Greenpoint maj law

Greenpoint maj law

Enklawa polskich emigrantów awansowała na jedną z najmodniejszych dzielnic Nowego Jorku. Tam, gdzie jeszcze 15 lat temu walczyły gangi, koczowali bezdomni, a uliczkami przemykali wystraszeni gastarbeiterzy, imprezują artyści, rockandrollowcy, hipsterzy i supermodelki.
W połowie lat 90. Greenpoint był biedny, brzydki i ponury. Zimą bezdomni mościli sobie legowiska w zrujnowanych fabrykach, starych kontenerach, nieczynnych kotłowniach. Latem sypiali na betonowym nabrzeżu rzeki. Obcy wśród swoich, emigranci odrzuceni przez emigrantów. Jak się pije, lepiej nie wstawać Przyjechali i zostali, legalnie albo nie. – Najsławniejszy był pan Piotr, ofiara Portoryków – wspomina pan Waldek. Miał szramę na torsie i  szklane oko. Kiedy szedł odnawiać zasiłek dla inwalidów i pytali, dlaczego jest disabled, wyjmował oko i kładł na ladzie. Brata miał kontraktora. Całkiem dobrze prosperował ten brat. Gdy przychodziła zima, zaczynał się martwić. Kiedyś zapłacił znajomemu, żeby wziął pana Piotra na chatę, ale ten nie wytrzymał rygorów mieszkania pod dachem. Z  przyzwyczajenia kładł się spać na podłodze. Po dwóch tygodniach wrócił do opuszczonej stolarni. Skąd brał ieniądze? Od frajerów. Zasiłkiem budził szacunek. W miarę zbliżania się wypłaty, której termin pan Piotr oficjalnie ogłaszał, rósł wianuszek przyjaciół. Chodzili za nim jak żołnierze na musztrze. A on nawet latem paradował w jesionce z lisim kołnierzem. Damskiej co prawda i nadgryzionej przez mole, ale wciąż imponującej. No i pożyczał akonto.

Janek pochodził z Warszawy. Fajny był chłopak: wysoki, blondyn, tylko oczy miał trochę popieprzone – jedno zielone, drugie niebieskie. Dobił do dwóch kobit. Wzięły go na kwaterę i wykończyły. Sex, drugs and  rock’n’roll. Przesiedział całą noc w fotelu, nad ranem chciał wstać i  kojfnął. – Jak się pije, lepiej nie wstawać, żeby nie męczyć organizmu –  tłumaczy pan Waldek. Po zwłoki bezdomnego przyjeżdżało pogotowie. Sanitariusze pakowali trupa w czarny worek. Szpital, sekcja, piec. Wśród żuli krążyła plotka, że zmarłego odbiera polska ambasada i co tydzień jedna mrożonka leci do Polski. Niby na organy. Tylko wiesz: z wątroby by  nie skorzystali, z nerek też nie... Mało zostawało.

Redaktor Wiesław z  Krakowa, już po sześćdziesiątce, brylował na imprezach kulturalnych, w  telewizji można go było zobaczyć. Niczego się nie bał. A mówili koledzy: uważaj na tym Greenpoincie. Nie uważał i Portoryki złamali mu szczękę. Do szpitala nie poszedł, bo był zaprawiony, nic nie czuł. Pojechał do  znajomego, Olka, żeby się podleczyć. Zupka, druga zupka. Olek postawił paintówę. Wypili i Wiesław przeniósł się do drugiego kolegi Mariana. Leżał tam i rzęził. Marian nie mógł kimnąć, w końcu mówi: wychodzimy. Sprowadzał Wiesława po schodach, redaktor na drugim piętrze dostał zawału.

Gdzie są żule z tamtych lat?

Do stolarni szedłeś od Greenpoint Avenue w dół, przechodziłeś przez McGuinness, a potem jeszcze kawałek. Stolarnia to była taka opuszczona hala. W sąsiedniej stały imadła, prąd dochodził, więc żule się podłączyli. Światło palili bez przerwy: dzień i noc. Nie było wyłącznika. Potem znaleźli kuchenkę elektryczną. Czekali na zamknięcie sklepów i zbierali resztki. Gotowali wszystko w dużym garnku. Przychodzili goście, siadali na kanapach, bo kanapy też skądś przywlekli.

Szefem był pan Zdzisław. Urodzony w Stanach, mówił świetnie po angielsku, ale podobał mu się polski. Lubił zawołać: K…a! albo chu… Miał dziewczynę, która przyjeżdżała samochodem, przywoziła wszystko, co  trzeba. Suchotnicza, ale ładna. No i miała kasę. Zasada była taka, że  jedzenie jest za darmo, wódkę stawiają goście. Wszyscy zasypiali na tych kanapach obsikanych, a rano ktoś leciał po piwo. Jak urwała się stolarnia? Przyjechali goście, co kupili teren. Ogrodzili, wyrzucili wszystkich i tyle.

