Jeźdźcowie apokalipsy

Jeźdźcowie apokalipsy

Dorota Masłowska pisze o wakacjach w słonecznej Grecji, bo „czy coś dziwnego jest w tym, że wykarmiona Santa Barbarą wyobraźnia ciągnie nas ku piaskom, piramidom i błękitnym basenom, zwłaszcza jako mieszkańców regionu, gdzie przez cały rok występują sroższe lub mniej odmiany późnej jesieni i wczesnej zimy?”
Jeźdźcowie apokalipsy od czasu do czasu powracają.

Znajomy głuchy tętent ich tępych kopyt wprawia w dygot kieliszki w moim kredensie w najmniej spodziewanym momencie. Rzucam się zatykać uszy, zaciskać oczy, ale zbyt późno, zbyt późno, już są, już wbijają swój totem, już rozbijają namioty, już kopią latrynę, już dają swym koniom pić z mojego kubeczka.

Tę nacechowaną turystycznie wizję snuję celowo, tym razem bowiem galopujące oznaki końca nie zjawiły się w postaci książki, filmu ani płyty, lecz trochę innego, bardziej złożonego zjawiska, co by nie było, kultury: wypoczynku zorganizowanego. Choć wszyscy wiemy, że tak jak Radia Zet słucha się tylko z zatkanymi uszami, telewizję ogląda się tylko przy wyłączonym telewizorze, tak wycieczek z biur podróży unika się nawet na cudzych zdjęciach i są to podstawy zachowywania zdrowia psychicznego w naszej aż rojącej się od umysłowego ekscesu cywilizacji. 

I by ocalić choć odrobinę honoru osoby dbającej o swą poczytalność, mogłabym twierdzić, że na grecką wyspę Kos rzuciła mnie kapryśna fortuna. Prawdą jest jednak, że rzuciłam się tam sama, z niewielką pomocą pośpiechu, braku uwagi, pewnej niefrasobliwości i impregnacji na  bijące zewsząd ostrzeżenia, nie bez wpływu była również ciekawość, pewien ulubiony (choć obiektywnie umiarkowanej przyjemności) socjologiczny dreszcz, którego doznaje się też w Tesco w niedziele i w  metrze około piętnastej. Słowem, dysponując tą mieszankąwybuchową przyczyn, udaliśmy się z M. do biura podróży, dobrowolnie zajęliśmy miejsca wśród mających wprowadzić nas w dalekomorski nastrój dekoracji (wiklinowe krzesła! luźno rozrzucone muszle! kamloty, zagramaniczne pocztówki, starożytne kupki piasku) i wysłuchawszy dziesiątek równie enigmatycznych eksplikacji pełnych atrakcji ofert, łączących elementy tajemniczego dyskursu hotelarsko-turystycznego (obłożenie ośrodka, destynacja, czarterowy, animacje) z prezentacją coraz bardziej zlewających się w jedno fotografii mórz, plaż, palm i leżaków basenowych, wśród zawrotów głowy i początków oczopląsu wykupiliśmy 10-dniowy pobyt w niejakim Sol Kipriotis Village, inwestując w niego marzenia i zgryzoty z całego lata spędzonego w tęczującej od spalin Warszawie. Och, a teraz luźna refleksja o wakacjach, wszyscy kochamy ten wakacyjny czas, czas ucieczki od codziennej rutyny, od przegrzanego, zaszłego łojem miasta, od mimowolnej intymności fizycznej z  współpasażerami w tramwajach, od horyzontu zapchanego wieżowcami w  kolorach zakurzonych lodów. Czas, gdy serce szczególnie czułe jest na  nagłe zrywy odwiecznej tęsknoty za przestrzenią, wolnością, bezkresem; a  też i czas świąteczny, czas tłusty, gdy przestają nas chwilowo obowiązywać codzienna powściągliwość, przezorność i umiarkowanie, gdy jak dziewka w tatarakach zrzucamy przyciasny gorset ról społecznych, by  rzucić się choć na chwilę w chłodny bezmiar stawu. Czy jest w tym coś dziwnego? I czy coś dziwnego jest w tym, że  wykarmiona Santa Barbarą wyobraźnia ciągnie nas ku piaskom, piramidom i  błękitnym basenom, zwłaszcza jako mieszkańców regionu, gdzie przez cały rok występują sroższe lub mniej odmiany późnej jesieni i wczesnej zimy?

