Kobieta po przejściach

Kobieta po przejściach

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Czy w pani wieku wypada jeszcze śpiewać rocka?" - zapytał Tinę Turner polski dziennikarz przed jej słabym występem na warszawskim Torwarze, który odbył się na dwa dni przed ogłoszeniem stanu wojennego
"Muszę pana zmartwić - odpowiedziała piosenkarka. - Zamierzam śpiewać jeszcze 30 lat". Nieco wówczas przesadziła. 15 sierpnia na sopockim Hipodromie Tina Turner da ostatni koncert, który zwieńczy jej 44-letnią karierę. Z estrady schodzi jako część historii muzyki popularnej naszego wieku.


W finale kariery Tina Turner to produkt sztuki estradowej w stylu "wszystko dla wszystkich". Dwudziestolatkom oferuje ostre gitarowe riffy i rockowy głos na granicy histerii, trzydziestolatkom - show z fajerwerkami i stylizowanymi pojazdami kosmicznymi, natomiast czterdziestolatki umacnia w przekonaniu, że jeżeli tylko zechcą, za dwadzieścia lat mogą wyglądać jak ona. Temu służy połyskująca sukienka mini, obniżony dekolt i deklaracje: "Nie chcę być zgorzkniałym zgredem. Po prostu kocham być kobietą". W rezultacie Tina jest jednocześnie czarna i biała, stara i młoda, swojska i nieosiągalna, dziecinna i poważna.
Świetnie sprzedaje się też jej życiorys. Agenci wraz z estradowym repertuarem obwożą biografię piosenkarki w funkcji afisza reklamowego. Wyciśnięto z niej wszystkie możliwe atrakcje i to zarówno w formie pisanej (autobiografia "Ja, Tina"), jak i filmowej ("Tina", reż. Brian Gibson). W fabule pełny zestaw atrakcji: nastolatka po zwycięstwie w konkurencji z własną siostrą ląduje w łóżku kompozytora Ike'a Turnera, by za tę cenę zostać solistką w jego zespole. Z czasem staje się ofiarą męża sadysty, uzależnionego od alkoholu i narkotyków. Jako rekompensatę otrzymuje zaprogramowany przez niego sceniczny wizerunek siebie jako czarnoskórej zmysłowej lalki, działającej na mężczyzn ruchem bioder i erotyczną chrypką.
Przeciętna Ameryka była Tiną zdegustowana - jej kariera powinna powielać model kariery czarnej gwiazdy w stylu Bessie Smith. Ostatecznie śpiewu uczyła się jak większość czarnych wokalistek w chórze kościelnym w niewielkiej miejscowości Nutbush w pobliżu Nowego Orleanu, gdzie krzyżowały się wpływy tradycji gospelsowej z dziedzictwem rhythm and bluesa i jazzu. Tinie imponowała jednak sztuka sceniczna Janis Joplin, żywiołowej dziewczyny z Teksasu, popijającej whisky na scenie. Janis również prowokowała seksem, a jej narkotyczny styl życia dostarczał materiału na pierwsze strony "Newsweeka". "Wolałabym raczej nie śpiewać niż śpiewać cicho" - mawiała. Tina Turner, słuchając jej chropawego głosu, zrozumiała, że na estradzie utrzyma się nie wtedy, gdy publiczność będzie w niej widziała kolejną naśladowczynię Mahalii Jackson, ale seks bombę o rockowym temperamencie.
Założenia wyprzedziły jednak realia życia estradowego. W drugiej połowie lat 70., kiedy rozpadło się małżeństwo z Turnerem, publiczność miała już nowe czarnoskóre piękności jak Gloria Gaynor, które podawały znacznie przyjemniejszą, w dodatku zrytmizowaną muzykę disco. Martyrologiczna część biografii głosi: Tina została z półmilionowym długiem, 36 centami w kieszeni i czterema synami na utrzymaniu. Żyła z zasiłku, śpiewała w najodludniejszych miejscach globu. Brak nowego repertuaru nadrabiała temperamentem. Zamawiano u niej występy weekendowe dla znudzonych