Bomba w opakowaniu

Bomba w opakowaniu

Hałdy odpadów tarasują naszą drogę do UE

Już ponad połowę śmieci na wysypiskach stanowią opakowania. Ich producenci czują się w Polsce zwolnieni z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Od lat skutecznie blokują wprowadzenie nowoczesnych zapisów do ustawy o odpadach. Podobna sytuacja jest tylko w krajach Trzeciego Świata: wytwórcy aluminiowych puszek, plastikowych jednorazowych butelek i kartonowych opakowań, wzmacnianych aluminium oraz plastikiem, za wprowadzanie do środowiska stert śmieci nie płacą nawet symbolicznego grosza. W Niemczech system opłat produktowych na opakowania (Der Grüne Punkt) sprawił, że udaje się zebrać ponad 80 proc. takich odpadów. W Polsce każdego roku na śmietniska trafia ich 20 mln m3. Kolejne sterty puszek, kartonów, plastikowych butelek zaściełają lasy. System ich odzyskiwania de facto nie istnieje.


Tylko dwie fabryki w Polsce - Continental Can Polska i Can-Pack SA w Brzesku - wyprodukowały w minionym roku ponad miliard puszek aluminiowych. Produkcja opakowań aluminiowych rośnie co roku w Polsce o kilka, a nawet kilkanaście procent. W Europie niewiele jest krajów, w których byłby możliwy tak duży wzrost produkcji bez systemu odbioru i przetwarzania zużytych opakowań.
Z legislacyjnego polskiego "raju śmieciowego" korzystają również wytwórcy wzmacnianych aluminium i plastikiem kartoników do napojów (produkuje je już ponad 140 linii). Na śmietniska każdego roku trafia ponad 1,5 mld plastikowych kubków do jogurtów, o 40-70 proc. rocznie rośnie produkcja naczyń jednorazowych i plastikowych butelek (nierozkładalnych przez kilkaset lat). Wytwarzamy ponad milion ton szklanych opakowań rocznie, ale odzyskujemy zaledwie 20-30 tys. ton (w Europie 70-80 proc., w Szwajcarii - 95 proc.). Z ok. 1,7 mln ton papieru wyprodukowanego w 1998 r. aż połowę stanowiła tektura opakowaniowa, wyjątkowo łatwa w przetworzeniu, jeśli - rzecz jasna - trafi z powrotem do papierni. Na Zachodzie odzyskiwanie papieru jest podstawą przemysłu papierniczego, gdyż bardzo się to opłaca. W Polsce zajmuje się tym kilka firm. Znane są jednak tylko te, które dopłacają do biznesu. Przy tak słabym prawie ekologicznym opakowania już wkrótce mogą stanowić ponad 80 proc. zawartości polskich śmietnisk. Nie tylko zresztą produkowane w naszym kraju - z Niemiec sprowadzamy głównie wykonane z tworzyw sztucznych, papieru i kartonu, wartości ponad 700 mln USD rocznie. Już dziś - do czego przyczynia się również "bomba opakowaniowa" - zajmujemy pierwsze miejsce w europejskim rankingu śmieciarzy: mieszkaniec Polski wytwarza rocznie ponad 1500 kg odpadów. Dla porównania: Hiszpan - 353 kg, Włoch - 653 kg, Francuz - 874 kg, Anglik - 971 kg, Niemiec - 1021 kg. Aż 99,5 proc. zebranych w naszym kraju odpadów trafia na wysypiska. Śmieci ze stolicy transportowane są 80-100 km poza nią, a warszawiacy z roku na rok płacą o 30 proc. więcej za wywóz odpadków. Nie tylko w stolicy rosnącymi kosztami rozbrojenia "bomby opakowaniowej" obciąża się mieszkańców i gminy, w czym nie partycypują producenci. Co więcej, pseudokampanie edukacyjne ("zgnieć puszkę i wyrzuć" - choćby do lasu!), de facto promujące puszki wśród młodzieży (w wolnej interpretacji: wypij jak najwięcej napojów w puszkach, a później sprzedaj te opakowania), finansowane są z pieniędzy publicznych, z parabudżetowego funduszu ekologicznego!
Opakowania wytwarza w Polsce ponad 9 tys. firm. Ich odzysku podejmuje się zaledwie 149 zakładów zrzeszonych w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Recyklingu. Traktują one swą działalność jako inwestycję przyszłościową. W Polsce brakuje bowiem sprawdzonych w krajach Unii Europejskiej funduszy recyklingu i opodatkowania gospodarki odpadami, zakładającego objęcie wyższą stawką VAT odpadów nie segregowanych, a niższą bądź zerową - posegregowanych.