Czy jest coś dziwnego w fakcie, że ktoś tę potrzebę chce, oczywiście za  pewną opłatą, kompleksowo zaspokoić? Zawieźć nas tam, dać nam dom, nakarmić nas i nie dopuścić do naszej nudy, poszerzyć nasze horyzonty, umożliwić nam zapełnienie naszych aparatów setkami przepięknych zdjęć, których nikt nie będzie chciał oglądać, ale co z tego? Oczywiście, że  nie! – odpowiadam – choć po spędzeniu 48 godzin w ośrodku Sol Kipriotis jestem zdania, że absolutnie ze wszech miar tak. Oraz już po opuszczeniu go, gdy krawędzie bolesnych wspomnień zaczynają mięknąć i płowieć, zaczynam mieć podejrzenia, że miejsca tego może nie być, że nie można niewinnych ludzkich potrzeb zrealizować aż tak mylnie, że miejscowość Psilade, gdzie pyszni się wśród wypalonych traw ta opaczna mekka spragnionych wypoczynku Europejczyków, powstała tylko w moim umyśle, może gdzieś, gdzie w zbyt bliskiej odległości zachowały się pliki po  lekturze Baumana obok tych po zgłębianiu Ericha Fromma, łącząc się w  bezecny majak o płynnym wypoczynku wyalienowanym, nie wiem...

Już w samolocie biuro podróży przewidziało dla nas niespodziankę. Był to  występ magika-komika. „Nie pisz nic o tym, miał taką pożyteczną twarz" –  prosił mnie M., więc pomijam ten dobrotliwy przejaw „animacji”. Choć mam silne podejrzenie, że jego rzeczywistą funkcją było odciągnięcie uwagi pasażerów od zagadkowej kondycji samolotu, którym podróżowaliśmy, a  który wyglądał jak zakupiony tuż przed startem na likwidacji linii powietrznych Bangladeszu. Już od samego początku nadawał on całej wyprawie charakter dziwnej nieprawdziwości. Nie jestem zazwyczaj przesądna, leciałam już w życiu tu i tam tym i tamtym, lecz nigdy tworem samolotopodobnym równej prowizoryczności. 70 proc. zwichrowanych foteli konsekwentnie naznaczonych było czymś jako żywo przypominającym rozległe plamy ciemnych wymiocin czy też krwi (z całą świadomością własnej skłonności do przesady – właśnie tak), zaś całość sprawiała wrażenie scenografii czy sporych rozmiarów gry planszowej „Mały lot”, brakowało tylko plam po kleju Kropelka na skrzydłach. I, mając tę wyższość nad bohaterami tej historii, czyli nami siedzącymi w samolocie, pełnymi radosnego niepokoju i oczekiwania, że wiem już, co będzie dalej, muszę zaznaczyć, że ten sprawiający wrażenie nieprawdziwego środek transportu został perfekcyjnie dobrany do miejsca, w którym zaraz mieliśmy się znaleźć, oto doskonała sytuacja do użycia słowa „znamienny”. Witajcie w  Sol Kipriotis! Porzućcie nadzieję. Do niczego nie będzie wam potrzebna (opcja all inclusive). Oraz – jak mawia towarzysząca nam w podróży M. lat 6: kolorowych koszmarów!

Po wylądowaniu wszystko toczy się jak to w rollercoasterze, tryskają asy z przepastnego rękawa zorganizowanego wypoczynku. Po zwyczajowej podróży autokarem, spośród gór, kóz i wyciumkanych przez wychudłe krowy kępek trawy oraz rzadko rozstrzelonych, posklejanych lasotaśmą chałupin, wyłania się on. Pyszny! Dumny. Ogromny. W środku, wśród poszumu klimatyzacji, lśni lateksowy marmur i epoksydowe kryształy, za szybami falują palmy, mruga szmaragd basenów, intensywność kolorów porównywalna z wizjami raju w „Strażnicy", jedynie liczba osób dopuszczonych do  uczestnictwa jest podejrzana, ale o tym za chwilę. Charakter wnętrza jest świecki, ale przepych właściwy świątyniom, nie zdziwiłabym się, gdyby nasz wspaniały Sol został machnięty przez tego samego projektanta co Licheń, w dzień o nieco niższym ciśnieniu! Gdyby nie niepokojące hordy spoconych ludzi klaskających o lustrzaną posadzkę chińskimi klapkami, można by sądzić, że zza rododendronu wychynie zaraz Onassis podlewający go z konewki – miniatury bursztynowej komnaty. Jednak klaskanie laczek i delikatnie fekalna nuta bijąca z toalet (w których mnogość kabin, a i nie tylko ona, przypomina nieskończone rzędy toi-toiów na festiwalach muzycznych) sprawiają, że złudzenie to szybko ujawnia charakter potężnego złoconego napisu „Dolce & Gabbana” na  chwiejnym rusztowaniu plastikowych okularków UV-12.