biznesmenów - koncert zaczynała przygrywką do konsumpcji, ale już po kilku piosenkach podtatusiali panowie wskakiwali na stoły i krzesła, by towarzyszyć jej w brawurowej estradowej gimnastyce. Kariera Tiny nie wychodziła jednak poza środowiska klubowe. Na szczęście tacy liderzy ówczesnego rynku rockowego, jak Mark Knopfler z Dire Straits, zdawali sobie doskonale sprawę, że wokalistka o tak silnym głosie nie zmarnuje ich kompozycji. Rzeczywiście "Private Dancer" tego autora wykrzyczała wręcz brawurowo, ale to był pomysł tylko na przebój płytowy - za mało na sukces estradowy.
I wówczas właśnie sztaby menedżerów zdecydowały: Tina powinna się stać elementem gigantycznego widowiska. Show-biznes pod koniec lat 90. działał z bez porównania większym rozmachem niż w czasach, kiedy artystka koncertowała na skromnych estradkach ustawionych na stadionach, gdzie popisywali się Rolling Stonesi czy Beatlesi. Menedżerowie zdecydowali, że Tina, podobnie jak Michael Jackson, stanie się częścią rockowego cyrku, w którym równie ważne jak jej osobowość będą gigantyczne telebimy i "tinamobile", czyli wysięgniki wędrujące nad widownią. A artystka będzie podawać repertuar wzmocniony głośnikami o mocy dotychczas nie używanej.
Homogenizacji musiał ulec także styl muzyki. Tina eksponuje więc swój mroczny głos, uznawany za "murzyński". Pobrzmiewają w nim echa śpiewów kościelnych i chrapliwość amerykańskiego bluesa z delty Missisipi. Łatwo przerzuca się od szeptu do krzyku. Tej metody wokalnej używa jednak w krótkich, zwartych i przebojowych piosenkach, świadoma, że na wielkie stadiony nie nadają się rozbudowane songi. Mariaż "białej" i "czarnej" muzyki również nie jest jej wynalazkiem. Już Beatlesi, którzy w początkach kariery nie czuli się zbyt pewnie jako kompozytorzy, chętnie zapożyczali repertuar od czarnych amerykańskich śpiewaków, zachwycających ekspresją, do jakiej daleko było ówczesnym europejskim rewelersom. Kiedy wybrali się na tournée do Stanów Zjednoczonych, przygotowali przebój "I Wanna Hold Your Hand", który w warstwie harmonicznej oparty był na gospelsach. Tina wpisuje się w tę tradycję. Owszem, towarzyszy jej chórek, ale nie po to, by prowadzić z nim muzyczny dialog, jak czyniły to jej poprzedniczki z kręgu rhythm and bluesa. Seksowne panienki wzmacniają tylko niektóre partie jej śpiewu i wykonują ponętną erotyczną gestykulację. Kiedy Tina uderza w tony ekspresyjne, przypomina wokalistów rockowych, gdy schodzi do tonacji intymnych, w jej głosie pobrzmiewa erotyzm, do jakiego przyzwyczaił publiczność specjalista od repertuaru "pościelowego" Barry White.
Dla artystki globalnej od homogenizacji nie ma już odwrotu. Tina jest z zawodu, jak ją nazwał brytyjski "Independent", returner. W połowie lat 90., kiedy wyruszała na światowe tournée składające się ze 150 koncertów, oglądało ją ponad cztery miliony osób, czyli więcej, niż kiedykolwiek obejrzało na żywo zespół Rolling Stones. Tina zaczęła być wszechobecna i jej piosenkami ozdobiono zarówno filmy z Mad Maxem, jak i Jamesem Bondem. To też część gigantycznej promocji. Teledysk z udziałem megagwiazd estrady, zmontowany z fragmentów filmu, umożliwia jednoczesną prezentację obu produktów w telewizyjnych stacjach muzycznych (na przykład "GoldenEye"), tworząc towar o najwyższej pokupności.
Więcej możesz przeczytać w 33/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0