(Nie)bezpieczne sprawy

(Nie)bezpieczne sprawy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Za komuny poczucie zagrożenia nie było silne, ponieważ cenzura eliminowała z mediów informacje dotyczące przestępczości, a jeśli się one pojawiały, to tylko w kontekście rozwikłania ich przez MO
Kiedy rozpoczynałem pisanie felietonów do rubryki "Sprawy wewnętrzne", sądziłem, że będą w nich dominowały problemy dotyczące bezpieczeństwa, a pośrednio również i policji. Tymczasem w kraju i w moim resorcie dzieje się tak wiele, że sumując dotychczasowe tematy, z niejakim zdziwieniem dostrzegłem, że o policji w gruncie rzeczy nie było za dużo. A przecież to od policjantów zależy, czy będziemy się czuli bezpiecznie. Dlatego dziś właśnie będzie tylko o policji.

Temat został wywołany również przez felietonistę "Wprost" Stanisława Tyma, który w ubiegłym tygodniu poważnie zatroskał się o kondycję polskiej policji. Chwalebna to rzecz, bo wszyscy o policję się troskamy. Pan Tym, przypomnę, opisuje sytuację wybuchu bomby domowej konstrukcji. Przechodzący obok policjanci nie gonią domniemanego sprawcy, tylko zatrzymują się na miejscu zdarzenia. Pan Tym jest tą sytuacją oburzony, jak i zapewne wielu czytelników, którzy felieton przeczytali. Tylko, czy na pewno słusznie? Niestety, obawiam się, że wielu osobom nieznajomość rzeczy mąci jasność widzenia i wydają wyroki zbyt szybko. Nie myślę tu oczywiście o panu Tymie, bo świętym prawem felietonisty jest rzeczy przejaskrawiać i przerysowywać (chociaż ja sam w swoich felietonach staram się tego unikać). Jak się jednak okazuje, w społeczeństwie nadal pokutują mity zrodzone jeszcze w czasach ponurej komuny, że jak lecą ulotki, to policjanci od razu rzucają się w pogoń za tymi, którzy je rozrzucają. Tymczasem wystarczy się trochę głębiej zastanowić i już widać, że akurat ci dwaj młodzi policjanci zachowali się najlepiej jak tylko mogli, to znaczy postarali się zabezpieczyć miejsce wybuchu, tym bardziej że w okolicy mógł się na przykład znajdować kolejny ładunek. Rozumiem, że autor nie był świadkiem owego zdarzenia, bo sam pisze, iż mu opowiadano.
Policja w ostatnim czasie - jak to wskazują badania - jest przez nas lubiana i zaufanie do tej instytucji znacznie wzrosło. Niestety, system prawny, który odziedziczyliśmy w spadku po PRL, sprawił, że policjant jest często utożsamiany z facetem za biurkiem, któremu nie chce się albo nie ma czasu, albo po prostu się boi. Socjolodzy są zdania, że taki obraz policjanta wzmaga poczucie zagrożenia wśród ludzi. Duże poczucie zagrożenia w polskim społeczeństwie ma również swoje źródło w obrazie rzeczywistości, jaki przekazują nam media. Kiedyś oglądaliśmy w telewizji spust surówki, dzisiaj zabójstwa, porwania, rozboje i kontrabandę. Jasne jest, że za komuny poczucie zagrożenia nie było silne, ponieważ cenzura eliminowała z mediów informacje dotyczące przestępczości, a jeśli się one pojawiały, to tylko w kontekście rozwikłania ich przez MO. Takich poruczników Borewiczów i kapitanów Żbików. Z kolei o moim poprzedniku w resorcie, Leszku Millerze, mówiło się, że miał w zwyczaju zjawiać się na miejscu przestępstwa, zanim zostało ono popełnione. Chociaż może to tylko złe języki. Przez kilka lat transformacji ustrojowej pojawiły się zupełnie nowe kategorie przestępstw, powstały zorganizowane, często ponadnarodowe grupy przestępcze, pojawił się problem narkotyków. W tę nową rzeczywistość polska policja wkroczyła z samochodami Nysa i "polewaczkami". To wszystko było dobre do rozpędzania solidarnościowych demonstracji, nie nadaje się natomiast zupełnie do walki ze świetnie uzbrojonymi i zorganizowanymi przestępcami. Dlatego proces przebudowy policji trwa tak długo, a do jego zakończenia jest jeszcze daleko. Policji nie zmienimy w ciągu kilku miesięcy.

O Leszku Millerze mówiło się,
że miał w zwyczaju pojawiać się
na miejscu przestępstwa,
zanim zostało ono popełnione


Od kiedy jestem w MSWiA, działania w tym zakresie bardzo przyspieszyliśmy. W związku z narastającą falą przestępczości zorganizowanej należało dokonać zasadniczych zmian w funkcjonowaniu służb odpowiedzialnych za walkę z tego typu grupami. Na pewno do tematu przestępczości zorganizowanej wrócę w jednym z najbliższych felietonów, gdyż jest on niezwykle ważny dla funkcjonowania państwa. Obywateli interesuje jednak przede wszystkim ich własne bezpieczeństwo, tym bardziej że postępuje brutalizacja świata przestępczego. Często też ofiara staje przed wymiarem sprawiedliwości w roli oskarżonego. Nie tak dawno w mediach toczyła się dyskusja o granicach obrony koniecznej, wywołana kilkoma przykładami jej zastosowania, kiedy napadnięty, broniąc się, zabił bądź zranił przestępcę. W podobnej sytuacji znajdują się policjanci, którzy w obawie przed prokuraturą boją się używać broni. Przecież to tylko dodatkowy "kłopot", a można być jeszcze skazanym za bezzasadne postrzelenie bandyty. Takie traktowanie sprawy przez prokuraturę i sądy nie zwiększa poczucia bezpieczeństwa obywateli. Nie tędy prowadzi droga do państwa prawa. Aby Polska mogła się stać takim państwem, wymiar sprawiedliwości powinien działać skutecznie. Tymczasem instytucje te często umarzają postępowania ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Takie postępowanie aparatu sprawiedliwości zniechęca tylko do podejmowania jakichkolwiek działań. Podobne zdanie wyraziła rada konsultacyjna działająca przy moim urzędzie. W jej skład wchodzą największe autorytety prawnicze, ludzie na co dzień stykający się z wymiarem sprawiedliwości. Stan bezpieczeństwa kraju, jaki wyłonił się w trakcie ostatniej debaty członków rady, przekonuje mnie o konieczności podejmowania coraz to nowych kroków w celu jego poprawy.

Więcej możesz przeczytać w 48/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0