Niepokój wzbudzają zamocowane nam na rękach podczas check-inu opaski, właściwe imprezom masowym, pozwalające ustalić naszą nowo nabytą tożsamość, tożsamość all inclusive, jednym rzutem oka. Nikt bowiem więcej rzutów nie ma zamiaru na nas marnować. Nasze bagaże zostają spuszczone po taśmie wprost do  zmyślnego samochodziku, który ma nas zawieźć do pokoju. Pozbawieni twarzy pracownicy w uniformach przerzucają się nami sprawnie i bez specjalnych pieszczot niby posługującymi się mową artykułowaną walizkami. Pojazd rusza. Wśród jego miarowych pierdnięć przemierzamy świat, do uczestnictwa w którym nabyliśmy prawo, świat nowy i wspaniały. Jest to rodzaj oceanu kostki brukowej, na którym stoją starożytne domki w stylu wczesne Jerusalem, okalając nieskończonymi rzędami agorę barów, restauracji i basenów oraz tutejsze axis mundi: ruiny Olimpu ze  starożytnego karton-gipsu. Przypatrujmy się im łakomie, ponieważ jako jedne z niewielu będą przypominać nam, że jesteśmy w Grecji. Wszystko inne zaś będzie pracować nad tym, byśmy się do tego faktu za bardzo nie  przywiązywali. Jesteśmy bowiem w rodzaju pewnego niezobowiązującego „wszędzie", czyli niekłopoczącego nigdzie; bez paniki, będą i kebab, i  frytki, i spaghetti bolognese. Morzem też nikt nie zamierza nas straszyć, choć turkusowoniebieskie obmywa bezludną plażę 20 m za  ogrodzeniem. Bo nie warto zapuszczać się w tak dzikie, odległe i  niezbadane, pozbawione paszników rejony. Tu mamy swoją przyrodę, bezpieczną i estetyczną: trawniki ze spryskiwaczami, obetonowane sprytnie palmy. Jest i fauna: kilka neurotycznych, osowiałych, przeżartych frytkami kotów, gwałtownie przyciskanych do przedwcześnie rozkwitłych piersi przez podtatusiałe dziewczynki lat 4 i brutalnie odrzucanych tuż po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia. Oraz, może nie od  razu: sympatyczne, ale w pewien sposób oswojone karaluchy długości dłoni. Goście są głównie narodowości niemieckiej, z domieszką holenderską, ale i polską, w ilościach godnych otwarcia nowego salonu Media Markt połączonego z rozdawnictwem 2 mln telewizorów plazmowych (jedna osoba może wynieść najwyżej trzy telewizory, osobom zadeptanym i  nieżyjącym telewizorów nie wydajemy!).

Zła gra jak to zła gra, ale dobrą minę warto zrobić, przynajmniej na początku, to znana starogrecka zasada. Samymi sztuczkami magicznymi i widokiem plam krwi się człowiek nie naje, postanawiamy więc zadebiutować w ekskluzywnym świecie gastronomii all inclusive. A co my tu mamy. Raczej czego my tu nie mamy. I pizza, i wątroba, i baklawa, i stoły uginające się pod zwałami zielonej galarety prosto z kosmosu. Bufety obwarowane są przez ludzi przestępujących z nogi na nogę, niecierpliwych jak osy. Obok nas otyła infantka w stroju hawajskim buszuje w talerzu pełnym lasagne w  delikatnym deszczu kilograma kartofli. To nic, jej matka, również babeczka przy kości, wciąga frytki na chrupiącej pierzynce bułek, czy  też chrupiącą pierzynkę bułek na chrupiącej pierzynce frytek w subtelnym oceanie chleba. Wybaczcie, tysiąc pięćset stolików ustawionych jest mimo wszystko dość ciasno, nie sposób nie rzucić okiem, a wręcz odwrotnie: to  widok setek obtłuszczonych otworów gębowych, w obłędzie zasysających pokarm, rzuca się wprost w nie, zostawiając smugi, powidoki, rzutując na  sny. Leje się keczup, sypią się frytki, spieniona pepsi syczy w  dystrybutorze, i nie jakaś chudobiedna puszka czy butelka, żałosne 300 ml, tylko wiele, naprawdę wiele, tyle, ile można wypić, nie wymiotując. Rożysko obfitości, spotworniały sezam dający rozdrapywać swe nieprzebrane zasoby jednocześnie tysiącom odkrywców. Och, nie będę rozwodzić się nad pewną pornografią dietetyczną hotelowej kuchni, choć dietetyk przywieziony tu na rekonesans połączyłby na pewno całkowitą niezbędność z całkowitą niedorzecznością równie zgrabnie co ksiądz pałętający się z kropidłem po więzieniu o zaostrzonym rygorze. Dobra zwyczajowo reglamentowane, ze względu na cenę lub umiarkowane walory zdrowotne, dostępne w ilościach oporowych – czyż to nie spełnienie odwiecznego marzenia ludzkości o „gołąbkach, które same lecą do gąbki", „rzece miodem i mlekiem płynącej” i „czemu nas tam nie ma, gdzie za  darmo wszystko dają”? Otóż właśnie tu jesteśmy i dają za darmo, oczywiście po wcześniejszym zapłaceniu, nic innego, tylko wszystko cudownie rozmnożone, powszechnie dostępne jak zeszłoroczne liście, dla  nikogo nie zabraknie. Tylko tego nikogo jest bardzo dużo, bardzo za dużo.

