Gerontokracja III RP

Gerontokracja III RP

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nasz kraj wydaje na świadczenia dla emerytów 21 procent PKB. Jest to światowy rekord


Jeśli nie zostaną zmienione systemy emerytalne na świecie, w roku 2030 fiskus musiałby zabierać każdemu pracującemu 94 proc. dochodów, by utrzymać emerytów. Obecnie emerytury pochłaniają 60 proc. wpływów podatkowych, za trzynaście lat będzie to już 100 proc. W ostatniej dekadzie szybko rosły wydatki na emerytury i renty, a jednocześnie coraz mniej inwestowano w infrastrukturę (obniżka z 25 proc. do 15 proc. PKB). W Polsce te tendencje są jeszcze bardziej niekorzystne: drastycznie maleje przyrost naturalny (za 20 lat może nas być o kilka milionów mniej), tymczasem od 1990 r. o 1,8 mln wzrosła liczba osób pobierających świadczenia emerytalno-rentowe. Być może już za 30 lat każdy pracujący Polak będzie musiał utrzymywać jednego emeryta (dziś trzech zatrudnionych wypracowuje emeryturę jednej osoby).
"Rosnąca liczba emerytów domagających się należnych im świadczeń może doprowadzić do bankructwa nawet rządy najbogatszych państw" - prorokuje Lester C. Thurow, autor "Przyszłości kapitalizmu". Zobowiązania emerytalne pochłaniają coraz większą cześć budżetu kosztem inwestycji w młodych (np. w edukację). Jeśli ta tendencja się utrzyma, na świadczenia dla emerytów, łącznie z opieką zdrowotną, będziemy wydawać połowę PKB. I to już za dwadzieścia, trzydzieści lat. Dziś Polska przeznacza na ten cel 21 proc. budżetu państwa, co jest światowym rekordem. Zamiast zapobiegać katastrofie (służy temu między innymi reforma emerytalna realizowana przez rząd Jerzego Buzka), polscy politycy dotychczas raczej starali się ją przyspieszyć: skracając tygodniowy czas pracy, zwiększając uprawnienia socjalne bądź wyznaczając sztywne granice wieku, po którego osiągnięciu można nie pracować.
Niepisana umowa społeczna zakłada, że rodzice opiekują się dziećmi, a rodzicami na starość opiekuje się państwo. Tymczasem - jak uważa Lester Thurow - obie części tej umowy zostały przewartościowane: rodzice powierzają opiekę nad dziećmi innym, a państwa coraz częściej nie stać na realizację podjętych zobowiązań. "Powstaje nowa klasa ludzi. Po raz pierwszy w dziejach ludzkości nasze społeczeństwa będą miały wielką grupę ekonomicznie nieaktywnych starszych ludzi, zamożnych wyborców wymagających kosztownych usług społecznych, takich jak opieka zdrowotna, których dochody w znacznym stopniu uzależnione są od rządu" - podkreśla Thurow. Na świecie statystycznie 4,5 osoby pracuje na opłacanie jednej emerytury, jeśli jednak społeczeństwa będą się starzeć w dotychczasowym tempie, emeryta będzie musiało utrzymać zaledwie dwóch zatrudnionych. W Stanach Zjednoczonych mówi się nawet o "dopuście podwójnej czterdziestki" - emeryci otrzymują od rządu przynajmniej 40 proc. świadczeń, a dla 40 proc. z nich pieniądze podatników stanowią aż 80 proc. emerytur. W OECD pięć razy więcej pieniędzy - w przeliczeniu na osobę - wydaje się na obywateli powyżej 65. roku życia niż dla ludzi w wieku 15-64 lat.
