Wspaniali trzydziestoletni

Wspaniali trzydziestoletni

Polscy yuppies coraz częściej czują na plecach oddech dwudziestokilkuletnich konkurentów
To, do czego inni dochodzili latami, oni osiągali przez dwa miesiące. Karierę zaczynali w czasach, gdy entuzjazm, kreatywność i pasja liczyły się bardziej niż tytuł naukowy i doświadczenie. Trzydziestolatkowie przypuścili szturm na stanowiska prezesów, dyrektorów - zwierzchników setek pracowników. Ciągle słyszą, że mieli szczęście, że "wtedy" - na początku lat 90. - o sukces było łatwiej. Czy polskim yuppies zagraża dziś konkurencja ze strony świetnie wyedukowanego pokolenia dwudziestokilkuletnich technokratów? - Rzeczywiście, jako pokolenie przełomu mieliśmy sporo szczęścia. Już kilka lat później było znacznie trudniej zrobić szybko karierę - mówi Kinga Lewandowska, zastępca dyrektora generalnego i członek zarządu agencji reklamowej McCann Communications. W 1993 r. na rozmowę kwalifikacyjną w McCann Erickson wbiegła prosto z joggingu: w dresie i adidasach. Kończyła wtedy studia w Szkole Głównej Handlowej. - Wszystko działo się bardzo szybko. Przyniosłam swoje dokumenty do rozpatrzenia, a tu od razu, z zaskoczenia, zaproszono mnie na rozmowę. Przyjmowano w zasadzie każdego, kto skończył studia i znał angielski. Nie wymagano doświadczenia w reklamie, bo nikt go przecież wtedy nie miał. Ci, którzy się nie nadawali, odpadali później - wspomina Kinga Lewandowska. - Moje pokolenie trafiło na dobry moment, wykorzystało ogromny popyt na młode kadry. Fascynowało nas, że tak szybko możemy się stać niezależni, że do mieszkań, samochodów i odpowiedzialnych stanowisk dochodzimy o wiele szybciej niż nasi rodzice - mówi Andrzej Dąbrowski. Kiedy rówieśnicy dorabiali się na kelnerowaniu w warszawskich knajpach, on studiował ekonomię i robił brytyjskie uprawnienia finansowe. W swojej pierwszej firmie Coopers and Lybrand zaczynał od zera. Po czterech latach został menedżerem. Dziś ma 30 lat i zarządza finansami firmy Philip Morris. - Na początku lat 90. ofert pracy dla młodych ludzi było o wiele więcej niż odpowiednich kandydatów. Doświadczenie i predyspozycje liczyły się więc wtedy mniej niż entuzjazm - mówi Dorota Zawadzka, dziś szefowa działu public relations Wizji TV. W 1995 r., mając na koncie studia, staże i pracę we Francji, została zatrudniona w Canal Plus jako attaché prasowy, a potem rzecznik prasowy filmowej produkcji tej stacji. Arkadiusz Pragłowski, 31-letni dyrektor generalny Warner Bros. Poland, już na studiach był dziennikarzem i producentem muzycznym. Twierdzi, że złożoną mu sześć lat temu propozycję kierowania przedstawicielstwem Warnera potraktował jak przygodę, a nie początek zawodowej kariery. Podobnie jak wielu jego rówieśników lubi ustawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej: - Nie interesowało mnie "bycie szefem". Praca jest dla mnie pasją i świadomie ponoszę tego konsekwencje. Wyznaję zasadę: jeśli chcesz coś zrobić dobrze, rób to z poświęceniem. - Pokolenie trzydziestolatków otrzymało od życia ogromną szansę. Na początku lat 90. nie było w Polsce specjalistów od kariery, marketingu, badań rynkowych. Stawiano na ambicję i indywidualną przebojowość, nie dbając o staż czy doświadczenie. Młodzi ludzie traktowali więc pracę bardziej jak przygodę niż obowiązek. Dlatego właśnie wielu z nich w pogoni za karierą zapomniało o wykształceniu, życiu rodzinnym i towarzyskim. Jednak - wbrew powszechnemu przekonaniu - większość gwiazd tego pokolenia skończyła studia, założyła rodziny i umie pogodzić sukcesy zawodowe ze szczęściem osobistym - mówi Cezary Trutkowski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Wśród "doświadczonych" menedżerów starego systemu dwudziestokilkuletni dyrektorzy czuli się jak w paszczy lwa. Przecież do takich stanowisk dochodzi się latami, drogą kolejnych awansów. Nie wystarczy entuzjazm czy ambicja. Młody to znaczy niedoświadczony i nieprzygotowany - ten stereotyp towarzyszył im długo. Nawet najmniejsze potknięcie było zauważone, wydrwione i zapamiętane. Myśleli o pracy całą dobę. Czasem sztucznie dodawali sobie powagi. Kinga Lewandowska na początku kariery ubierała się w konserwatywne, "postarzające" kostiumy, a nawet - choć nie ma wady wzroku - zaczęła nosić okulary. - Dawałam sobie godzinę na udowodnienie klientom, że jestem poważnym partnerem. Jeśli po tym czasie kilku pięćdziesięciolatków nadal patrzyło na mnie z podejrzliwością i lekceważeniem, wiedziałam, że ten egzamin oblałam - wspomina Kinga Lewandowska. Rafał Wiśniewski jako 25-latek został doradcą premiera Tadeusza Mazowieckiego w czasie jego pierwszej wizyty na Węgrzech. Dwa lata później był już najmłodszym dyrektorem Instytutu Polskiego w Budapeszcie. Dziś koordynuje pracę pionu informacji, promocji i polityki kulturalno-naukowej w MSZ; w warszawskiej centrali zatrudnia czterdziestu pracowników (głównie starszych od niego). - Zarówno dla zwierzchników, jak i starszych podwładnych zawsze miałem intelektualny respekt. Dlatego w naszych relacjach nigdy nie było miejsca na nieporozumienia wynikające z różnicy generacyjnej. Nigdy nie uznawałem za atut faktu, że jestem młody, a oni tego, że są starsi. Jeśli nie domagamy się od świata kredytu z powodu młodego wieku, nie dajemy podstaw do tego, by nas lekceważono - mówi Rafał Wiśniewski. Andrzej Dąbrowski, mimo że pamięta niemiłe uczucie bycia lekceważonym, uważa swój wiek za ogromny walor. Gdy się ma 30 lat, do głowy przycho- dzą przecież często szalone (i przez to genialne) pomysły, a firmę łatwiej jest traktować jak drugi dom. Jacek Cegłowski, absolwent nauk politycznych i Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, został w wieku 28 lat wicedyrektorem gabinetu ministra przemysłu i handlu. Po roku był już szefem ds. organizacyjnych w ministerialnej Agencji Techniki i Technologii. Latem do ministerstwa przychodził w szortach, z plecakiem. Dopiero w gabinecie przebierał się w garnitur i zakładał krawat. Bywało, że pracę kończył o czwartej rano następnego dnia. Dziś jest wiceprezesem i dyrektorem generalnym World Sport, sieci autoryzowanych salonów sprzedaży sprzętu sportowego, m.in. firm Nike, Reebok i Adidas. Choć kieruje firmą mającą wielomilionowe obroty, najbardziej dumny jest z tego, że udało mu się zachować dziecięcą wrażliwość: - Wraz z młodością wnosisz do firmy dynamizm i entuzjazm. Bardziej niż do stanowiska i pozycji przywiązujesz się do tego, co robisz. Czy słusznie pokolenie trzydziestolatków jest uważane za pokolenie stracone? Ilu z nich naprawdę udało się uniknąć pułapek pracoholizmu i przykrych następstw szybkiego sukcesu? W wypadku dwudziestolatka wspinaczka po zawodowej drabinie tytułów i stanowisk przypomina przewracanie kostek domina. Każdy sukces wymusza kolejny, często osiągany za wszelką cenę. Po szesnastu godzinach spędzonych w pracy brakuje już jednak czasu i siły na refleksję, dystans. Kiedy w końcu przychodzi świadomość, że praca nad niezwykle ważnym projektem zajmuje miejsce do niedawna zarezerwowane wyłącznie dla życia prywatnego, na wycofanie się z "wyścigu szczurów" jest już zwykle za późno. - Jeśli ktoś bardzo wcześnie przyzwyczai się do władzy, służbowych samochodów i telefonów komórkowych, może zostać ich niewolnikiem. Będzie się panicznie bać utraty swojej pozycji. Może być także odwrotnie: człowiek nabiera przekonania o nieważności i ulotności tych "gadżetów". Minusem szybkiej kariery w młodym wieku jest też fakt, że dalsza edukacja ogranicza się często jedynie do praktyki, a to może prowadzić do powierzchowności lub stagnacji - mówi Rafał Wiśniewski. W zawodowe ryzyko yuppies wliczają rozstroje żołądka, trudności z zasypianiem, brak wakacji. Przy ich trybie pracy trudno też o ustabilizowane i szczęśliwe życie rodzinne. Andrzejowi Dąbrowskiemu zdarzyło się spędzić w firmie całą noc: - W finansach nie da się niczego odłożyć na później - śmieje się. Na ubiegłoroczną wieczerzę wigilijną dotarł do domu dopiero późnym wieczorem. Właśnie dlatego prezenty gwiazdkowe kupuje trzy miesiące przed świętami. Mimo to twierdzi, że nie dał się pracy zwariować: uprawia sport, jeździ z rodziną na urlop, a w głowie ma jeszcze miejsce na całkiem prywatne problemy. Według Cegłowskiego, sukces to spełnianie marzeń, emocjonalna równowaga i osiąganie kolejnych celów, a nie coraz wyższa pensja. - Praca na wysokim stanowisku to ogromny stres i odpowiedzialność, ale mój organizm po prostu potrzebuje