Saddam Europy

Saddam Europy

Utrzymywanie się u władzy jest dla Milosevicia polisą na życie
Slobodan Milosević trzyma się mocno. Mimo trzech przegranych wojen i utraty Kosowa, większość Serbów nadal nie wyobraża sobie na czele państwa nikogo innego. Zmiany w konstytucji mają mu umożliwić przedłużenie sprawowania władzy. Sondaże wskazują, że na "naszego Slobo" głos chce oddać co czwarty Serb - w tej sytuacji planowane na 24 września wybory będą tylko formalnością. Najbardziej znany przywódca opozycji, Vuk Drasković, mógłby liczyć na poparcie zaledwie 6 proc. elektoratu. Lord Robertson, sekretarz generalny NATO, oskarża Milosevicia o deptanie zasad demokracji, ale w Belgradzie jego słowa nie znaczą wiele.
Jugosłowiański prezydent urósł do rangi głównego bałkańskiego wroga wspólnoty międzynarodowej. Serbski wódz, podobnie jak Saddam Husajn, znalazł się w międzynarodowej izolacji, ale nikt nie wie, jak go pozbawić władzy. Ubiegłoroczne naloty NATO wręcz wzmocniły pozycję Milosevicia. Zwolennicy prezydenta zwarli szeregi, a on sam może liczyć na poparcie większości Serbów, zwłaszcza prostych ludzi z prowincji, którzy czują się upokorzeni w swej narodowej dumie. Slobo wie o tym i kreuje się na obrońcę "umęczonej Serbii". Pomaga mu w tym całkowicie kontrolowana przez prezydenckich zauszników propaganda.
Dla nieprawomyślnych nie ma miejsca. W maju milicja zajęła telewizyjne Studio B, rozgłośnie radiowe B2-92 (dziś nadaje z Węgier), Index i Panczewo. Prasa także jest represjonowana. Powszechne jest zamykanie redakcji, połączone z szykanowaniem dziennikarzy. Procesy trwające jeden dzień kończą się zasądzeniem horrendalnej grzywny. Niezależnej od władz prasy właściwie już nie ma. Najoporniejsi mogą skończyć jeszcze gorzej. Krytykujący belgradzki reżim dziennikarz Slavko Curuvija - dawny przyjaciel żony Milosevicia, Mirjany Marković - został w marcu ubiegłego roku zamordowany przez "nieznanych sprawców". Ktoś usiłował zastrzelić przebywającego w Czarnogórze Vuka Draskovicia.
W ostatnich latach aresztowano kilkuset opozycjonistów i dziennikarzy - w oficjalnej nomenklaturze "sabotażystów" i "szpiegów". W lipcu szerokim echem odbił się pokazowy proces Miroslava Filipovicia, dziennikarza belgradzkiego pisma "Danas". Za rzekome szpiegostwo ("poufne informacje" wykryto w tekstach podpisanych przez autora imieniem i nazwiskiem) Filipović został skazany na siedem lat więzienia. Pod koniec lipca do aresztu trafiło też czterech Holendrów, u których znaleziono "wyposażenie szpiegowskie". Jest nim sprzęt, który można kupić w każdym amsterdamskim sklepie sportowym. Jeden z zatrzymanych oświadczył z przekąsem: "gdybym spotkał przypadkowo Milosevicia, miałem mu odciąć głowę i zawieźć ją do siedziby NATO w bagażniku". Niestety, przedstawiciele władz mogą nie mieć poczucia humoru. Po akcji NATO w Kosowie przepowiadano rychły upadek przywódcy, który wywołał i przegrał trzy krwawe wojny. Opozycja w tym czasie mobilizowała coraz większe rzesze Serbów niezadowolonych z polityki swojego rządu. Przywódcy "obozu zdra-dy narodowej" - jak nazywa opozycję Milosević - Vuk Drasković i Zoran Dzindzić, gotowi byli przejąć władzę. Mogli liczyć na poparcie zagranicy, głównie Unii Europejskiej. W Czarnogórze reformatorski prezydent Milo Djukanović groził Belgradowi wyjściem z federacji, jeśli nie rozpoczną się demokratyczne przemiany. Dziś z ówczesnego entuzjazmu pozostało niewiele. Opozycja, która nie potrafiła się zjednoczyć, roztrwoniła zaufanie w wewnętrznych sporach i walkach frakcyjnych. Bratislav Grubacić, wydawca niezależnego biuletynu "VIP", z rezygnacją zauważa, że bardzo prawdopodobne wyborcze zwycięstwo Milosevicia we wrześniu oznaczać będzie koniec nadziei na pokojowe przemiany w Serbii.
Milosević wprawdzie znajduje się na liście bałkańskich przestępców wojennych ściganych przez międzynarodowy trybunał w Hadze, ale plany aresztowania go, na przykład w wyniku błyskotliwej akcji służb specjalnych, nie wydają się realne. Po pierwsze, byłoby to zadanie karkołomne, a po drugie, jego efekt mógłby się okazać odwrotny do oczekiwanego. Po wymuszonej bombardowaniami NATO kapitulacji Jugosławii pojawiła się sugestia, że być może należałoby umożliwić Miloseviciowi "wyjście z twarzą", na przykład pozwalając mu wyemigrować. Wszystko to jednak pozostało w sferze spekulacji. Serbski wódz nie ruszy się z Belgradu, bo dobrze wie, że fotel prezydencki jest jego polisą na życie. Wszędzie może go dosięgnąć kula żądnego zemsty Bośniaka lub Chorwata. Względnie bezpiecznie może się czuć tylko w otoczeniu swoich pretorian i wśród rodaków przekonanych o jego misji dziejowej.