Oni są wszędzie! Inni ludzie. Sol od świtu aż do wieczora jest jak wielkie miasto w godzinach szczytu. Przy czym w wielkim mieście ludzie przechodzą, nie widzą cię, potrącają, ale na szczęście znikają, zwały ludzkie wylewające się z metra czy odczopowujący się na  przystanku tramwaj przetacza się przez chwile i jak fala rozbija o brzeg niebytu, w kilka sekund rozpierzcha się, znika w ulicach, rozchodzi po  kościach. A obieg w Solu jest bardziej zamknięty, jeziorny, stawowy, ludzie kręcą się, tłoczą, drobią, a najczęściej koczują, rozebrani do  rosołu, eksponując nieprzebrane łany swych ciał. Po kilku godzinach wpadania, ocierania się i natykania na zwały, góry, fałdy, grudy, girlandy cudzych piersi, brzuchów, podbródków i dup, błyszczących od  olejków, w różnych fazach poparzenia słonecznego i wytatuowania, zaczynasz funkcjonować w stanie permanentnego niemego krzyku więznącego na ustach. Zaczynasz marzyć o robotach, o chłodnych, aseptycznych przestrzeniach kosmosu, wolnych od szczypiącego w oczy dymu z barbecue.

Również i w innych najbardziej atrakcyjnych miejscach (brzegi basenów) powietrze jest gęste i nacechowane elektrycznie znajomymi ładunkami z  gatunku „pan tu nie stał". Nic dziwnego, w końcu mamy tu silną reprezentację rodzin polskich, które zęby zjadły na walce o swoje i  lubią teraz tę adrenalinę („patrz ją, jak pcha się!”) („Antoniuszu, Antoniuszu! Proszę cię, nie biegaj”– ten krzyk jednej z polskich matek będzie już gonił mnie wszędzie). Zaś surowe i kategoryczne postawy w  zdobywaniu jeszcze większych ilości z nielimitowanych ilości pożywienia i dostępu do wody u przeważających liczebnie gości narodowości niemieckiej można tłumaczyć faktem, że prawdopodobnie werbowani są oni spośród klasy społecznej nie aż tak znowu A, jak można by się spodziewać po kryształach w hotelowym hallu. Na zawsze zachowam w sercu widok młodego Niemca, który najpierw wepchnął dwójkę swoich dzieci lat około 8 (och, przecież były w dmuchanych ramionkach!) do basenu, by później żartobliwie wpychać im głowy pod wodę za pomocą stopy.

Bo jest prawdą, że oferta all inclusive opiewa również na alkohole. Co  prawda tylko te lokalne, z metkami wyglądającymi jak właśnie wydrukowane na drukarce HP15. Zalegające lodówkę hektolitry lodów mają kolory tęczy i nie inny smak, ale raczej jest to Hagen-Das niż Häagen-Dazs, a raczej Lodor niż Lodmor. Pewnego rodzaju cień ocienia, ten niskiej rozdzielczości splendor, jakby nad naszym miasteczkiem obfitości kołysał się gigantyczny baner Biedronki. Napoje w dystrybutorach są bezpłatne, ale za wodę mineralną w smutnym hotelowym sklepiku trzeba już rzygnąć eurosa. Nie dziwi więc widok zapobiegliwych debiutantów na tym balu obfitości, przyssanych z plastikowym baniakiem do cycka z pepsi.

