Lex Putin

Lex Putin

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prezydent Rosji zdecydował się na rozprawę z "udzielnymi książętami", sprawującymi władzę w regionach
W Gornoałtajsku są dwie główne ulice: Komunistyczna i Październikowa. Między nimi na placu w samym centrum miasta stoi pomnik Lenina. Lenin stoi tyłem do siedziby rządu, po prawej stronie ma budynek lokalnego parlamentu, a po lewej - prezydenta. Gornoałtajsk to czterdziestotysięczne miasto, stolica Republiki Ałtaju wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej.
- Do maja nazywaliśmy się Suwerenną Republiką Ałtaju, ale rosyjski Sąd Najwyższy postanowił, że żaden podmiot federacji nie może mieć w nazwie określenia "suwerenny". A przecież nikt nie zamierzał ani zmieniać statusu republiki, ani tym bardziej wychodzić z federacji - wyjaśnia prezydent Siemion Zubakin. Jest dumny z tego, że Ałtaj - republika wielkości Polski, ale licząca tylko 200 tys. mieszkańców - ma taki sam status jak Tatarstan, Kałmucja czy Baszkiria. Zubakin, podobnie jak każdy szef regionu, jest członkiem Rady Federacji, izby wyższej parlamentu, lecz najdalej za półtora roku - jak zdecydowali sami członkowie rady - przestanie zasiadać w izbie. Dla Zubakina to nie koniec świata: - W historii Rosji zderzały się dwa dążenia: do centralizacji i decentralizacji władzy. Zawsze jednak okazywało się, że nie da się rządzić tylko z Moskwy. Rosja to za duży kraj.
- Władimir Putin wcale nie ukrywał, że po objęciu rządów zamierza scentralizować władzę; wówczas poparł go naród, poparli oligarchowie oraz lokalne elity - mówi Anna Griebiennikowa, analityk Rosyjskiego Centrum Politycznego. W Rosji powszechne było przekonanie, że kraj podzielony został na udzielne księstwa. Każdy gubernator, prezydent czy - jak mówią w Rosji - "głowa autonomicznego kraju" ma ogrom-ną, prawie nieograniczoną władzę. Gubernatorzy wciąż są nieusuwalni. Prasa informuje o powiązaniach lokalnych elit władzy ze światem przestępczym. Władimirowi Jakowlewowi, gubernatorowi Sankt Petersburga, zarzucano związki z organizacjami przestępczymi. Tymczasem wygrał on wszystkie wybory i do dzisiaj pozostaje bezkarny. Z polecenia Jewgienija Nazdratienki, gubernatora Kraju Nadmorskiego, wielokrotnie fałszowano lokalne wybory. Dziennikarze przedstawiali dowody, a mimo to również tam nikt nie poniósł konsekwencji.
Struktura władzy w Rosji przypominała piramidę. Na szczycie jest prezydent federacji, który ma swój "dwór", swoich "bojarów" i władzę tak ogromną, że może rządzić bez poparcia parlamentu czy wywołać trzecią wojnę światową. Ale potężny prezydent Rosji nie mógł sprawić, aby pozostający w składzie federacji Tatarstan zaczął płacić podatki do państwowej kasy. Samodzielność regionów to konsekwencja rozpadu Rosji. Najpierw obszary spójne narodowo - Tatarstan, Baszkiria, Kałmucja - zażądały dla siebie statusu byłych radzieckich republik związkowych. 31 marca 1992 r. uregulowano strukturę terytorialną Rosji na mocy umowy federalnej, która stała się częścią rosyjskiej konstytucji. Przyznaje ona dużą samodzielność regionom jako częściom Federacji Rosyjskiej.
Przedstawiciele Tatarstanu nigdy umowy nie podpisali. W 1994 r. przewodniczący tatarskiego parlamentu Farit Muhametszin powiedział: "Na Tatarstan należy patrzeć nie jak na część federacji, lecz jak na równoprawne z Rosją państwo". Tatarstan ogłosił się odrębnym obszarem celnym. Obywatele Rosji nie mogli kupić akcji tamtejszego przedsiębiorstwa bez specjalnej zgody lokalnego rządu. Władze same sobie wyznaczyły wysokość podatków, jakie mają wpłacać do państwowej kasy.
Za Tatarstanem poszli inni. Najpierw obszary odrębne narodowo, a później również gubernie rosyjskojęzyczne podpisują odrębne porozumienia z federalnym rządem. Pełnomocnictwa lokalnych władz są w nich dużo większe niż w uchwalonej wcześniej umowie. - Przyczyną takiej sytuacji była słabość władzy centralnej - uważa Jurij Połunin, analityk z Centrum Związków Regionalnych.
- Jelcyn walczył z Dumą, był ubezwłasnowolniony przez oligarchów. Gdyby postępował inaczej, Rosja po prostu by się rozpadła.
Gwarancją nietykalności dla szefów republik był fotel w Radzie Federacji. Z urzędu zasiadał w niej każdy prezydent czy gubernator. I każdy miał immunitet. W czasie wojny Jelcyna z Dumą to gubernatorzy decydowali o przyszłości prezydenta, a tym samym stawali się beneficjentami jego późniejszej wdzięczności. Lokalne elity łączy jasny interes grupowy: jak najwięcej władzy dla regionów.
Gubernatorzy, podobnie jak większość społeczeństwa, poparli w wyborach prezydenckich Władimira Putina. Różnice zdań między centrum a regionami rozpoczęły się zaraz po miodowym miesiącu Putina. Pierwszym krokiem było podzielenie Rosji na siedem okręgów z mianowanym przez prezydenta federalnym gubernatorem. Dotychczas gubernatorzy kontaktowali się bezpośrednio z Moskwą, teraz na tej drodze wyrósł pośrednik w postaci prezydenckiego namiestnika.
