Człowiek premierem

Człowiek premierem

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Za te wszystkie reformy zapłacą ludzie" - stwierdził w telewizyjnym programie publicystycznym "Forum" lider Unii Pracy.
Wynika z tego, że gdyby nie zła wola premiera i rządu, gdyby lepiej przygotowano reformy, koszty ich wprowadzenia spadłyby na zwierzęta. Nie wiadomo tylko, czy zapłaciłyby za to zwierzęta domowe, czy dzikie, a może część wydatków pokryłyby istoty nadprzyrodzone.
Wybrałem ten cytat z wypowiedzi skądinąd sympatycznego polityka, gdyż jest to kliniczny przykład przeniesienia schematu nowomowy PRL do współczesności. W demokratycznym państwie o gospodarce wolnorynkowej za wszystko płacą obywatele, także za służbę zdrowia, oświatę, ubezpieczenia społeczne etc., tyle że formy płatności są różne. Zresztą w państwie totalitarnym jest tak samo, tyle że okłamuje się obywateli, iż za wszystko płaci państwo. "Jednym z największych problemów w Polsce, na Węgrzech, w Rosji, na Ukrainie i w wielu innych państwach bloku komunistycznego jest fakt, że kraje te próbowały wprowadzić demokratyczne instytucje polityczne, nie posiadając zaplecza w postaci sprawnie funkcjonującej gospodarki kapitalistycznej" - trudno nie przyznać racji F. Fukuyamie, autorowi tego spostrzeżenia, zamieszczonego w wydanej w 1995 r. książce pt. "Zaufanie". Dziś widać wyraźnie, że Polska, Czechy i Węgry osiągnęły bardzo dużo w odbudowie "zaplecza demokracji". Kolejne reformy - ubezpieczeń, administracji i służby zdrowia, a także szkolnictwa - w Polsce to nic innego, jak pożegnanie się z PRL-owską spuścizną, z kłamstwem, że za wszystko płaci państwo, a nie ludzie.
W tym roku minie równo dziesięć lat od czasu, kiedy rząd Tadeusza Mazowieckiego rozpoczął trudny okres transformacji ustrojowej. Na scenie politycznej pojawiły się w tym okresie nowe osobowości tak po stronie prawej, jak i lewej. Wszyscy ci politycy mieli i zapewne mają ogromny wpływ na kształtowanie się nowych norm kultury politycznej w demokratycznym społeczeństwie. Oczekiwania wyborców w stosunku do polityków są ogromne, niekiedy przekraczają ramy ludzkich możliwości. Cóż, na ogół więcej wymagamy od innych - zwłaszcza jeśli piastują wysokie funkcje państwowe - niż od siebie. Jest to rzecz normalna, do której muszą się przyzwyczaić rządzący. Od premiera wymaga się, by rządził twardą ręką, decydował niemal o wszystkim, gdyż taki obraz omnipotencji władzy zostawili po sobie pierwsi sekretarze KC PZPR - Gomułka, Gierek i Jaruzelski. Uparcie ten model premiera - I sekretarza próbował realizować Włodzimierz Cimoszewicz, kreując swój wizerunek jako syntezę Gierka i Jaruzelskiego. Wczesnego Gomułkę próbował odtwarzać Olszewski, a dobrodusznego, ale pasywnego Kanię - Józef Oleksy. Cóż, nie można mieć o to pretensji. Czarni wyobrażają sobie, że Pan Bóg jest czarny, biali odwrotnie, gdyż wszyscy jesteśmy niewolnikami własnego doświadczenia.
Tymczasem niezwykle trudno, biorąc pod uwagę przyzwyczajenia obywateli, brak konstruktywnych wzorców, odpowiedzieć dziś na pytanie, kim powinien być premier, niezależnie od tego, jaką rolę wyznacza mu konstytucja. Prof. Jerzy Buzek podjął to wyzwanie, kreując swój wizerunek wbrew oczekiwaniom sporej części klasy politycznej, a także - co najtrudniejsze - wbrew przyzwyczajeniom społecznym. Trudno powiedzieć, czy ten model premiera-negocjatora się sprawdzi, lecz jedno jest pewne, że po okresie Buzka niezwykle trudno będzie jego następcom, nawet jeśli to będą premierzy z SLD, wrócić do koncepcji premiera - I sekretarza, przywódcy narodu i państwa. Sądzę, że dlatego Jerzy Buzek jest bardziej premierem tych, którzy nie pamiętają PRL, tych, którzy wiedzą, jaka jest różnica między autorytetem a autokracją.
Wybraliśmy prof. Jerzego Buzka na Człowieka Roku tygodnika "Wprost" nie tylko dlatego, że on i jego gabinet dokonują trudnych reform, które będą miały ogromny wpływ na nasze życie. Wybraliśmy go także dlatego, że mimo różnych nacisków i sugestii, by wziął wszystko za mordę, zrobił porządek z niesfornymi członkami rządu, otoczył się dworem funkcjonariuszy politycznych i był politykiem silnej ręki, otóż wbrew temu wszystkiemu Jerzy Buzek wybrał własną koncepcję bycia pierwszym ministrem. Niezwykle trafnie określił go senator Krzysztof Piesiewicz: "Myślę, że premier jest tym, który bardziej łączy niż dzieli. Jest politykiem ťniepolitycznymŤ ". Prof. Jerzy Buzek wie doskonale, że w demokracji polityk silnej ręki przegra zawsze z politykiem o silnej głowie. Premier Jerzy Buzek wybrał tę drugą opcję - trudniejszą, mało widowiskową, ale za to niezwykle skuteczną, o czym świadczą dokonania jego gabinetu. Udowodnił, że człowiek, który się uśmiecha, jest silniejszy od tego, który krzyczy.
Więcej możesz przeczytać w 2/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0