Ponieważ Sol Kipriotis jest atrapą luksusu, „the bold and the beautiful" dla średnio bold i umiarkowanie beautiful, symulatorem lotów dla  nielotów, bogactwem w weekend dla średnio lub mało zaawansowanych. Wieczorem cały ośrodek huczy i ryczy. Trzy restauracje wydają dla 2500 gości kolację w formie bufetu. Pizza, kiełbasa, kapusta, musaka z  karpiem po żydowsku, pierogi z pomarańczami i salcesonem, do wyboru, do  koloru. Kelnerzy dysponują specjalnymi wiadrami, do których sprawnie strząsają kilogramy resztek z talerzy. Wszyscy biedni i głodni, wszyscy mieszkańcy Afryki, wybaczcie nam, ale tak już jest! Halle są pełne stolików, przy których syci kipriotisowicze pozorują wieczorny relaks przy drinku. W udawaniu wypoczynku i niezobowiązującej rozmowy przeszkadza szczęk tysięcy sztućców, apokaliptyczny dźwięk tłukących się talerzy, krzyków dzieci zaklinowanych w toaletach, harmider rozmów, świergot Nintendo DS, na których pitolą wyniosłe nastolatki (och, ależ ci starzy są nudni!) i wiatr przeganiający po stołach puste plastikowe kubki po winie Rebere rocznik 2011. A na koniec dla chętnych – kultura w  amfiteatrze.

Nie muszę chyba opisywać, że jest to zorba z pewnym brakiem przekonania odtańczona przez cztery ponure, oderwane od innych ciekawszych zajęć osoby w strojach biurowych do akompaniamentu umownego (syntezator, gitara). Teraz już tylko wypić 5 l wódki i czekać na  ponowne otwarcie kuchni (pierwsze śniadanie już od 7!) (drugie od 10, a  trzecie od 12) (od 12.30 barbecue). Zasypiamy niespokojnie w naszym małym prywatnym Jerusalem. Z okolic amfiteatru dopływa mnie głos Céline Dion ze swoim nie całkiem już zielonym evergreenem „near, far, wherever you are I believe that the heart does go on". Tak się bawi, tak się bawi Eu-ro-pa! Nie muszę dodawać, że aż się za nami kurzy, gdy następnego dnia postanawiamy wyjechać. I choć Sol Kipriotis łatwo nie przebacza i  domaga się od nas 150 euro zadośćuczynienia za przedwczesną rezygnację z  oferowanych przez siebie rozkoszy, to nie muszę dodawać, że prędzej jesteśmy skłonni wytrzeć sobie tymi pieniędzmi szyby w wynajętym samochodzie, niż dołożyć je do pieca tego małego końca świata. I choć szybko przeprowadzamy się gdzie indziej, to jeszcze długo budzimy się po  nocach z krzykiem: ciężarówki z ludźmi! głowa miażdżona między obłażącymize skóry cycorami niby spróchniały orzeszek! chińskie tatuaże! brodzenie w kubkach plastikowych, grzechocząca w nich smętna łza podrabianego martini!

Na koniec refleksja: czy biura podróży są głupie? Czy nie wpadły jeszcze na to, by cały ten proces zorganizowanego wypoczynku jeszcze bardziej usprawnić i uprościć? Czy tak trudno wyobrazić sobie rodzaj pakietu „urlop" do użytku domowego, który wyeliminowałby koszty przelotów i  hoteli, a także, mimo wszystko, resztki pewnego wysiłku, którego my, przemęczeni ludzie Zachodu, jesteśmy zmuszeni się podejmować celem odbycia wakacji? Projekcja 3D przedstawiająca grupy półnagich zadeptujących się ludzi, łagodny głos przekazujący w tym czasie proste, rozluźniające komunikaty „wakacje, wakacje”, „morze i fale” albo „grecja, grecja, jesteś w grecji” lub „tunezja, tunezja, jesteś w  tunezji”; do tego specjalne wkładki zapachowe do kontaktów emitujące woń smażeniny, chloru i kosmetyków do opalania zmieszanych z potem. Dostarczany kurierem baniak pogryzionego fabrycznie jedzenia o smaku smażonego tłuszczu z cukrem wyposażony w syntetyczną profilowaną rurę, której fizjologiczny kształt umożliwiałby właściwie niewyczuwalne umieszczenie jej w przełyku; regulowalny byłby stopień rozdrobnienia żywności, jak i intensywność jej strumienia, od miarowych chluśnięć po  gwałtowne duszące fale.