- W ciągu ostatnich ośmiu lat średnia długość życia mężczyzn w Polsce wzrosła o ponad dwa lata, kobiet - o przeszło półtora roku. Wymowa zjawiska jest jasna: chcemy, możemy i potrafimy żyć dłużej - twierdzi Wiesław Łagodziński, dyrektor Biura Informacji GUS. Wydłużenie średniej długości życia i ujemny wskaźnik urodzeń oznacza, że polskie społeczeństwo będzie coraz starsze.W 2020 r. 16 proc. populacji (6,5 mln osób) będzie miało więcej niż 65 lat. Przy tym aż 3,6 mln spośród nich (55 proc.) będą stanowić niepełnosprawni. Uprzedzając niekorzystne tendencje światowe, kraje Unii Europejskiej przeznaczyły 12 mld euro na stworzenie programów osłonowych dla przyszłych emerytów. Także w Polsce konieczny będzie wzrost wydatków na ochronę zdrowia. Obciążenie budżetu z tego tytułu zwiększy się z dzisiejszych 4,6 proc. PKB do 8 proc. PKB.
Starzenie się społeczeństw zyskało miano "rewolucji długowieczności": zdaniem socjologów, konflikt między biednymi a bogatymi zostanie zastąpiony przez walkę pokoleń, gdyż starsi jeszcze długo nie będą chcieli zrezygnować ze swych aspiracji i nie będą widzieli powodu, by odmawiać sobie przyjemności życia. Dla przyszłych emerytów zakończenie aktywności zawodowej może oznaczać coraz lepszą jakość życia: mniejsze dochody będą bowiem rekompensowali sobie oszczędnościami wynikającymi z uwolnienia się od obowiązku pracy i związanych z tym wydatków. Podczas gdy osoby w wieku 35-45 lat dysponowałyby ok. 66 tys. USD, ludzie liczący 65-75 lat byliby aż trzykrotnie bogatsi. "Osoby urodzone w latach 1946-1964 będą pierwszym pokoleniem zdominowanym przez seniorów, którzy będą mieli więcej wpływów politycznych, lepsze zdrowie i witalność niż jakakolwiek starsza generacja przed nimi" - napisał Thedore Roszak, amerykański socjolog. Emeryci są jedną z najbardziej znaczących grup wyborców. To oni głosują, podczas gdy osoby przed trzydziestką wykazują się raczej małą aktywnością polityczną; w przyszłości będą dysponowali - oprócz własnych głosów - sporym realnym kapitałem.
Nic dziwnego, że 62 proc. Polaków uważa, iż emerytury są elementem gry politycznej. Dla każdego rządu poważnym problemem jest duża grupa wyborców po sześćdziesiątce. Już w 1918 r. niemiecki ekonomista Joseph Schumpeter wspomniał (w artykule "Die Krise des Steuerstaads") o socjologii fiskalnej, wskazując, że problemy społeczne i gospodarcze w ostatecznym rachunku stają się problemami finansowymi. Pierwsze "solidarnościowe" rządy próbowały ograniczyć skalę indeksacji emerytur, ale zakończyło się to upadkiem rządu Hanny Suchockiej. Skutkiem przypisania milionów ludzi do systemu świadczeń społecznych było w pierwszej połowie lat 90. naruszenie systemu ubezpieczeń. Tylko przez pięć lat liczba emerytów i rencistów wzrosła o 2 mln, czyli prawie o 30 proc. Efektem było załamanie już i tak niewydolnego systemu świadczeń społecznych.
