300 mil do nieba

300 mil do nieba

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nikt nie kwestionuje, że czternastoletni XVII Karmapa miał prawo uciec Chińczykom do Indii. Sześcioletni Elian Gonzales może co najwyżej czekać na wyrok z góry. A czego chce on sam?
Od wielu dni bez przerwy chodzi mi po głowie sprawa Eliana Gonzalesa, sześcioletniego Kubańczyka, który cudem uratował się w czasie ucieczki z matką do Ameryki. Gdy z daleka patrzę, jak wydzierają go sobie Kubańczycy i część Amerykanów, chciałbym między nich wejść i być arbitrem. Nie wiem tylko, jaki wydałbym werdykt.
W zasadzie sprawa jest prosta. Chłopak ma ojca, powinien więc do niego wrócić. Gdyby ktoś zakwestionował moje prawa ojcowskie, łeb bym urwał. A gdyby zrobiły to władze ościennego kraju, urwałbym wiele łbów. Ale sprawa Eliana jest prosta tylko pozornie. Nie jest przecież zasadą, że matka dziecka ginie, uciekając razem z nim z kraju, w którym zostaje ojciec. Nie jest regułą, że w kraju ojca wszyscy są trzymani za twarz. Kto wie, może ojcu Eliana wykręcają ręce, gdy w CNN mówi o swoich krewnych w Miami, z którymi przebywa teraz Elian, że "tym skur... najchętniej połamałby gnaty". Z prostej z pozoru sprawy robi się więc sprawa trudna i chyba tylko w polskiej prasie wszystko jest jasne i proste. "Trybuna" wynalazła w Internecie wypowiedzi ludzi, którzy - cóż za zbieg okoliczności - w komplecie są za natychmiastowym odesłaniem Eliana na Kubę. Komentator "Życia" dla odmiany jest święcie przekonany, że chłopiec powinien zostać w Ameryce, a jego odesłania chcą tylko podstarzałe dzieci-kwiaty w amerykańskiej administracji. Ot, takie czerwone i czarne w wersji polskiej.
Co powinno się zrobić z chłopcem? Odesłać do żyjącego w totalitarnym kraju ojca czy pozostawić w nie swoim kraju u krewnych? Spełnić życzenie taty czy testament mamy? Dać mu wolność czy rodzica? Dylemat jest o wiele bardziej skomplikowany niż wybór: Disneyland czy Fidelland. Rodzą się przecież dodatkowe pytania. Czy ojciec, z którym i tak nie mieszkał, potrafi być prawdziwym ojcem? Czy kategoria "wolność" ma znaczenie, gdy mowa o dziecku? Czy matka Eliana byłaby za pozostawieniem go w Miami? Czy w ogóle można mówić o woli ojca, skoro mieszka on na Kubie, a sprawa jest ultrapolityczna? Tym bardziej że papa Gonzales twierdzi, iż chce, by odesłano mu syna, ale nie chce go sam odebrać w Miami, co proponują Amerykanie. A mówią, że Castro to dzierżymorda. Nieprawda. Tak uświadomił politycznie naród, że ten wie, co dobre, a co złe. Habana si, Miami no. I pomyśleć, że to wszystko dzieje się w momencie, gdy widać już, iż nie ma wyboru: socialismo o muerte. Zamiast alternatywy jest koniunkcja - socialismo + głód. A jak ktoś ma dość socialismo i głodu, może uciekać na tratwie do Ameryki i ryzykować muerte. Biedny Elian. A chłopak jest niezwykły, co widać nawet na zdjęciach. Rudy Kubańczyk to przecież nie jest norma. I ten jego rozczulający uśmiech, gdy przytula podarowanego mu ślicznego czarnego labradora. Sześciolatek spędził na oponie dwa dni. Co przyszło mu do głowy, gdy z oczu zniknęła matka? Czy bał się, że nigdy już jej nie zobaczy? Czy drżał, że za chwilę zobaczy rekina? Ocean, na zmianę skwar dnia i chłód samotnej nocy. Człowiek wypłynie na materacu 300 metrów od brzegu w Dziwnówku, patrzy w stronę plaży i wpada w panikę. A tu dziecko w pojedynku z oceanem. Boże, przecież jeśli ten chłopak żyje, jest ze stali. Ale teraz jego wiek, mimo którego przeżył, jest jego wrogiem. Nikt nie kwestionuje, że czternastoletni karmapa miał prawo uciec Chińczykom do Indii, gdzie mieszka dalajlama. Sześcioletni Elian może co najwyżej czekać na wyrok z góry. A czego chce on sam? Jego krewni w Miami mówią, że chce z nimi zostać. Podobno jednak ktoś zarejestrował kamerą, jak bawiący się na podwórku chłopiec na widok samolotu krzyczy rozradowany: "Samolot, samolot, weźmie mnie na Kubę". Nie tonąc, Elian zrobił niektórym straszny kawał. Teraz mogą zatonąć wieloletnie starania Waszyngtonu, by znormalizować stosunki z Kubą. A Waszyngton nie może odesłać chłopca. Amerykanie kubańskiego pochodzenia nigdy by tego nie wybaczyli. Bardzo spadłyby szanse wiceprezydenta Gore?a i innych demokratów na reelekcję. Z kolei stojący na czele słabnącego reżimu Fidel Castro chce zjednoczyć Kubańczyków, a najlepiej może mu w tym pomóc wróg, czyli amerykańscy faszyści, którzy porwali małego chłopca.
Co zrobić z Elianem? W poszukiwaniu odpowiedzi wygrzebałem z wypożyczalni wideo film Macieja Dejczera "300 mil do nieba". W filmie piętnastolatek i dwunastolatek uciekli z Polski do Danii. W Wigilię dzwonią do rodziców. "Czy mamy wracać?" - pyta starszy. "Nie wiem, tak" - odpowiada matka. "Jędrek, nie wracajcie tu nigdy" - mówi zrozpaczony ojciec. Ale przecież analogia oprócz pokonanego przez uciekinierów dystansu jest fałszywa. Piętnaście i dwanaście lat to nie sześć, a poza tym u Dejczera rodzice mówią na pewno własnym głosem. Zresztą nawet gdyby mówili co innego, czy rodzice zawsze wiedzą lepiej?
Parę lat temu przemycałem z Kuby do Ameryki pudełko kubańskich cygar. Przemycałem, bo podpisana przez prezydenta Kennedy?ego ustawa o handlu z wrogiem uczyniła z tego przestępstwo. Czy można zabronić handlu cygarami i zgodzić się na handel dziećmi? Nie. Ale co w takim razie? Nie handlować Elianem i zostawić go w Miami czy nie handlować i odesłać ojcu? Chyba kiepski ze mnie arbiter, bo do głowy przychodzi mi wariant antypedagogiczny i tchnący dezynwolturą. Co zrobić z Elianem? Zapytać jego samego.
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0