Biuro wzięłoby na siebie wysłanie pocztówek, a za drobną dopłatą mogłoby zabrudzić szczeliny naszych toreb podróżnych nadmorskim piaskiem i  załadować do pamięci naszego aparatu zestaw barwnych zdjęć. Zaś na tych, tu i ówdzie, gdzieś pod piramidą lub na zboczu góry na tle zachodzącego słońca, dałyby się wyłowić kątem oka liczne drobne figurki. Hej, czy nie przypominają one jeźdźców, którzy na chwilę zatrzymali się ze swymi końmi nad wodopojem? Niechybnie już sami wiecie, co to są za  jeźdźcowie. Wypoczywają przed ostatnią, najkrótszą częścią swej podróży.

(C) Dorota Masłowska, 2010-2011/Agencja Literacka Syndykat Autorów. Tekst został napisany dla i pierwotnie ukazał się w miesięczniku Lampa nr 10/2010.

Okładka tygodnika WPROST: 51-52/2011
Więcej możesz przeczytać w 51-52/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 51-52/2011 (1506)

  • Z dziejów mądrości w Polsce 18 gru 2011, 12:00 Tak jak rok 2010 był rokiem smoleńskiej porażki państwa polskiego, tak rok 2011 był rokiem sukcesu polskiego społeczeństwa. 6
  • Jarosław, piłkę zbaw! 18 gru 2011, 12:00 Zaczynam swoje cotygodniowe zwierzenia przepojony radością, optymizmem, wiarą w przyszłość. 8
  • Spleśniały opłatek, pijany Mikołaj 18 gru 2011, 12:00 Polskie media zagotowały się od ploty, jakoby Kazik Staszewski miał być jurorem w programie „Bitwa na głosy”. 10
  • Apostołowie. Nie tacy święci 18 gru 2011, 12:00 Wszystko, co dziś wiemy o Jezusie, wiemy od nich. Kim byli apostołowie? 14
  • Wigilie na dziwnych krańcach świata 18 gru 2011, 12:00 Osiem opowieści o Świętach, które trudno by było wymyślić. Tam, gdzie skaczą delfiny, w magicznej bieli, na zaproszenie muzułmanów, w poszukiwaniu siebie. 18
  • Marzenie o myciu włosów prawą ręką 18 gru 2011, 12:00 O tym, jak szmaciana lalka zamieniła się w Wolverine’a, mutanta z amerykańskiego filmu. I o tym, jak skutecznie straszyć ojca, nawet jeśli nazywa się Wałęsa. 24
  • Niemowlę, które wszystko zmieniło 18 gru 2011, 12:00 Niemowlę, które wszystko zmieniło To trochę skomplikowane: jest mama i tata, ale też nowy tata i nowa mama, trzy babcie i trzech dziadków. Są „byli” i „byłe”. A z nimi: bonus-siostry i bonus-bracia. Czy zmieszczą się wszyscy przy jednym stole wigilijnym? 30
  • Plecy 18 gru 2011, 12:00 Na grób Leppera ciągną pielgrzymki: ludzie postoją, zrobią fotkę, zostawią liścik. Do rodziny wicepremiera, który w sierpniu odebrał sobie życie, przychodzą już nieliczni. 34
  • Nie dam się zastraszyć 18 gru 2011, 12:00 Słyszę cudze kazania, kiedy siedzę w konfesjonale podczas rekolekcji. I to są czasem takie pierdoły, takie banialuki – mówi ks. Wojciech Lemański, niepokorny kapłan, który został przeniesiony przez biskupa z podwarszawskiego Otwocka do małej wsi koło Tłuszcza. 41
  • Cała Ela 18 gru 2011, 12:00 Minister Elżbieta Bieńkowska ma cechy utrudniające polityczną karierę – niewyparzony język i niechęć do biegania po mediach. A mimo to robi polityczną karierę. Zawrotną. 45
  • Alfabet Lejba Fogelmana 18 gru 2011, 12:00 Są ludzie, których znają wszyscy. Są i tacy, którzy znają wszystkich, w każdym razie tych, których znać warto. Tak jak Lejb Fogelman, warszawski adwokat, polski Żyd, który po 1968 r. wyemigrował z Polski, a po 1989 do Polski wrócił. Oto alfabet Lejba Znam Wszystkich Fogelmana. 50