Przy Calyer Street metę w bejzmencie prowadził Warszawiak. Otwarta chata. Na tapczanach po dwóch-trzech spało jak śledzie, na podłodze paru, w sumie dziewięciu. Toaleta na końcu, na  początku jakaś lodówka. W środku kiełbasa. Światło i tak dalej... Rent niepłacony przez dwa lata. Dokładnie 27 grudnia, śnieg zaczynał padać, mróz chwytał, przychodzi landlord z kapami i mówi: Wypierd….! A  Warszawiak: Ech, ty baranie, to nie mogłeś przyjść w lato. Wszyscy wylecieli. Tylko trochę ubrań pod pachę wzięli i do widzenia. Kotłownia była przy West Street. Drzwi się wyłamało, piece już wygaszone i wszyscy kimali. Chodziło o znalezienie miejsca, którego policja nie widzi, świat nie widzi, nikt nie widzi. Przez dziurę się wchodziło i mieszkało.

Panu Piotrowi parę razy dawali mieszkanie z kwaterunku, ale nie chciał na  Bronksie mieszkać, nie chciał na Manhattanie, nigdzie nie chciał. Musiał tutaj, na Greenpoincie. Patriota!

Gdzie są żule z tamtych lat? Dokąd poszli? A kogo to obchodzi...

Jadą gangi na balangi

Polska mafia powstała zimą 1992 r. przed Bożym Narodzeniem. W saloonie przy India Street zbierało się trzech kumpli: Tiger, Piro i Spek. Jak Polak stamtąd wychodził, Portoryki walili go pałami, kradli kasę i w  długą. Chłopaki się wkurzyły. Początki pamięta dobrze graficiarz ID. Tiger, Piro i Spek pół dzielnicy pokryli napisami Polish Mob. Potem dołączył do nich Piwnica.

Spotykali się w parku McCarrena, przy pomniku Popiełuszki. Przez pierwsze dni pękali, ale siedzieli. Nagle zrobiło się dziesięć osób, dwadzieścia, trzydzieści. Dołączyli nowi, co dopiero przyjechali z Polski, chłopaki ze wsi, punki, gówniarze i starsi, bejce, paru kokainistów. Tych dobrze trzymać na zapleczu, bo jak są naspidowani, leją bez opamiętania. Gorzej z pijakami. Często nie byli w  stanie się bić. Raz wpadła załoga z pałami, wszyscy uciekli, zostały tylko bejce. Taki dostali wp…, że świstało. Ale generalnie luzik. Siedziało się do czwartej rano, latały butelki, kosze na śmieci, wszystko! Zero policji, ludność spoko. Kiedyś przyszło dwieście osób, bo  ktoś rzucił hasło, że będzie beczka piwa. Spanisze zwątpili. Poznali siłę polskiej mafii.

Największe wrażenie robiło graffiti. Amerykanie, Portoryki, Ajrisze myśleli, że każdy Polak to polska mafia. Byli w  szoku. Gang K.A.D. z parku przy India Street przyszedł negocjować. Dzień wcześniej Piwnica posprejował im cały park. Spytali: Czego chce Polish Mob? Niczego nie chce, nap… Polaków, więc się bronimy. Za chwilę okazało się, że połowa tych Portoryków to Polacy, tylko tutaj urodzeni. Jeden był pół-Portoryk pół-Polak i gadał po polsku, inny pół-Polak pół-Ajrisz. Oba gangi uradziły, że zrobią razem Greenpoint Mob. To był naprawdę wielki sukces: K.A.D. i Polish Mob razem!

Zjednoczeni siedzieli w parku, ktoś wpadał, mówił: Naj… mnie! Gdzie? Przy Nassau. Wszyscy za pały i poszli. Nie lało się od razu. Jak siedziało pięciu, a  Polaków było piętnastu, wystarczyło postraszyć.

Na początku policjanci nie przeszkadzali w podchodach. Wkurzyli się, kiedy o polskiej mafii ludzie zaczęli gadać. Że jak dojdzie do morderstwa, to na pewno w parku, gdzie Polacy hangują. Miała być wielka bitwa z Portorykami. Załoga przyniosła kije, kastety, noże. Zajechały kapy, wszystkich dawaj na  siatkę i wiskają. Sprzęt się sypnął, potrzymali chłopaków trochę i  kazali się rozejść. No to się rozeszli – z powrotem po pały. Drugi raz ich zatrzymali na rogu Manhattan i Nassau. Znowu się noże posypały. Kapy zdziwione: Skąd wy to macie, chwilę temu was trzepaliśmy? Puścili i  trzeci raz shaltowali. Do bitwy nie doszło, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Raz było 14 Polaków przeciw 32 Portorykom. Zrobili masakrę. Portoryka wystarczy raz w ryja trafić i pada. Nie wolno się bać. Jak się nie przestraszysz – wygrałeś. Nawet jeżeli tamten ma nóż.

