Czas byka

Czas byka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy w pierwszym kwartale roku 2000 WIG wzrośnie o dwadzieścia procent?


Po raz pierwszy w historii na poprawę giełdowej koniunktury najbardziej wpłynął rodzimy kapitał, a zwłaszcza fundusze emerytalne. Szacuje się, że zainwestowały one w akcje ok. 600 mln zł z 2 mld zł, jakie dotychczas przekazał im ZUS. Podczas pierwszej tegorocznej sesji Warszawski Indeks Giełdowy wzrósł aż o 5,5 proc. i osiągnął najwyższą od czterech lat wartość. Rekord padł po dwóch miesiącach wzrostu, gdy pesymistycznie nastawieni analitycy prorokowali początek głębszej korekty. Kolejne sesje ostudziły wprawdzie euforię inwestorów, ale nie zachwiały ich optymizmu. Czy wskaźnik koniunktury giełdowej pobije więc niebawem rekord ustanowiony sześć lat temu?
Wiosną 1994 r., podczas największej hossy w dziejach warszawskiej giełdy, WIG sięgnął 21 tys. punktów. W ciągu kolejnych kilkunastu miesięcy spadł jednak do 6 tys. punktów. Inwestorzy kupujący akcje, gdy ich cena była najwyższa, stracili dużo pieniędzy. Zniechęciło to wielu Polaków do lokowania oszczędności w akcje. Ponadto mała kapitalizacja firm na warszawskim parkiecie sprawiała, że ich akcjami nie interesowały się największe fundusze inwestycyjne. W efekcie, mimo szybkiego rozwoju gospodarczego kraju, na giełdzie było zbyt mało pieniędzy, by mogła powrócić koniunktura. Z czasem pogarszała się także kondycja spółek giełdowych. Jeżeli uwzględnimy inflację, okaże się, że długookresowe lokowanie oszczędności w akcje większości firm się nie opłacało.
Hossę zanotowano na warszawskim parkiecie w drugiej połowie ubiegłego roku. Po raz pierwszy w historii giełdy grudzień przyniósł radykalny, kilkunastoprocentowy wzrost cen akcji. Dotychczas koniec każdego roku kojarzył się tam z senną atmosferą i wyczekiwaniem na tzw. efekt stycznia, kiedy instytucjonalni inwestorzy zaczynają tworzyć nowe portfele, dzięki czemu zawsze na początku roku na giełdach wzrastają ceny akcji. Jakie wydarzenia wywołały hossę pod koniec 1999 r.? Wydaje się, że po raz pierwszy największą rolę w poprawie koniunktury odegrał rodzimy kapitał, a zwłaszcza fundusze emerytalne. Szacuje się, że na giełdzie zainwestowały 600 mln zł z 2 mld zł, jakie do tej pory przekazał im ZUS. Wprawdzie przy kapitalizacji firm (120 mld zł) kwota ta nie jest zbyt imponująca, ale istotniejszy jest aspekt psychologiczny. Największe fundusze decydują się bardziej angażować w akcje. Na przykład OFE Commercial Union ulokował na giełdzie 30 proc. swoich aktywów, najwięcej spośród wszystkich towarzystw. Dzięki temu w listopadzie 1999 r. jego jednostki uczestnictwa podrożały najbardziej. W ślad za OFE CU, który w grudniu swój stan posiadania na giełdzie podniósł o 5 punktów procentowych, poszły inne towarzystwa i pod koniec 1999 r. fundusz DOM miał na niej 40 proc. aktywów, a Pocztylion - 38,3 proc. Nie ulega wątpliwości, że realne znaczenie funduszy emerytalnych będzie rosło w miarę przekazywania im składek przez ZUS.
- Towarzystwa emerytalne dysponują ogromnymi kwotami, tymczasem polskie prawo bardzo ogranicza możliwość ich inwestowania na obcych rynkach - mówi Krzysztof Rybiński, analityk banku inwestycyjnego ING Barings Polska. - Znaczna część tych pieniędzy zostanie zainwestowana na naszej giełdzie. Dobrze, że dzięki reformie emerytalnej zyskała ona stabilnych inwestorów, którzy nie odejdą z parkietu przy pierwszym zawahaniu koniunktury.
Grudniowa hossa zaskakuje tym bardziej, że w bardzo ograniczonym stopniu partycypowały w niej zachodnie fundusze. Szefowie niemal wszystkich znaczących firm inwestycyjnych, obawiając się skutków pluskwy milenijnej, w ostatnim kwartale ubiegłego roku zabronili podwładnym angażowania kapitału na wschodzących rynkach. Warszawskiej giełdzie ostatnio sprzyja niemal wszystko: przełamanie recesji w Unii Europejskiej i kryzysu w Rosji, pomyślne prognozy rozwoju polskiej gospodarki i przedsiębiorstw, wzrost liczby spółek notowanych na giełdzie, hossa na światowych giełdach, rosnące zaufanie do Polski jako kraju, który potrafił zminimalizować skutki wschodniego kryzysu. - To będzie bardzo dobry rok, niebawem pobity zostanie rekord notowań WIG z 1994 r. - przekonuje Krzysztof Rybiński. Wiesław Rozłucki obrazuje powiązania między światowymi giełdami, przywołując przykład miejskiego targowiska, na którym utrzymuje się wysoka cena jabłek. Nagle trafia tam dostawa tanich bananów. Cena jabłek musi wówczas spaść - w przeciwnym razie