Prędkość ekonomiczna

Prędkość ekonomiczna

Dodano:   /  Zmieniono: 
Na moją polemikę w sprawie cen benzyny odezwał się czytelnik, twierdząc, że przez 40 lat jeździł powoli i nie miał żadnego wypadku, a wielu znajomych jeżdżących szybko odprowadził na miejsce wiecznego spoczynku.
Na takie argumenty można odpowiedzieć równie bezsensownie, że w ciągu kilku ostatnich lat, jeżdżąc (bardzo!) szybko, nie miałem żadnego wypadku, a ostatnie dwie stłuczki zdarzyły mi się przy prędkości 50 i 60 km/h. Mogę też stwierdzić, że kilka razy o mało nie spowodowałem wypadku, gdy zdesperowany wyprzedzałem wlekących się kilometrami "porządnych kierowców", którzy oczywiście nie byliby "sprawcami" wypadku. Indywidualne obserwacje są jednak bezwartościowe, trzeba się odwołać do statystyk, a te są bezlitosne: ograniczenia prędkości nieodmiennie zwiększają liczbę wypadków.
Prof. Ryszard Krystek potwierdza moją tezę (jeżdżąc szybciej, mogę wycofać z ruchu stare pojazdy o największym przebiegu!), ale dalej gołosłownie jej zaprzecza, a jako argument podaje... raport rady eurobezpieki drogowej, że gdy się obniży prędkość, liczba wypadków zmaleje, czyli raport z jasnej świetlanej przyszłości, według klasycznych sowieckich wzorów. Oczywiście, prof. Krystek ma rację, pisząc, że jeśli już zdarzy się wypadek, jego skutki przy większej prędkości są o wiele poważniejsze (ale... czyż wielu ludzi nie wolałoby zginąć w wypadku niż być kaleką do końca życia?).
Zabawna była pierwsza próba ograniczenia prędkości. 40 lat temu niejaki Jerzy Ribicoff, gubernator Connecticut, prowadził kampanię na rzecz ograniczenia prędkości na drogach. Ograniczył. Liczba wypadków śmiertelnych spadła. Tyle że we wszystkich sąsiednich stanach, które nie wprowadziły ograniczeń, spadła jeszcze bardziej. Oczywiście dlatego, że samochody są z roku na rok lepsze. Gdyby nie ograniczenia prędkości, spadłaby radykalnie. Wolna konkurencja powoduje podniesienie jakości hamulców, opon itd., natomiast państwowy monopol na drogi powoduje korki. Kierowcy są karani mandatami za zdarte opony, natomiast rządy nie są karane za wyślizgany asfalt na drodze. Gdyby tak jeszcze sprywatyzować wszystkie drogi!
Długo się śmiano z Ribicoffa. Po czym "bezpieczniacy" odczekali, aż ludziska zapomną, i przystąpili do walki o dalsze ograniczanie prędkości. Fakty swoje - lewica spokojnie swoje, bo wie, że "kto panuje nad teraźniejszością, panuje nad przeszłością, kto panuje nad przeszłością, panuje nad przyszłością" .
By skończyć z rozpaczliwym pokrzykiwaniem prof. Krystka i przejść do rzeczy, nie będę się nawet fatygował sięganiem do statystyk. Sięgnę do... danych przytaczanych przez profesora. Otóż, istotnie, w USA ginie 15 osób na 100 tys. mieszkańców, w Polsce zaś 20. Biorąc pod uwagę liczbę "maluchów" i niemal zupełny brak autostrad, wielkość ta doskonale świadczy o polskich kierowcach. Natomiast w krajach Unii Europejskiej mieszka prawie 360 mln ludzi, więc 50 tys. ofiar wypadków rocznie oznacza, że jest ich ok. 14 na 100 tys. mieszkańców. Jeżeli - według prof. Krystka - w Szwecji i Zjednoczonym Królestwie wskaźnik wynosi ok. 6 osób na 100 tys., w pozostałych państwach UE mimo autostrad, doskonałych samochodów i koszmarnych wręcz ograniczeń prędkości, współczynnik śmiertelności jest podobny do naszego. Skąd bierze się różnica między "chłopskim rozumowaniem" przytoczonego na wstępie czytelnika a rzeczywistością? Stąd, że jest on kierowcą amatorem i nie musi przewozić 4 ton przez 800 km w ciągu dnia. Gdyby je wiózł z szybkością 40 km na godzinę, zobaczylibyśmy, czy pod koniec nie spowodowałby wypadku!

Prawa natury działają niezależnie od naszych przekonań. Słowo daję, E równało się mc2 długo przed Einsteinem...