codziennej dawki adrenaliny. Nie znaczy to jednak, że jestem pracoholikiem - zastrzega. Przyznaje wszak, że za 20 lat wyobraża sobie siebie jedynie na stanowisku prezesa dużej firmy z międzynarodowym kapitałem. Szef musi wytyczać kierunek, opracować strategię. Przypomina kapitana, który nieustannie czuwa, by statek nie rozbił się na skałach. Statek młodych szefów-kapitanów nie tylko się nie rozbija, ale energicznie prze do przodu. - Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Od momentu, kiedy to zrozumiałam, dużo więcej udaje mi się zdziałać - mówi Dorota Zawadzka. Za najważniejsze zalety szefa uważa umiejętność myślenia perspektywicznego, ale także budowania takich relacji w zespole, by wszyscy pracowali w myśl zasady: jak najwięcej chcę i jak najmniej muszę. - Dobry szef tak dużo wymaga od siebie, że nie musi mieć skrupułów przy stawianiu wysokich wymagań swoim pracownikom. Nawet wtedy, gdy wydaje im się, że nie mogą tyle z siebie dać. Stwarza więc swoim podwładnym szansę, by przekonali się, ile są warci. Bywa, że właśnie dzięki szefowi odkrywają swoje możliwości - twierdzi Rafał Wiśniewski. Dwudziestolatek jest za młody, by kierować ludźmi - ostrzegają psychologowie. Zamiast na efektywnym szefowaniu zespołowi skupia się często na osobistym sukcesie. - Szef, który dba tylko o własną karierę, nigdy tak naprawdę jej nie zrobi. Nie da się prowadzić firmy bez profesjonalnego przygotowania i ciężkiej zespołowej pracy. Dlatego sukces mojej firmy jest też sukcesem jej pracowników. To fani kina - przekonuje Arkadiusz Pragłowski. Wymaga od nich zaangażowania, poświęcenia i pasji. Dla Andrzeja Dąbrowskiego największym grzechem szefa jest brak lojalności wobec pracowników, bo to prowadzi do utraty autorytetu. - Najtrudniej jednak jest zaufać i powierzyć odpowiedzialne zadanie. Kto tego nie potrafi, wpada w zastawioną przez siebie pułapkę: nie tylko nie buduje zgranego zespołu, ale żyje w ciągłym stresie, bo wszystko chce zrobić sam - uważa Dąbrowski. Zdaniem Jacka Cegłowskiego, najtrudniej jest zwolnić kogoś z pracy, a tym samym zadecydować o czyimś losie. Polscy yuppies coraz częściej czują na plecach oddech młodszej konkurencji. - Dzisiejsi dwudziestolatkowie są już jednak inni. Mają dystans do świata, pracy, kariery. Nie walczą o swoje poglądy, nie forsują tak uparcie pomysłów. Pracują długo, ale nie z pasją, tylko raczej dlatego, że tak trzeba. Zresztą to ich starsi koledzy odkrywali świat, oni tylko powielają utarte wzorce. To pokolenie konformistycznych technokratów, dla których zawodowym sukcesem jest odnalezienie się w jakiejś strukturze, jednak nie dzięki osobistym predyspozycjom, ale dzięki znalezieniu się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i z odpowiednimi atutami. Trzydziestolatków określały możliwości, ich określa konkurencja - zauważa Cezary Trutkowski. Dwudziestolatkowie zdają się nie wierzyć, że czas szybkich karier się kończy. Są nastawieni na sukces. Świetnie przygotowani merytorycznie absolwenci zagranicznych uczelni lub specjalistycznych kursów są przeświadczeni o wspaniałych perspektywach, jakie się przed nimi roztaczają. Mają ambicje i duże wymagania. Już na początku żądają horrendalnych wynagrodzeń. Za kilka lat chcieliby - tak jak ich starsi koledzy - być szefami marketingu lub "co najmniej" dyrektorami finansowymi. Chcą się przebić, zostać zauważeni. Silą się na oryginalność, dlatego pisząc pierwszy życiorys, nie zapominają wspomnieć o zainteresowaniach: filozofii feng-shui czy parapsychologii. - Brakuje im naszego entuzjazmu, poświęcenia, zaangażowania. Szybka kariera przychodzi im dużo trudniej, bo wolniej zdobywają doświadczenie. Debiutantom nie powierza się już dziś odpowiedzialnych zadań. Cały czas patrzy się im na ręce. Nas rzucono od razu na głęboką wodę - mówi Kinga Lewandowska. - Taka konkurencja mobilizuje - uważa Arkadiusz Pragłowski. Dodaje jednak: - Znam wielu trzydziestolatków, którzy nie skończyli studiów, a są takimi fachowcami, że nie jest ich w stanie zastąpić nawet najlepiej przygotowany dwudziestokilkuletni absolwent szkoły wyższej.

Okładka tygodnika WPROST: 2/1999
Więcej możesz przeczytać w 2/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0