Koalicja SLD-PSL, świadoma wielkości i siły emeryckiego lobby, rozpoczęła swoje rządy od podniesienia świadczeń. W 1994 r. minimalna emerytura wzrosła z 35 proc. do 39 proc. przeciętnej płacy, a minimalne renty inwalidzkie z 27 proc. do 29 proc. Podwyżki motywowane "socjalną troską" przygotowali eksperci, którzy nie potrafili lub nie chcieli spojrzeć na długofalowy efekt wzrostu kosztów utrzymania emerytów. Dodatkowe dotacje z tego tytułu już w 1995 r. stanowiły 4,5 proc. PKB, co oznaczało, że 30 proc. kosztów świadczeń emerytalno-rentowych pokrywają podatnicy i to niezależnie od składek, jakie płacili za nich pracodawcy. "Demokracja zda swój ostateczny egzamin, kiedy będzie musiała stawić czoło żądaniom ludzi starszych" - zgodnie twierdzą politolodzy. Rząd nie może się jednak całkowicie pozbyć zobowiązań emerytalnych. Nawet w Stanach Zjednoczonych prywatne emerytury pobiera jedynie 35 proc. osób, a reszta korzysta z pomocy państwa. Biorąc pod uwagę zapowiadany w Polsce niż demograficzny i zwiększającą się długość życia, może się zdarzyć, że nawet przy wysokim wzroście gospodarczym budżet państwa zostanie dotknięty strukturalnym deficytem, pogłębiającym się z roku na rok. Co więcej, wielu emerytów, dożywając dziewięćdziesiątki lub setki (co w przyszłości może się stać nie tyle wyjątkiem, ile regułą), może szybko wyczerpać odłożone na starość fundusze. Ich potomkowie nie tylko nie odziedziczą majątków po przodkach, lecz będą musieli zdobywać pieniądze na utrzymanie swoich dzieci, rodziców i dziadków.
Rozwiązaniem wydaje się być jak najdłuższa aktywność zawodowa emerytów. Po pierwsze: płacone przez nich składki emerytalne mogą stymulować rozwój gospodarczy. Po drugie: powinno się zmienić stereotypowe podejście do emerytury. Zamiast ustanawiania sztywnej granicy wieku emerytalnego, sensowniejsze stanie się wprowadzanie testów na kompetencje, mogących umożliwić pracę ludziom po siedemdziesiątce (obecnie przeciętny Polak kończy pracę, gdy ma 57 lat, podczas gdy na przykład Austriak idzie na emeryturę cztery lata później). Po trzecie: należy zapobiegać pladze społecznej, jaką stała się ucieczka na wcześniejsze emerytury. Polacy bardziej cenią sobie możliwość rezygnacji z pracy niż wysokość świadczenia. Mamy do czynienia ze swoistą schizofrenią, bowiem większość obywateli domaga się zniesienia przywilejów branżowych, a jednocześnie chętnie i bez zastrzeżeń z nich korzysta. Gdyby dziś wyeliminować wszystkie uprawnienia do wcześniejszych emerytur, w pełni przestałyby one obowiązywać dopiero za 30 lat. "Polska to kraj młodzieńców korzystających ze świadczeń społecznych"- stwierdzili eksperci Banku Światowego, a powracające debaty nad skróceniem czasu pracy i obniżeniem wieku emerytalnego są dowodem na to, że mieli rację. Starzenie się społeczeństwa nie musi oznaczać zmniejszenia jego witalności. Zdaniem Johna W. Rowe a i Roberta Kahna, autorów książki "Successful Aging", jedynie co dwudziesta osoba w podeszłym wieku cierpi na poważne schorzenia, a wiele handicapów starości można zniwelować, zmieniając styl życia. Prawdziwą i kosztowną plagą mogą się jednak stać dolegliwości układu neurologicznego (na przykład choroba Alzheimera) dezintegrujące osobowość i skazujące na bezradność. Do zaostrzenia konfliktu między starymi a młodymi może też prowadzić psychoskleroza, czyli brak tolerancji i zrozumienia dla cudzych poglądów i zawężone spojrzenie na życie. Dążenie wielu polskich polityków i parlamentarzystów do dociążenia państwa obowiązkami wobec emerytów oraz propozycje skracania czasu pracy i wieku aktywności zawodowej wydają się w tym kontekście samobójcze. To przyszłe pokolenia zapłacą za szeroki gest obecnej klasy politycznej - permanentnym spadkiem realnych dochodów.
Więcej możesz przeczytać w 3/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0