  • Człowiek, który się ciosom nie kłaniał 18 gru 2011, 12:00 – Daniel, nigdy nie byłem na deskach, teraz mnie trzymaj – wyszeptał Jerzy Kulej do Daniela Olbrychskiego. 71-letni polski pięściarz wszech czasów doznał rozległego zawału podczas gali zaprzyjaźnionego z nim aktora. Równie dramatyczne jak ta scena było całe życie... 54
  • Poker Roberta 18 gru 2011, 12:00 Koszmarny wypadek przerwał jego wspinaczkę po tytuł mistrza Formuły 1. Ale w 2012 roku podejmie ją na nowo. Kto go zna, jest pewien, że Robert Kubica zrobi więcej niż wszystko, żeby się udało. 58
  • Patrzę pacjentom w oczy 18 gru 2011, 12:00 Pacjentowi trzeba powiedzieć prawdę: że ma raka i że jest to choroba nieuleczalna. Ale nie wolno chwilę potem dodawać, że zostało mu kilka miesięcy życia – mówi prof. Cezary Szczylik, jeden z najwybitniejszych onkologów w Polsce, przez lata lekarz Krzysztofa Kolbergera. 65
  • Ci egoistyczni dobroczyńcy 18 gru 2011, 12:00 Pomaganie innym to biologiczny instynkt. Daje nam fizyczną przyjemność i poczucie, że jesteśmy lepsi. Tylko gdzie w tym szlachetność? 70
  • Gadają nie tylko w Boże Narodzenie 18 gru 2011, 12:00 Gdy nadjeżdżam, słyszę tupot kopyt i rżenie. Baśka rozpoznaje głos Baśka rozpoznaje głos silnika mojego samochodu. Nie chodzi nawet o jedzenie. O miłość chodzi, no i żeby sobie trochę pogadać. 74
  • Dyskretny urok obcości 18 gru 2011, 12:00 Moi sąsiedzi przypominają mi Anglików. Zawsze trzeba porozmawiać o pogodzie i pożartować. Rozmowa bez żartów byłaby niegrzeczna. Żarty bywają nasycone erotyką, nawet panie nie boją się dosadności. 76
  • Jak trudno czekać na syna 18 gru 2011, 12:00 Misza, jak kiedyś wyjdzie z więzienia, nie będzie się mścił na Putinie. Ale jak ja bym kiedyś Putina spotkała, to już by go nie było na świecie. Z Mariną Filipowną i Borysem Moisiejewiczem Chodorkowskimi, rodzicami Michaiła Chodorkowskiego, rozmawia Wiktor Bater. 78
  • Królestwo nepotyzmu na gruzach komunizmu 18 gru 2011, 12:00 Na gruzach sowieckiego komunizmu powstało rosyjskie królestwo nepotyzmu – sfrustrowane i gnijące. Elity, które ograbiły kraj ogromny i zasobny, są za to tak wdzięczne Putinowi, że chcą jego powrotu na Kreml na kolejne 12 lat. Ale wygląda na to, że życie zaczyna rewidować... 82
  • Greenpoint maj law 18 gru 2011, 12:00 Enklawa polskich emigrantów awansowała na jedną z najmodniejszych dzielnic Nowego Jorku. Tam, gdzie jeszcze 15 lat temu walczyły gangi, koczowali bezdomni, a uliczkami przemykali wystraszeni gastarbeiterzy, imprezują artyści, rockandrollowcy, hipsterzy i supermodelki. 86
  • Dobijanie Pol Pota 18 gru 2011, 12:00 Największy proces o ludobójstwo od czasów Norymbergi toczy się w Kambodży. Ale weterani Czerwonych Khmerów wciąż wspominają wodza. – To był wielki człowiek i kochał swoich żołnierzy – w głosie Cheana słychać tęsknotę za starymi czasami, gdy jako żołnierz nie musiał... 92
  • Król luksusu 18 gru 2011, 12:00 Bernard Arnault swoich 41 mld dolarów dorobił się, zaspokajając snobizm finansowej arystokracji. Luksus z jego podpisem sprzedaje się doskonale, nawet mimo globalnego kryzysu. 96
  • Najdrożsi przyjaciele kobiet 18 gru 2011, 12:00 Kiedyś błyszczały na kształtnej piersi Elizabeth Taylor, a teraz jakiś chciwiec z Azji zamknie je w swoim sejfie. Najsłynniejsze klejnoty Hollywood rozpierzchły się po świecie – dla nowych właścicieli będą dobrą polisą ubezpieczeniową od kryzysu. 100