O ile podporą Saddama Husajna są jego synowie, o tyle najwierniejszą sojuszniczką Slobodana jest jego żona. Serbscy opozycjoniści twierdzą wręcz, że to zły duch Milosevicia, opętana żądzą władzy Lady Makbet podszeptująca mu najgorsze pomysły. To ona zorganizowała pozaparlamentarną partię Jugosłowiańska Lewica. Szybko przylgnęli do niej karierowicze i przedsiębiorcy, którzy bez kontaktów z władzą nie byliby w stanie prowadzić interesów. W rękach przyjaciół Mirjany Marković znajduje się połowa majątku narodowego Serbii. Bez wiedzy i przyzwolenia "rodziny panującej" nie można zrobić żadnego większego interesu.
Sytuacja ekonomiczna Serbii jest fatalna. Obiekty strategiczne, takie jak drogi, mosty i zakłady przemysłowe, są odbudowywane, ale na remonty domów nie ma pieniędzy. Co drugi dorosły obywatel pozostaje bez pracy. Dobrze powodzi się tylko wszechobecnej mafii, która na przemycie alkoholu, papierosów, benzyny i narkotyków zbija fortuny.
Tajemnicą poliszynela są kontakty syna prezydenta, Marka, z bossami świata przestępczego. Szalejący sportowymi samochodami "złoty młodzieniec" raczej nie mógłby zostać uznany za odpowiednika syna Saddama - Udaja. Marko Milosević nie ma talentu do rządzenia, ale ma pociąg do dużych pieniędzy i nie przebiera w środkach, żeby je zdobyć. Z błogosławieństwem rodziców zbudował sieć własnych firm. Największe pieniądze zarobił na przemycie papierosów podczas obowiązywania sankcji przeciwko Jugosławii. Także córka prezydenta nie nadaje się na sukcesorkę polityczną. Najpierw próbowała sił jako dziennikarka, później matka zafundowała jej własną stację telewizyjną, która - zanim nie trafiła jej amerykańska rakieta - emitowała głównie popularną muzykę typu turbofolk.
Najważniejsza dla Milosevicia jest lojalność pretorian reżimu. Pełną kontrolę nad armią i milicją sprawują zaufani ludzie prezydenta. Bunt w tych służbach trudno sobie wyobrazić, choć po przegranej kampanii kosowskiej w wojsku i policji wrzało. Weterani wojny domagali się należnych pieniędzy i dostali je, choć kasa państwowa była pusta. Rząd wyemitował gigantyczną ilość dinarów bez pokrycia, którymi uregulował zaległości. Pieniędzy było tyle, że zdołano jeszcze wyremontować kilka zakładów przemysłowych, mostów i dróg. Goran Matić, szef propagandy, triumfował, gdy rafineria w Panczewie ruszyła pełną parą, a przez mosty na Dunaju wznowiono ruch drogowy i kolejowy.
Milosević, obawiający się zamachu na swoje życie, nie pokazuje się często publicznie. Jeśli nie liczyć formalnych kontaktów z wysłannikami NATO i UE, w tym roku odwiedziły go tylko delegacje z Chin i Birmy. Najbardziej niepokojące dla Belgradu jest jednak słabnące poparcie "słowiańskich braci" z Rosji. Władimir Putin przyznał po raz pierwszy podczas szczytu G-8 na Okinawie, że "Slobodan Milosević jest największym problemem Bałkanów".
6 lipca parlament jugosłowiański uchwalił zmiany w konstytucji, które pozwalają Miloseviciowi rządzić przez następną kadencję. Według wcześniejszego zapisu, prezydenta Jugosławii wybierał parlament na cztery lata bez możliwości reelekcji. Teraz takiego ograniczenia już nie ma, a głowa państwa będzie wybierana w głosowaniu powszechnym. Wynik wrześniowych wyborów stał się łatwy do przewidzenia.
Deputowanych z Czarnogóry podczas obrad zabrakło, gdyż zostali wykluczeni z posiedzeń parlamentu. Reformatorskie władze Czarnogóry de facto nie uznają federalnego parlamentu, nie zaakceptowały więc także zmian w konstytucji, gdyż osłabiają one pozycję mniejszej z republik. Czarnogóra jest w konflikcie z Belgradem od prawie dwóch lat, kiedy władzę w republice objął prezydent Milo Djukanović. Po interwencji w Kosowie ton wypowiedzi władz w Podgoricy znacznie się wyciszył, świat bowiem w istocie nie jest zainteresowany rozpadem federacji. Ludzi Milosevicia irytują jednak kontakty Djukanovicia z serbską opozycją, zwłaszcza po tym, jak 15 lipca tego roku w miejscowości Sveti Stefan zebrali się przedstawiciele "buntowników". Czy jednak sojusz słabej opozycji i reformatorów z małej Czarnogóry może naprawdę zagrozić władzy Saddama Europy?

Więcej możesz przeczytać w 33/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0