Publiczność z awansu

Publiczność z awansu

W filmie "Życie jest piękne" Benigni prezentuje nową wizję największej katastrofy moralnej w historii, Holocaustu. To jest odkrycie
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, a więc kinu i nam udało się wejść w 2000 r. Powstaje jednak pytanie: z jakim dorobkiem i z jaką nadzieją rozpoczynamy ten rok?
Zygmunt Kałużyński: - Słyszy się narzekania, że sezon był dla kina nieciekawy, ale podobnie mówi się o całej kulturze już od długiego czasu i to nie tylko u nas, ale na całym świecie. Czytałem wypowiedź członka francuskiej Akademii Goncourtów, który powiedział, że w ciągu ostatnich lat akademia nie była w stanie wskazać kluczowego dzieła literackiego, mimo że wydaje się powieści, które jednak mają charakter marginesowy i tylko klubowy.
TR: - Z czego to wynika? Kryzys świadomości, schyłek wieku, poczucie bezsensu jakiegokolwiek działania kreatywnego czy po prostu dotychczas eksploatowane dziedziny sztuki wyczerpują się?
ZK: - Może nie to. Myślę, że życie kulturalne przesunęło się. Przede wszystkim zniknęła sytuacja, jaka była jeszcze niedawno, którą można określić jako piramidę kulturalną. Na szczycie było zainteresowane środowisko, które kreowało, sugerowało, wskazywało ważne dzieła. Jeszcze niedawno takie nazwiska w literaturze, jak Tomasz Mann, Jean Paul Sartre, André Gide, to były powszechnie znane symbole kultury, lansowane najpierw przez środowisko, a później przyjęte przez szeroką publiczność kulturalną.
TR: - Owe książki istniały w świadomości ludzi. Zarówno tych, którzy je przeczytali, jak i tych, którzy o nich tylko słyszeli. Tymczasem dziś jest tak, że nawet książki uznane za wybitne, nagrodzone prestiżowymi trofeami, są nie tylko mało czytane, ale - co najgorsze - nie wywołują znaczących dyskusji.
ZK: - Dawniej nawet ktoś nie zainteresowany kulturą wiedział, kto to jest Jean Paul Sartre, gdy dostawał on Nagrodę Nobla. Dziś Nagrodę Nobla dostają zapewne zasłużeni specjaliści, ale każda nominacja jest zaskoczeniem i niespodzianką nawet dla ludzi zajmujących się kulturą.
TR: - Jak w tej sytuacji wygląda kino? Chyba dobrze daje sobie radę: wróciła publiczność, rosną dochody Hollywood, nawet nasz przemysł filmowy odnotował w ubiegłym roku sukcesy.
ZK: - Ja wręcz uważam, że kino ratuje teraz kulturę.
TR: - Że takie twórcze, inteligentne? Czy raczej dlatego, że tak chętnie wspierane jest przez najnowocześniejszą technologię i dysponuje znacznymi funduszami produkcyjnymi oraz marketingowymi?
ZK: - Wszystko to, a oprócz tego jeszcze dlatego, że przejęło misję, jaką pełniły dawniej inne dziedziny kultury. TR: - Które z ostatnich filmów według pana realizują tę misję?
ZK: - Mówi się, że nie było ciekawych filmów artystycznych. Nieprawda, jestem gotów wymienić z głowy kilka tytułów.
TR: - To proszę, niech pan wymienia.
ZK: - Tylko na czym polega ich znaczenie? Ta sytuacja, o której mówimy, wskazuje, że zniknęła hierarchia i przestały być potrzebne arcydzieła, a publiczność kulturalna rozproszyła się. To znaczy ona się ani nie zmieniła, ani nie stała się uboższa, tylko nastąpiło zrównanie, awans - dzięki telewizji. Dziesięcioletni chłopiec więcej oglądał, bardziej się orientuje, więcej czuje z tego, co na świecie niż Kant na przykład. Kant przez całe życie nie widział żyrafy, proszę pana!
TR: - Chyba w jakiejś książce widział...
