Polski wirus

Polski wirus

Zanim w pierwszych dniach 2000 r. wirus grypy przypuścił swój potężny, największy od kilku lat szturm na Wielką Brytanię, mordując tam ponad sto osób (vide: "Grypa po grypie"), uderzył znienacka, skrytobójczo w Polskę, a dokładniej - w samo jej serce, bijące - jak powszechnie wiadomo - w Warszawie przy ulicy Wiejskiej 4/6/8.
 Wirus od samego początku szczególnie mocno dał się we znaki kilkudziesięciu posłom AWS, którzy - niechybnie pod jego wpływem - zapadli na syndrom ZSYP (Zaniku Samozachowawczego Instynktu Politycznego) i potraciwszy głowy, ruszyli przeciwko własnemu ministrowi (skarbu państwa). Infekcja okazała się na tyle groźna, że nie pomogły wcześniejsze szczepienia ochronne, na nic zdały się ordynowane przez doktora Krzaklewskiego sole trzeźwiące, podwójna lewatywa przepisana przez konsylium Krajowej Kliniki "Solidarności" oraz próba odizolowania szczególnie silnie sponiewieranego przez wirus posła Gabriela Janowskiego. Gwałtownie rosnąca temperatura dawała o sobie znać nagłymi napadami nadaktywności politycznej, objawiającej się na przykład wzajemnie sprzecznymi wystąpieniami telewizyjnymi i radiowymi, nadskłonnością do podpisywania apeli oraz poważną wysypką antyprywatyzacyjną, przechodzącą okresowo w ostre uczulenie antyrządowe na tle uwłaszczeniowym (vide: "Zniżka akcji" i "Rozmowa wprost").
Pierwsze egzemplarze owego polskiego wirusa albo przywleczono skądś do kraju na początku lat 90., albo wyhodowano w którymś z politycznych laboratoriów; dość powiedzieć, że wiosną 1993 r. zainfekowani przezeń politycy "Solidarności" masowo zagłosowali przeciwko własnemu rządowi i odwołali go, na długie cztery lata pozbawiając samych siebie możliwości reformowania kraju, czego przecież inaczej niż ciężką chorobą wirusową wytłumaczyć się nie da. Później nasz specyficznie polski wirus przypominał o sobie raz po raz, pojawiając się w najmniej spodziewanych momentach, zawsze w nieco odmiennej, zmutowanej postaci. Wiele wskazuje np. na to, że Lech Wałęsa przynajmniej część swej drugiej kampanii prezydenckiej - w tym niesławną debatę telewizyjną, podczas której zaoferował podanie kontrkandydatowi lewej nogi zamiast prawej ręki - prowadził właśnie pod wpływem owego wirusa. Bez cienia wątpliwości za to zostali nim poważnie dotknięci ci politycy PSL, którzy latem 1997 r. zgłosili wotum nieufności wobec premiera wyłonionego przez własną koalicję rządzącą; wtedy jednak końska dawka witaminy C (spożyta - trzeba nadmienić - wyłącznie pod postacią polskiej kiszonej kapusty) postawiła ich szybko na nogi i pozwoliła iść po polityczny instynkt samozachowawczy do głowy. Niewykluczone, że również prezydent Aleksander Kwaśniewski nie zawsze potrafi sobie radzić z infekcjami (zwłaszcza goleni prawej), choć akurat w jego wypadku atak wirusa zdradza zazwyczaj wyłącznie przyjmowanie nadmiernej ilości środków przeciwgorączkowych.
Obecny konflikt w AWS jest "przejawem choroby, która trawi koalicję niemal od początku" - taką postawił w tym numerze "Wprost" celną diagnozę doktor Kuczyński (vide: "Piórem i pazurem"). "Choroba polega na nieuznawaniu faktu, że zawiązanie koalicji w celu rządzenia dezaktualizuje pewną część programu czy zamierzeń partii tworzących koalicję, a głoszonych w czasie kampanii wyborczej. Od początku było jasne, że wchodząc w koalicję z UW, a tylko taka była możliwa, AWS nie wprowadzi swej koncepcji prokuratorii generalnej ani powszechnego uwłaszczenia, ani radykalnych pomysłów dekomunizacyjnych. (...) Z drugiej strony, równie jasne było, że unia nie zrealizuje najbardziej liberalnych pomysłów gospodarczych, takich jak podatek liniowy (...). Jeśli w takiej sytuacji chce się być wiernym wszystkim obietnicom, to trzeba pozostać w opozycji ze świadomością, że nie zrealizuje się wtedy żadnej. Jeśli się chce zrealizować niektóre, z pozostałych trzeba zrezygnować do czasu, gdy zdobędzie się pełnię władzy wykonawczej albo takiego koalicjanta, któremu nie będą one przeszkadzały. Takie jest pole wyboru".
Ostatnia polska epidemia polityczna obserwowana jest w Europie oraz w USA ze sporym zaciekawieniem - z uwagą nie mniejszą niż obserwowane są postępy wirusa grypy, zbierającego krwawe żniwo na kontynencie europejskim i amerykańskim. O ile bowiem śmiertelnie niebezpieczne wirusy Sydney i Moskau mogą się okazać zabójcze wyłącznie dla jednostek, nawet jeśli jest tych jednostek aż kilkaset albo (licząc z ofiarami powikłań pogrypowych) kilkadziesiąt tysięcy, o tyle wywołujący syndrom ZSYP wirus Warsaw jest w stanie unicestwiać całe partie, a nawet koalicje partii, w tym koalicje rządzące. Szczepionki przeciw tej "polskiej grypie" są zaś piekielnie drogie; jedna kosztuje dokładnie tyle, ile trzeba zapłacić za przeprowadzenie przedterminowych wyborów parlamentarnych w kraju wielkości Polski.
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0