Rzecz jasna, ograniczając elektronicznie maksymalną prędkość samochodów do 10 km/h, osiągnęlibyśmy pewien efekt: liczba wypadków wzrosłaby dwudziestokrotnie, ale niemal całkowicie zniknęłyby wypadki śmiertelne. Oczywiście: pomijając dwudziestokrotny wzrost liczby zawałów za kierownicą. I tu dochodzimy do sedna sprawy i tylko dlatego piszę tę polemikę.
Otóż samochód nie służy do zabijania. Samochód jest po to, by szybko i tanio przenieść z miejsca na miejsce ludzi i towary. Z góry trzeba się pogodzić, że zapłacimy za to zwiększonym zagrożeniem życia ludzkiego. Zwiększenie bezpieczeństwa kosztem prędkości jest sprzeczne z samą ideą samochodu. Budując drapacz chmur, musimy wiedzieć, że na pewno kiedyś ktoś z niego skoczy. Budując kopalnię, wiemy, że rocznie średnio będzie w niej ginęła jedna osoba. To nie jest powodem, by tej kopalni nie budować!
Teraz kluczowe zdanie: minister transportu mógłby wydać zakaz jazdy szybciej niż 10 km/h, oszczędzając (pozornie) wiele istnień ludzkich. Nie czyni tego, gdyż dzięki szybszemu transportowi gospodarka zyskuje rocznie powiedzmy 30 mld zł. Otóż, jeśli rocznie składamy w ofierze molochowi 6000 osób i uzyskujemy z tego tytułu 30 mld zł, byłoby nonsensem nie złożyć w ofie- rze jeszcze 1000 ludzi za dodatkowe 10 mld zł. Zgadza się? A teraz wy- jaśnienie, że nie jest to rozumowanie "nieludzkie". Otóż ten zysk 10 (czy 30) mld zł - to nie są "pieniądze". To na przykład możliwość produkcji higienicznej odzieży, zdrowszej żywności, dowiezienia na czas drabiny czy penicyliny - i jako cybernetyk zapewniam, że jeśli społeczeństwo ceni sobie życie ludzkie, dzięki temu dodatkowemu tysiącowi zabitych na drogach ocaleje 1500, 2000 czy 5000 ludzi, którzy by w ten czy inny sposób zmarli, gdyby wskutek ograniczenia prędkości przepływu ludzi i towarów społeczeństwo zbiedniało. Sądzę, że nikt nie przekona wyznawców dogmatów wiary: "bezpieczeństwo", "ubezpieczenie", "zabezpieczenie". Jest to jednak religia państwa socjalistycznego (w nowym opakowaniu - opiekuńczego). Ale prawa natury działają niezależnie od naszych przekonań. Słowo daję, E równało się mc2 długo przed Einsteinem...
Wielki pisarz Izaak Asimov napisał w znakomitej książeczce "Koniec wieczności" pamiętne słowa: "Każdy system, który pozwoli ludziom (większościowo - JKM) wybierać sobie przyszłość, skończy się wyborem przeciętności i bezpieczeństwa, co wyklucza dążenie do gwiazd". I dlatego za najwspanialszą i najbardziej mrożącą w żyłach krew antyutopię uważam nie "1984" lub "Nowy wspaniały świat", lecz "Powrót z gwiazd" naszego najznakomitszego pisarza Stanisława Lema.
Na szczęście kobiety kochają ryzykantów, a nie asekurantów, a ponadto jeden odważny wygrywa z setką bojaźliwych, więc rządy ludzi kochających spokój i bezpieczeństwo wkrótce się skończą. XXI w. już za 26 miesięcy!
Oczywiście przez ten czas może się wiele zdarzyć. Za II wojnę światową odpowiedzialni są "kochający spokój" Edward Daladiere i Neville Chamberlain, którzy nie potrafili wysłać w 1938 r. czołgów na Hitlera. Woleli budować "system bezpieczeństwa europejskiego". Ma więc rację Marek Zieleniewski, pisząc na łamach "Wprost", że naszemu państwu grozi chaos i rozpad. Powiem więcej: niedługo może dojść do rzezi, której sprawcami będą rozmaici "obrońcy uciśnionych" - a winni będą mili, uśmiechnięci, dobrzy premierzy: Suchocka, Pawlak, Oleksy, Cimoszewicz, Olszewski i Buzek, nie potrafiący wysłać czołgów lub choćby spychaczy przeciwko blokującym drogi, tarasującym koleje, okupującym dworce, napadającym na państwowe urzędy itd. Oraz ci, kochający spokój i bezpieczeństwo, którzy ich wybrali. Nie wierzycie? W przepowiednie o rzeziach w Jugosławii dziesięć lat temu też nikt by nie uwierzył...

Więcej możesz przeczytać w 48/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0