ZK: - Może w książce. Wskutek zaniku hierarchii przestały być potrzebne arcydzieła. I nastąpiło takie rozproszenie kultury, że mamy kolosalną, miliardową publiczność z awansu. I co ja jej bym zaproponował w tym roku jako rzeczy, które są osiągnięciami artystycznymi? Zacznijmy od grupy 3A, tzn. Artystyczne, Ambitne, Autorskie: "Prosta historia" Lyncha.
TR: - Niedawno o niej mówiliśmy. Zgadzam się.
ZK: - "Oczy szeroko zamknięte" Kubricka. Pan miał zastrzeżenia, ja jednak uważam, że jest to pozycja ważna ze względu na to, że jest argumentem w dyskusji o współczesnej kulturze seksualnej. "Idioci" Larsa von Triera - awangardowy reżyser europejski zajmuje się nietypowym, anarchicznym środowiskiem, którego zachowanie się jest manifestem protestu moralnego i społecznego.
TR: - Dobrze, ale niech pan zwróci uwagę, że trzy tytuły, które pan wymienił, to filmy nie wnoszące nic nowego do kina. One żywią się resztkami minionych sporów, dyskusji i manifestów. Dojadają to, co zostało z bogatszych czasów. Zarówno w dziedzinie sztuki filmu, jak i myślowo. Kubrick przypominający lęki modernizmu sprzed prawie 100 lat. Lars von Trier nawiązujący do przełomu lat 60. i 70., z tamtą ideologią buntu, prowokacji, komuny. Powstaje z tego podsumowanie, rodzaj kotleta mielonego z epoki, którą zamykamy, ale nie ma nic nowego na XXI w.
ZK: - Ale dlaczego nie ma być i takich rzeczy? To jest dalszy ciąg pewnej linii artystycznego kina. Ale są i nowości. Co pan powie o filmie "Życie jest piękne" włoskiego reżysera Roberto Benigniego, który pół wieku po Holocauście, czyli największej katastrofie moralnej w historii, dał jej kompletnie nową wizję poprzez humor? To jest odkrycie.
TR: - Rzeczywiście to wybitny film, słusznie nagrodzony Oscarem. Mam przy okazji jeszcze jedną satysfakcję - otóż "Życie jest piękne" zaświadcza, że z artystycznego punktu widzenia Federico Fellini, najbardziej przeze mnie ceniony mistrz kina XX w., nie umarł bezpotomnie.
ZK: - Najpierw pan wyrzucał tym filmom, że są za bardzo klasyczne, a teraz pan sam widzi, że kontynuacja ma swoją wartość.
TR: - Tak, ale Benigni nie naśladuje ani nie powtarza Felliniego. On wyciąga z niego wnioski i idzie dalej. Rozwija.
ZK: - A niech pan weźmie taki film jak "Cienka czerwona linia", pokazujący wojnę w sposób zupełnie nowy: od strony osobistego, prywatnego przeżycia, czego kino wojenne nie robiło nigdy, bo to zazwyczaj była wielka akcja socjalna. Albo filmy pokazujące zlanie się życia codziennego z elektroniką wirtualną - "Truman Show" czy "Matrix".
TR: - I tak będę nalegał, by się pan ustosunkował do tego, co w minionym roku stało się w kinie polskim. Od lat nie było takich sukcesów, jakimi okazały się filmy "Ogniem i mieczem" i "Pan Tadeusz".
ZK: - Niestety, te sukcesy można określić jako "tłumne", ale nie jako osiągnięcia sztuki i kultury filmowej. Nie są to filmy udane. Odgrywają one nie tyle rolę widowisk kulturalnych, ile sztandarów kulturalnych. Na dodatek nie mają siły, by przekroczyć granice naszego kraju. Dzisiaj siłą w kinie, promieniującą na cały świat, pozostaje kinematografia amerykańska i dwie europejskie, które nie straciły wigoru - angielska i francuska. Nasza, niestety, się nie liczy.
Okładka tygodnika WPROST: 3/2000
Więcej możesz przeczytać w 3/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0