty, trwające czasem wiele tygodni lub miesięcy, mają sens, bo prowadzą do konsensusu. Nasze spory w koalicji są nagłaśniane przez media. Można mieć do mnie pretensję, że ich nie wyciszam, że nie dbam o tak zwany wizerunek rządu. Ale uważam, że tak powinno być, bo to jest istota demokracji i najbardziej skuteczna metoda szukania najlepszych rozwiązań dla Polski.
Okładka tygodnika WPROST: 2/1999
Więcej możesz przeczytać w 2/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0