  • Monsieur Z. 18 gru 2011, 12:00 W herbie ma Lubicz, w portfelu miliardy euro, interesy robi głównie we Francji, ale mieszka w willi pod Mediolanem. Dwie rzeczy są w stanie sprowadzić Romana Zaleskiego do Polski. Partyjka brydża i 1,5 miliarda złotych, które zainwestował w swój bank. Parę lat temu zaczął się... 107
  • Jeźdźcowie apokalipsy 18 gru 2011, 12:00 Dorota Masłowska pisze o wakacjach w słonecznej Grecji, bo „czy coś dziwnego jest w tym, że wykarmiona Santa Barbarą wyobraźnia ciągnie nas ku piaskom, piramidom i błękitnym basenom, zwłaszcza jako mieszkańców regionu, gdzie przez cały rok występują sroższe lub mniej... 111
  • Matka Boska Kożuchowska 18 gru 2011, 12:00 Niechętni mówią: Małgorzata Kożuchowska to celebrytka, która roztrwoniła talent na serialową drobnicę. Życzliwi prostują: to aktorka niezwykle pracowita, która bardzo świadomie buduje swoją karierę. 116
  • Zmierzch imperium 18 gru 2011, 12:00 Słonimski, Konwicki, Szymańska, Dygat, Kutz, Brandys, Kołakowski, Stryjkowski, Hen, Ważyk, Andrzejewski, Tyrmand, Szczypiorski, Osiecka, Michnik, Stachura, Rymkiewicz, Łapicki. I kilkunastu czy kilkudziesięciu innych. Wszyscy spotykali się przy dwóch stolikach w Czytelniku. 120
  • Papusza wyklęta 18 gru 2011, 12:00 Była dumna z poezji – i wstydziła się własnych wierszy. Wychwalał ją Tuwim, Romowie potępiali. Uciekła od nich, tak jak potem uciekła z literatury. Papusza, cygańska poetka, wraca jako bohaterka filmów i książek. 124
  • Wiktoriański batman 18 gru 2011, 12:00 Sherlock Holmes nie był salonowym intelektualistą pykającym fajką, lecz popkulturowym superbohaterem swoich czasów. Ożywić go zatem można, jedynie sięgając do języka kultury popularnej naszej epoki. I to właśnie uczynił Guy Ritchie. Druga część przygód słynnego detektywa... 129
  • Czy pan się deklinuje? 18 gru 2011, 12:00 Do Michała Rusinka, poety (jakże ja lubię jego sprośno-absurdalne limeryki), tłumacza (dzięki za „Fistaszki”!), tropiciela dziecięcych perełek lingwistycznych, wykładowcy akademickiego, wreszcie sekretarza Wisławy Szymborskiej, zadzwoniła pani z banku. „Czy... 136
  • Małe wielkie rzeczy 18 gru 2011, 12:00 W podesłanym mi filmiku roczna dziewczynka przesuwa palcem po ekranie iPada i głośno wydaje okrzyki podziwu na każdy pojawiający się obrazek. Co jakiś czas rozsuwa palcami fotkę, by ją powiększyć, i wtedy wybucha śmiechem. W innym ujęciu rozmieszcza fotki na ekranie –... 138
  • Mój świąteczny indyk 18 gru 2011, 12:00 Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia nie jest łatwy. Wszyscy są przejedzeni, nie bardzo wiedzą, co z sobą zrobić, prezenty wręczone, dzieci się nudzą. Można odnieść wrażenie, że w Polsce święta kończą się na Wigilii, a tradycja świątecznego obiadu właściwie u nas nie istnieje. 140
  • Świąteczne życzenia 18 gru 2011, 12:00 Dobre życzenia świąteczne to takie, które dotykają jakichś braków, żywotnych potrzeb. Dlatego zanim je złożę, przypomnijmy sobie, co już się nam udało i czego w związku z tym życzyć już sobie nie musimy. Więc co się udało, a zwłaszcza udało się mimo wszystko? 142
  • Łaciata historia III RP 18 gru 2011, 12:00 Zgodnie ze starym powiedzeniem tylko krowa nie zmienia poglądów. 144
  • Święty Mikołaj protestuje 18 gru 2011, 12:00 Najnowsze propozycje dyscypliny wydatków w unii europejskiej spotkały się nie tylko z krytyką ze strony Jarosława Kaczyńskiego i jego partii, ale także z ostrym protestem Świętych Mikołajów. Stowarzyszenie grupujące świętych w Europie – Santa Claus International... 146

ZKDP - Nakład kontrolowany