Policja aresztowała Polaków, chociaż Portoryki zaczęli. Fakt, że skatowani byli strasznie. Klamry od pasów wojskowych pękały! Piwnica walił łbami o mur. Krystian rozniósł ośmiu. Co chwilę jakiś nowy wyskakiwał z klatki, otwierał nóż i zaraz uciekał na czworakach. Pogrom wzmocnił autorytet polskiej mafii. Amerykanie przychodzili, Ajrisze. Ci to nawet chcieli założyć swoją Irish Mob, ale Spek i Piwnica ich wyśmiali. Młodzi Polacy zaczęli się przyznawać, kim są. Przedtem każdy mówił, że jest Niemiec, Spanisz albo chu... wie kto. Niestety, wejście do main streamu osłabiło ducha walki. Każdy był silny, ale w gębie. Pierwszy zwątpił Piwnica. Powiedział tym małolatom, którzy udawali, że nie wiadomo, co potrafią: Wsiadamy w samochody, jedziemy po gany. Jest taki portorycki blok przy doksach, ze dwieście rodzin mieszka. Wpadamy i wszystkich załatwiamy. Kobiety, dzieci, starców. W porzo? Oni na to: Wiesz, jutro do pracy trzeba wcześnie wstać, może kiedy indziej. A Piwnica: I co z wami można zdziałać? Sam mam iść? Jak będę pojedynczo zabijał, to ze cztery godziny miną, nim skończę!

Polska mafia istniała do 1997, 1998 r. Chłopaki się wykruszyły, pożeniły, dzieci porobiły. Tiger zaczął trzymać z donatsami, czyli lanserami, co mają samochodziki, krótkie włoski, ładnie się ubierają, przyjeżdżają do klubów i kawę piją. Piro marines został. Giuliani wziął się do czyszczenia miasta z gangów.

Ale przede wszystkim na Greenpoint zaczęły płynąć pieniądze – wyjaśnia Piwnica, który teraz jest biznesmenem, czasem tylko pójdzie zaprotestować przeciw polskim obozom koncentracyjnym w żydowskich gazetach. Młodzi Polacy nie muszą już walczyć o prawo do życia w spokoju. Zresztą Portoryki same zbastowały. Połowa wyemigrowała na południe, do Bushwick, Cypress Hills, East New York, bo nie wytrzymała rentu. Druga połowa ma gdzie zarobić. Pełno knajp, klubów, sklepów. Greenpoint to nowy Williamsburg!

Nowa fala

Rick jest korespondentem kulturalnym radia publicznego NPR i gejem. Od  2005 r. mieszka na Bedford Avenue, blisko Europa Club. Nie wie, że  półtorej dekady temu był to polski dansing w stylu rzeszowsko- -łomżyńskim grający disco polo. Teraz regularnie występują w Europie legendy punku i alt rocka: Anti-Nowhere League, Suicide, Psychic TV, 999, Death. W piątek koło jedenastej wieczorem na Bedford łatwiej spotkać faceta z gitarą niż faceta w spodniach – żartuje Rick. Jedni biegną na koncert, inni wracają z próby lub po prostu spacerują, zaglądając do kolejnych barów z nadzieją na zaklepanie sobie występu. Mijają dziewczyny o niebieskich włosach flirtujące z malarzami, studentów, którzy dyskutują o zakończonym przed chwilą wernisażu.

Dzielnica ubogich emigrantów staje się kolejną po Williamsburgu kwaterą główną młodych plastyków, poetów, muzyków. Ta barwna gromadka w latach 60. uciekła z bitnikowskiego Greenwich Village do hipisowskiego Soho. W 70. przeniosła się jeszcze dalej na  wschód, do punkowego East Village, w 80. – do Alphabet City, a w 90. –  na Williamsburg. Kolejne ucieczki miały ten sam powód: hipsterzy podążający za cyganerią śrubowali czynsze do granic absurdu. Bedford też zdążyli już zamienić w jarmark próżności przemierzany limuzynami przez supermodelki. Trwa kolejna fala migracji.

W martwych zaułkach wyrosły bary, kluby, sklepy z używanymi ciuchami, salony tatuażu i  kolczykowania. Co kilkadziesiąt metrów: bramy nowych galerii i pracowni artystycznych. Wieczorem ulice zapełniają piękni dwudziestoletni w  sportowych podkoszulkach, czarnych minispódniczkach, platformach z  różowego plastiku, pasiastych surdutach. Podczas weekendu, między 7 wieczorem a 4 rano, mieszkaniec Williamsburga/Greenpointu może obejrzeć najmodniejszy spektakl off-off-Brodway, posłuchać kilku znanych kapel, potańczyć do miksu granego przez jednego z najsłynniejszych didżejów świata, a na dobranoc zagrać przy piwie w bilard. Przy czym 4 rano to  granica umowna. Jest wiele miejsc czynnych (nielegalnie) po godzinach, gdzie zabawa trwa 24/7.