Wielu analityków obawia się, że wprowadzenie stanowiska federalnego gubernatora oznacza przekazanie jednemu człowiekowi - nawet nie wybieranemu w wyborach - ogromnej władzy. Nowy podział administracyjny kraju nieprzypadkowo pokrywa się z podziałem na okręgi wojskowe, podatkowe, sądownicze, prokuratorskie. Na czele zespołu, który przygotowywał reformę administracyjną Rosji, stał Michaił Krasnow, szef Centrum Informatyka na rzecz Demokracji, a wcześniej doradca prezydenta Jelcyna do spraw federalizmu. To on zaproponował podział na siedem okręgów; pomysł ów przejął liberalny ekonomista Gierman Grief. Dziś Grief jest ministrem współpracy gospodarczej, a jego program stał się programem rządu. - Część dotycząca reformy administracji została jednak wypaczona - mówi Krasnow, który odszedł z zespołu. - Ideą było rozdzielenie kompetencji władzy na różnych szczeblach. Zamiast tego wprowadzono ścisłą hierarchizację władzy. Struktura federacyjna Rosji była zła, ale zmiany, jakie wprowadził rząd, są jeszcze gorsze.
Wyznaczenie siedmiu okręgów to dopiero początek wojny Putina z udzielnymi kniaziami - jak urzędnicy Kremla zaczęli nazywać szefów administracji regionów. Kreml zaatakował trzema projektami ustaw, których celem jest znaczne osłabienie roli gubernatorów i scentralizowanie władzy. Jedna z ustaw przewiduje możliwość odwołania szefa regionu, jeśli toczy się przeciwko niemu postępowanie karne. Aby umożliwić odwołanie nieposłusznego gubernatora Jewgienija Nazdratienkę, wystarczy, by okręgowy prokurator rozpoczął przeciwko niemu śledztwo. Przedstawiciele Kremla już za-powiedzieli, że po uchwaleniu tej ustawy (do głosowania ma dojść po wakacjach) doprowadzą do procesów co najmniej 16 gubernatorów. Na pytania o nazwiska odpowiedzieli, że "zostali źle zrozumiani".
Kto jest na czarnej liście Kremla, okaże się zapewne później. Może być na niej zarówno Nazdratienko, jak i Rusłan Auszew, niepokorny prezydent Inguszetii. Na razie sami gubernatorzy posłusznie pozbawili się parlamentarnych immunitetów. Przy 18 głosach sprzeciwu Rada Federacji dokonała praktycznie samorozwiązania. Szefowie krajów związkowych zdecydowali, że nie będą już w niej zasiadać. Tym samym przegłosowali pierwszy z trzech kremlowskich projektów ustaw o centralizacji władzy.
Wymiana członków Rady Federacji będzie się odbywała w sposób rotacyjny. Ostatni senatorzy muszą odejść z izby do stycznia 2001 r. Zastąpią ich mianowani przez nich i zatwierdzani przez lokalne parlamenty delegaci. Zmiana polega również na tym, że każdy delegat może być przez gubernatora i za zgodą lokalnego parlamentu odwołany. Niewykluczone, że Władimir Putin zamierza całkiem zlikwidować izbę wyższą i pozostawić tylko posłuszną mu Dumę. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, a to nie byłoby proste nawet dla Putina.
Gubernatorzy ostatecznie poprą każdy projekt Kremla, nawet jeżeli ograniczy ich władzę. Najlepiej tę determinację ujął gubernator obłasti swierdłowskiej Eduard Rosel, który zaapelował, żeby nie dyskutować, tylko szybko uchwalać projekt dotyczący zreformowania Rady Federacji. - Jeżeli nawet odrzucimy ustawę, jutro Duma i tak ją przyjmie wymaganą większością - zapewniał Rosel.
- Poważne osłabienie roli i autorytetu Rady Federacji i dalsze projekty Kremla spowodują, że władza w Rosji zostanie pozbawiona jakiejkolwiek społecznej kontroli. Doprowadzi to do powstania policyjno-biurokratycznego systemu sprawowania władzy, którego najważniejszym elementem będzie gubernator federalny - twierdzi Mikołaj Fiodorow, prezydent Republiki Czuwaszji, który jest jedynym gubernatorem publicznie występującym przeciwko kremlowskim projektom. O tym, że Rosją nie da się rządzić z Moskwy, jest również przekonany Michaił Krasnow. Twierdzi on, że odebranie lokalnym władzom swobody działania grozi wywołaniem buntu w regionach, co może sprawić, że Tatarstan czy Czuwaszja pójdą drogą Czeczenii.
Po drugiej stronie głównego placu Gornoałtajska, z tyłu pomnika Lenina, ma swój gabinet Siergiej Zinowiew, doradca rządu republiki do spraw zagranicznych. Mówi, że jest ministrem spraw zagranicznych. Ma inne niż prezydent Ałtaju zdanie na temat sytuacji w Rosji. - Jesteśmy świadkami piątej w historii Rosji próby centralizacji władzy. Najpierw był Piotr I, później Katarzyna II, Lenin, Stalin, a teraz Putin. Wszyscy przywódcy, którzy chcieli silnej Rosji, dążyli do centralizacji. Za prezydentury Borysa Jelcyna była anarchia
- uważa Zinowiew.
- Teraz wreszcie Rosja będzie jedna i niepodzielna.

Więcej możesz przeczytać w 33/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0