Doświadczenia rozwiniętych krajów pokazują, że sytuacji nie zmienią ani spalarnie (emitujące groźne dioksyny, nawet jeśli zastosuje się najlepsze zabezpieczenia), ani przeznaczanie kolejnych obszarów na gigantyczne wysypiska. To w świecie wymyślono zasadę 3u: unikania (co daje szansę likwidacji niemal połowy odpadów), użycia powtórnego (co ogranicza przyrost odpadów o następne 10-20 proc.), utylizacji (kompostowanie, recykling). Wprowadzony w Niemczech w 1991 r. system Der Grüne Punkt przyjęło już osiem krajów. Oznakowany "Zielonym punktem" towar jest obciążony minimalnym podatkiem ekologicznym. Zebrane pieniądze trafiają do agencji rozdzielających je między firmy zajmujące się przetwarzaniem surowców wtórnych (między innymi instalowaniem pojemników, dopłacaniem do cen skupu). Wytwórcy, którzy nie godzą się na doliczanie podatku do swych produktów, zobowiązani są do samodzielnego odbioru i utylizacji swych opakowań.
W Szwajcarii nie płaci się za wyrzucanie - w osobnych workach - makulatury, szkła, metali, plastików, odpadków organicznych. Jeśli ktoś chce się pozbyć śmieci nie posegregowanych albo nie należących do żadnej z tych grup, umieszcza je w worku, na który przed wystawieniem zakłada nalepkę-znaczek opłaty ekologicznej. Po wprowadzeniu na początku lat 90. zasady wliczania kosztów recyklingu opakowania do ceny produktu w niemal 90 proc. odzyskiwane są puszki i butelki (zarówno szklane, jak i plastikowe - tą samą drogą, którą trafiają do konsumenta, wracają do wytwórcy). Francuskie "prawo śmieciowe" zakłada, że już w roku 2002 znikną tam tradycyjne wysypiska. Opracowywane są regionalne plany zagospodarowania odpadów. Poszukiwane są sposoby, które pozwoliłyby maksymalnie zwiększyć ich wykorzystanie. W Japonii przed kilkoma dniami weszły w życie przepisy nakładające na producentów obowiązek odbierania 100 proc. opakowań, jeśli nie ulegają one biodegradacji. Takie ustalenia zmuszają zakłady do wykorzystywania opakowań wielokrotnego użytku bądź naturalnie się rozkładających. Przemysł początkowo protestował, ale z "pata śmieciowego" nie ma innego wyjścia.
Stawki opłat za opakowania (kilka groszy za produkt) muszą być na tyle wysokie, by zachęcić do rezygnacji z produkcji opakowań jednorazowych, szukania rozwiązań alternatywnych, finansowania kosztów odzysku. Taki system funkcjonuje w innych krajach. Według dokumentów leżących u podstaw stworzenia polskiego systemu recyklingu, koszty wydawania licencji "Zielonego punktu" w Polsce muszą umożliwić sfinansowanie zebrania i zagospodarowania co najmniej 60 proc. odpadów-opakowań. Aby tego dokonać, za uzyskanie zezwolenia na wprowadzenie do obiegu tony tektury i papieru należałoby zapłacić 400 zł, szkła - 150 zł, a tworzyw sztucznych - 2950 zł. Zebrane fundusze pozwoliłyby rozbroić "bombę śmieciową". Systemowi opłat produktowych towarzyszyć powinny opłaty depozytowe (kaucje) na opakowania wielokrotnego użytku (co znaczną część klientów na całym świecie zachęca do ich zwrotu). Wyniki badań Demoskopu potwierdzają: Polacy chętnie obniżaliby koszty wywozu śmieci, segregując je uprzednio w domach, a pojemniki na makulaturę, stłuczkę szklaną i plastikowe butelki powoli wpisują się w krajobraz inteligenckich dzielnic miejskich. Brak systemu recyklingu sprawia jednak, że często w jednym transporcie odbierane są szkło, papier i plastik.
To nie protestujący rolnicy, lecz hałdy odpadów legną na drodze Polski do Unii Europejskiej. Nie ma bowiem szans na to, byśmy sprostali europejskim wymogom w tej kwestii. Na 300 zaleceń z zakresu ochrony środowiska aż 70 dotyczy odpadów. Tak więc na przykład dyrektywa nr 94/62/EC nakłada na kraje członkowskie obowiązek poddania odzyskowi 50 proc. opakowań aluminiowych w 2001 r. Wytyczna Parlamentu Europejskiego zakłada przetwarzanie 75 proc. opakowań w krajach UE w 2006 r., jednocześnie wyklucza możliwość spalania odpadów jako recyklingu z odzyskaniem energii. Im silniejszy będzie opór wobec wprowadzenia do ekologii i gospodarki nowoczesnych mechanizmów ekonomicznych, opłat produktowych i depozytowych, tym coraz bardziej będziemy się oddalać od Unii Europejskiej.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2000
Więcej możesz przeczytać w 3/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0