Kto odpowiada, błądzi

Kto odpowiada, błądzi

Polityk pyta tylko wówczas, gdy chce zasugerować odpowiedź albo usłyszeć to, co ludzie - według niego - na pewno powiedzą. Pytanie polityka jest więc co najwyżej pytaniem retorycznym
Właśnie zawarłem ugodę z żoną. Jej podstawą było oświadczenie żony, że nie twierdziła i nie twierdzi, że odpowiadałem albo odpowiadam za niewyniesienie śmieci. Oczywiście, ugoda jest fikcją, bo żona tak naprawdę jasno dawała mi do zrozumienia, że jestem winny. Tyle że była prawie tak sprytna jak Ryszard Kalisz i zamiast mówić: "Dlaczego nie wyniosłeś?", zapytała: "Czy już wyniosłeś?".
Piszę, że żona była prawie tak sprytna jak Ryszard Kalisz, bo gdyby była aż tak sprytna, zapytałaby: "Czy to mój mąż Tomasz jest odpowiedzialny za to, że śmieci nie są wyniesione?". Ale to drobiazg, bo gdy moja żona pyta: "Czy już wyniosłeś śmieci?", w istocie zawsze mówi: "Dlaczego ich jeszcze nie wyniosłeś?". Czyli w sumie robi tak jak Ryszard Kalisz, który pyta, czy to Wiesław Walendziak wydaje polecenia UOP, ale tak naprawdę nie pyta, tylko stwierdza. Jest to oczywiste dla każdego, choć zawarta ugoda może wskazywać, że dla każdego z wyjątkiem Wiesława Walendziaka. Ryszard Kalisz oczywiście nie pytał, choć na końcu zdania był znak zapytania. Nie pytał, bo polityk nigdy nie pyta, gdy pyta publicznie. Polityka nie interesuje odpowiedź. Polityk pyta tylko wówczas, gdy chce zasugerować odpowiedź albo usłyszeć to, co ludzie - według niego - na pewno powiedzą. Pytanie polityka jest więc co najwyżej pytaniem retorycznym, a tak naprawdę jest retoryczną figurą.
Gdy Wincenty Pstrowski - przecież nie w swoim, tylko we władzy imieniu - pytał: "Kto wyrąbie więcej niż ja?", nie chciał zaspokoić ciekawości władzy. Władza miała gdzieś odpowiedź. Ona chciała, żeby górnicy wypluli płuca i zasuwali jeszcze bardziej. Gdy Edward Gierek pytał: "Pomożecie?", nie pytał, by uzyskać nie znaną mu odpowiedź, ale po to, by uzyskać odpowiedź ściśle określoną. Czy robotnicy mogli mu powiedzieć "nie"? Nie. Teoretycznie Gierek mógłby zapytać: "Czy mnie poprzecie?", ale tylko teoretycznie. Przecież takie pytanie sugerowałoby, że mogliby go nie poprzeć, a przecież nie mogliby go nie poprzeć. Wojciech Jaruzelski mógł sobie internować Gierka, ale posługiwał się przecież tą samą frazeologią i poetyką. Gdy więc na IX zjeździe mówił: "Pozostają pytania. Kto za tym wszystkim stoi? Kto zmierza ku konfrontacji, ku antysocjalistycznej awanturze", w istocie nie pytał, ale odpowiadał. Wszyscy zresztą wiedzieli, co towarzysz generał ma na myśli. Żeby była jasność - pytania, w których zawarta jest odpowiedź, nie są specjalnością oficerów imperium zła. Ronald Reagan, który sam wpadł na to "imperium zła", też tak robił. Gdy w debacie z Jimmym Carterem pytał ludzi: "Czy żyje wam się lepiej niż cztery lata temu?", nie czekał na odpowiedź. On ją znał. Pytanie było w gruncie rzeczy apelem - "Głosujcie na Reagana".
Wiesław Walendziak miał oczywiście rację, gdy twierdził, że Ryszard Kalisz w gruncie rzeczy nie pytał, czy to on, Walendziak, wydaje polecenie UOP, lecz sugerował, że tak jest. Wiedział o tym Walendziak, wiedział o tym Kalisz, wiedzieli o tym wszyscy. Dlatego W.W. popełnił niezrozumiały błąd, oddając sprawę do sądu, czyli jedynego miejsca, w którym można by usłyszeć, że to pytanie było tylko pytaniem. Lepiej by zrobił W.W., gdyby - jak czynią przedstawiciele pewnej mądrej nacji - odpowiedział pytaniem na pytanie. Na przykład: "Pytam Ryszarda Kalisza, czy insynuując coś pod moim adresem, chce odwrócić uwagę ludzi od kłopotów swego kandydata?". Tymczasem W.W. postanowił walczyć w sądzie o dobre imię. Nie przesadzajmy z tym dobrym imieniem. Nie, niech W.W. nie bierze tego personalnie. Wystarczy jednak zajrzeć do sondażu CBOS, by wiedzieć, że w rankingu profesji uznawanych za uczciwe politycy i posłowie są na ostatnim miejscu. Jeśli więc wolno się tak wyrazić - statystycznie rzecz ujmując, W.W. nie miał powodu, by się aż tak denerwować, bo niewiele miał do stracenia. Jasne, R.K. jest wagi ciężkiej, ale czy trzeba było prosić o obronę sąd? Nie było mądre rozpoczynanie z R.K. gry w paragrafy, bo jest w niej niezły, co na swej skórze właśnie odczuł sam W.W. Bo jak się oddało sprawę do sądu, to nie trzeba było iść na ugodę, po której R.K. mógł na okrągło powtarzać pytanie, które tak się W.W. nie podobało.
Trudno się dziwić, że R.K. - widząc, jak skuteczną metodą jest zadawanie pytań, na które tak naprawdę nie chce się nawet dostać odpowiedzi - pytał dalej: "Dlaczego premier przez cały tydzień nie zaprzecza?", "Dlaczego przez cały tydzień nie powiedział 'nie'?". Tym pytaniom towarzyszyło też bardzo perfidne pytanie: "A ile procent poparcia ma Krzaklewski?". Rzecz jasna, nie było to pytanie, tylko informacja, że mało. Takie pytanie na razie może zadać tylko ktoś od prezydenta. Przecież nikt od Krzaklewskiego nie może zapytać: "A ile procent poparcia ma Kwaśniewski?". Jeśli już zapyta, to najwyżej: "Jak długo Kwaśniewski będzie jeszcze miał ponad 60 proc.?". To oczywiście też nie byłoby pytanie, tylko podpowiedź - "niedługo".
Panowie R.K. i W.W. dalej będą się sądzić i pytać, a my jesteśmy bogatsi o cenną lekcję. Gdy polityk zadaje nam pytanie, zawsze jest to pytanie z tezą. Ewentualnie pyta, bo chce nam dać do zrozumienia, że jest zainteresowany naszym zdaniem. Ale czy my damy się na to nabrać?

Tomasz Lis
Okładka tygodnika WPROST: 33/2000
Więcej możesz przeczytać w 33/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0