klienci kupią tańsze owoce. Giełda warszawska przestała być jednak zagrożona ze strony rynków światowych. Na pierwszych tegorocznych sesjach na giełdach w Nowym Jorku, Amsterdamie, Helsinkach, Frankfurcie, Kopenhadze, Mediolanie, Sztokholmie, Singapurze, Hongkongu i Bombaju osiągnięto rekordowe wskaźniki. Giełdowy optymizm tylko częściowo można wytłumaczyć skutkami efektu stycznia. Dużo większe znaczenie miało przełamanie kryzysu w azjatyckich gospodarkach, rekordowe wyniki amerykańskich firm komputerowych obecnych na giełdzie nowojorskiej i prognozy gospodarczego wzrostu dla Europy. - Giełda zazwyczaj reaguje najszybciej na pojawiające się oznaki zmiany koniunktury i najpełniej je weryfikuje - uważa prof. Waldemar Frąckowiak, szef Katedry Instytucji i Rynków Kapitałowych Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Hossa cieszy więc dlatego, że zapowiada poprawę stanu całej gospodarki. Oznacza, że tegoroczne zapowiedzi znacznego wzrostu PKB i eksportu w Polsce pozytywnie zweryfikowali eksperci. Giełdowi analitycy zapowiadają, że w styczniu WIG wzrośnie o 9 proc., a w pierwszym kwartale 2000 r. aż o 21 proc. Na giełdzie pojawią się nowi przedsiębiorcy, dzięki którym zwiększy się popyt na papiery wartościowe. Zapewne wrócą na parkiet zagraniczni inwestorzy instytucjonalni. Przełamanie recesji całej światowej gospodarki - jak twierdzi Karol Lutkowski, były minister finansów - powinno ściągnąć na GPW dodatkowe kapitały z zagranicy. Powodów może być kilka. Pierwszy wynika z tego, że w związku z wyśrubowaniem cen akcji na całym świecie zrodzi się chęć inwestowania na tańszych giełdach. Mimo ostatnich wzrostów, warszawski parkiet nadal jest stosunkowo atrakcyjny. W wypadku wielu nieźle prosperujących spółek stosunek wartości rynkowej do księgowej nie przekracza 1. Drugim powodem może być zapowiadane przez globalnych przedsiębiorców złagodzenie procedur inwestowania na tzw. emerging markets. Polska do takowych się zalicza i nierzadko nasz rynek kapitałowy cierpiał wskutek zaostrzenia procedur. Przyczyną restrykcji był bowiem nie stan polskiej gospodarki, lecz obawa przed globalnymi skutkami kryzysu koreańskiego, rosyjskiego bądź brazylijskiego.
- Nowa fala popytu na giełdzie zwiększy zainteresowanie firmami dotychczas pozostającymi w cieniu giełdowych gigantów, przedsiębiorstwami z sektora SME (small and medium-size enterprise) - uważa prof. Frąckowiak. - To one w ubiegłym roku były ostoją polskiej gospodarki i coraz bardziej zasługują na pozyskiwanie giełdowych pieniędzy. Niewykluczone, że na koniunkturę wpłynie także coraz większa liczba spó- łek wycofujących się z parkietu. Zmniejszy to kapitalizację giełdy, co może zniechęcić inwestorów do angażowania kapitałów w pozostałe firmy. Pojawiają się nawet opinie, że w tym roku liczba firm notowanych na parkiecie może nieznacznie wzrosnąć, choć przewiduje się ok. 30 debiutów. Kolejnym problemem są nie najlepsze wyniki spółek giełdowych. Stosunek ceny akcji do przypadającego na nie zysku dla firm z rynku podstawowego wynosi 28. Tymczasem o przewartościowaniu walorów mówi się, gdy wskaźnik ten przekracza 20. Menedżerowie funduszy nie są skłonni kupować akcji za wszelką cenę. Równie łatwo jak obserwowany ostatnio popyt na akcje, wynikający z oczekiwanej poprawy kondycji przedsiębiorstw, można sobie wyobrazić wyprzedaż akcji firm nie spełniających oczekiwań inwestorów. O tegorocznej kondycji przedsiębiorstw dowiemy się dopiero po pierwszym kwartale, kiedy po raz pierwszy w tym roku opublikują swe wyniki.
Nie należy też bagatelizować niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z uzależnieniem naszego rynku od wydarzeń na innych giełdach, zwłaszcza na Wall Street. Wprawdzie wskaźnik Dow Jones co kilka tygodni bije kolejne rekordy, ale część analityków przypomina, że kursy akcji wielu amerykańskich spółek przypominają napompowane balony, które zaraz mogą pęknąć. Ostatnie wydarzenia na światowych giełdach dobitnie pokazały, jak cienka granica jest między euforią a strachem i niemal paniką. Wystarczyła informacja o możliwości spowolnienia wzrostu amerykańskiej gospodarki, by na Wall Street doszło do kilkuprocentowego spadku cen.
Opinie analityków polskiego rynku kapitałowego są tym razem zbieżne: optymiści uważają, że inwestorów i giełdę czeka "rok rekordowego wzrostu", natomiast pesymiści twierdzą, iż "w tym roku nie należy się spodziewać niczego złego". 

Więcej możesz przeczytać w 3/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0