Gra grepsem

Gra grepsem

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Billboard" w reżyserii Łukasza Zadrzyńskiego
Janusz Głowacki (scenariusz), Łukasz Kośmicki (zdjęcia), Łukasz Zadrzyński (reżyseria), Bogusław Linda i Paweł Kukiz (obsada) - temu doborowemu gronu udało się w filmie "Billboard" dorżnąć tępym nożem obiecującą intrygę z udziałem agencji reklamowej i statystycznego mordercy. Jak do tego doszło, długo by mówić. Ograniczmy się do minimum.

Tandem scenarzystów - Głowacki i Zadrzyński - zapuścił się w rejony młodej kapitalistycznej ekstraklasy: w zastępy kadrowe pracowników prężnej agencji reklamowej. Cel szpanerski. Nastolatkom szukającym roboty ze świadectwem ukończenia zasadniczej szkoły zawodowej w kieszeni przyjemnie w kinie błysnąć w oczy gogusiem, który zarówno wyglądem, jak i kompetencjami, absolwentowi nie ustępuje. A proszę, jak mu się powiodło. Ugania się wprawdzie nienowym, ale jednym z najdroższych w Polsce samochodów - saabem. Dla wygody seksualnej ma stale na wyciągnięcie ręki chętną sekretarkę. Amfetaminą, gdy tylko przyjdzie ochota, podkręci się w najbliższej ubikacji - proszek w tym środowisku porcjuje się na działki nie kartą telefoniczną, lecz kredytową! A gdyby go naszła chęć na eksperymenty męsko-męskie, bogaci wujkowie oferują się w pobliskiej toalecie. Co w zamian za to trzeba umieć? Właściwie nic. Na dowód film rejestruje scenkę kolaudacji telewizyjnego spotu. Przedmiotem reklamy miało być mydło i proszę: powabna naga piękność przegina się w mydlinach pod prysznicem. Kierownictwo jest zachwycone. W sekwencji wcześniejszej grono realizatorów w oczekiwaniu na kolejne ujęcie "daje sobie luz" na miejscu - na planie zdjęciowym pogrywa w piłkę między sprzętem filmowym wartości kilkuset tysięcy dolarów. W podobną atmosferę wczuli się realizatorzy dziełka filmowego. Dowodów pod dostatkiem. Weźmy style aktorstwa. Andrzej Seweryn porusza się przed kamerą ze sceniczną nadekspresją, kokietuje wystudiowanym gestem i nienaganną artykulacją, jak przystało na szefa współczesnej polskiej agencji reklamowej. Rafał Maćkowiak, podlegający mu yuppie, przeciwnie - niezbornie porusza korpusem, zamiast mówić pokrzykuje i pohukuje, nagminnie połyka końcówki. Ten defekt w sumie jednak ginie w ogólnym bulgocie, jaki wydobywa się z głośników, ponieważ realizatorzy poskąpili pieniędzy na nagranie postsynchronów. W związku z tym, gdy aktor mocniej nachyli się w kierunku podpiętego pod kostiumem mikrofonu, z ekranu dobywa się ryk, a jeśli odchyli głowę w stronę przeciwną, widza dobiega niewyraźne mamrotanie. W sztuce wykonawczej aktora Maćkowiaka razi ponadto ewidentny anachronizm. Młody człowiek kapitalistycznego chowu powinien - wydawałoby się - wpływać na bieg zdarzeń celnym słowem i skutecznym działaniem, jak przystało na profesjonalistę lat 90. Tymczasem Rafał Maćkowiak operuje kułakami, bez dania racji tłucze koleżeństwo po buzi, demolując przy tym otoczenie. Gdzie to już widzieliśmy? Ano w podobny sposób obnosił się przed kamerą młody Holoubek w swojskim westernie "Prawo i pięść" (1964 r.). Kino moralnego niepokoju nasunęło nam przed oczy paradę neurotyków. Ich wewnętrzne rozterki wymagały ekspresji ręcznej, której towarzyszyło wymrukiwanie własnych racji bez troski o to, czy otoczenie tę transmisję odczyta. Owa stylistyka zatriumfowała w pełni przed piętnastu laty, kiedy idealnie nadała się twórcom do ekspresji ekranowych dylematów ofiar stanu wojennego. Już się wydawało, że nieodwołalnie przeszła do historii, a tu Rafał Maćkowiak rozrzewnił nas, przypominając ją w całej okazałości. Poza tym wszyscy zdrowi. Bogusław Linda gra grepsem, Piotr Fronczewski - rutyną. Dla dopełnienia bukietu wypożyczono jeszcze kadry estradowe. Justyna Steczkowska błąka się po planie w marginalnej rólce sekretarki. Wprawdzie mogłaby zaistnieć na ekranie w całej okazałości - w scenie miłosnej, ale akurat wtedy kamerzysta rozregulował ostrość. Paweł Kukiz głównie z poświęceniem broni własnego wizerunku: to taki poczciwy bandyta, który wprawdzie zajmuje się dystrybucją scen mordu na wideo, ale przed wizerunkiem Matki Boskiej zawsze się zatrzyma i przeżegna. Widz może kontemplować te detale z całą wygodą. Reżyser zaczyna opowiadać historię dobrych kilka razy już w pierwszym kwadransie projekcji, a potem konsekwentnie trzyma się zasady, wedle której jeśli scena poprzednia kończyła się antykadencją, czyli spowolnieniem tempa i opadaniem emocji, następna też zaczyna się od sekwencji zwolnionej. Narracja przypomina więc takie opowiadanie dowcipu, w którym ktoś najpierw długo zapowiada wygłoszenie zabawnej historii, a po jej zakończeniu osobno tłumaczy słuchaczom puentę. I jeszcze: scenę strzelaniny w zagraconej hali trzeba zaaranżować, nie wystarczy bez końca potrząsać kamerą, żeby wstrząsnąć widzem. Dialogi, nawet szczątkowe, powinny jednak zaświadczać, że ich autor panuje nad polszczyzną, a nie przy byle okazji spuszcza ją ze smyczy. Ale do tego przywykliśmy. Jedno tylko przejęło nas w trakcie projekcji niegasnącym zdumieniem: co pan robi w tym towarzystwie, panie Głowacki?

Więcej możesz przeczytać w 48/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0