Na Greenpoincie wciąż działają polskie restauracje i sklepy rzeźnicze, w  tym słynna masarnia U Kiszki. Rick do nich nie zagląda, bo nie je mięsa. Kulinarny Greenpoint to dla niego kolejki po niedzielne śniadanie zwane brunchem, chilijski okoń w panierce ze smardzów, którego podają aroganccy aktorzy czekający na wielką karierę. Nazwa najbardziej typowej kiedyś potrawy lokalnej kuchni kojarzy się Rickowi z galerią Pierogi 2000 przy rogu North 9 Street i Bedford – jednym z instytucjonalnych fundamentów bohemy.

Mimo to uważa Greenpoint za dzielnicę etniczną, tajemniczą w swych obyczajach, magiczną. Z dumą opowiada, jak zrobił reportaż na temat niesamowitego obrzędu święcenia przed Wielkanocą jajek, kiełbasy, chleba i słodkiej bułki, która nazywa się babka. Ludzie zanoszą jedzenie do kościoła w plecionych koszyczkach, a ksiądz bierze metalową miskę ze święconą wodą, zanurza w niej specjalną miotełkę zwaną aspergillum i kropi. Rick nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszał, choć skończył antropologię. A o polskiej mafii słyszałeś? Nie! Poszperaj, Ricky, to też ciekawe dla antropologa – zachęcam. Autor jest korespondentem Radia Zet

Okładka tygodnika WPROST: 51-52/2011
Więcej możesz przeczytać w 51-52/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • czeczetkowicz@vp.pl   IP
    no brawo brawo! Pamietam te czasy z perspektywy POLSKI :)
    w końcu PIWNICA mój brat

    Spis treści tygodnika Wprost nr 51-52/2011 (1506)

    • Z dziejów mądrości w Polsce 18 gru 2011, 12:00 Tak jak rok 2010 był rokiem smoleńskiej porażki państwa polskiego, tak rok 2011 był rokiem sukcesu polskiego społeczeństwa. 6
    • Jarosław, piłkę zbaw! 18 gru 2011, 12:00 Zaczynam swoje cotygodniowe zwierzenia przepojony radością, optymizmem, wiarą w przyszłość. 8
    • Spleśniały opłatek, pijany Mikołaj 18 gru 2011, 12:00 Polskie media zagotowały się od ploty, jakoby Kazik Staszewski miał być jurorem w programie „Bitwa na głosy”. 10
    • Apostołowie. Nie tacy święci 18 gru 2011, 12:00 Wszystko, co dziś wiemy o Jezusie, wiemy od nich. Kim byli apostołowie? 14
    • Wigilie na dziwnych krańcach świata 18 gru 2011, 12:00 Osiem opowieści o Świętach, które trudno by było wymyślić. Tam, gdzie skaczą delfiny, w magicznej bieli, na zaproszenie muzułmanów, w poszukiwaniu siebie. 18
    • Marzenie o myciu włosów prawą ręką 18 gru 2011, 12:00 O tym, jak szmaciana lalka zamieniła się w Wolverine’a, mutanta z amerykańskiego filmu. I o tym, jak skutecznie straszyć ojca, nawet jeśli nazywa się Wałęsa. 24
    • Niemowlę, które wszystko zmieniło 18 gru 2011, 12:00 Niemowlę, które wszystko zmieniło To trochę skomplikowane: jest mama i tata, ale też nowy tata i nowa mama, trzy babcie i trzech dziadków. Są „byli” i „byłe”. A z nimi: bonus-siostry i bonus-bracia. Czy zmieszczą się wszyscy przy jednym stole wigilijnym? 30
    • Plecy 18 gru 2011, 12:00 Na grób Leppera ciągną pielgrzymki: ludzie postoją, zrobią fotkę, zostawią liścik. Do rodziny wicepremiera, który w sierpniu odebrał sobie życie, przychodzą już nieliczni. 34
    • Nie dam się zastraszyć 18 gru 2011, 12:00 Słyszę cudze kazania, kiedy siedzę w konfesjonale podczas rekolekcji. I to są czasem takie pierdoły, takie banialuki – mówi ks. Wojciech Lemański, niepokorny kapłan, który został przeniesiony przez biskupa z podwarszawskiego Otwocka do małej wsi koło Tłuszcza. 41
    • Cała Ela 18 gru 2011, 12:00 Minister Elżbieta Bieńkowska ma cechy utrudniające polityczną karierę – niewyparzony język i niechęć do biegania po mediach. A mimo to robi polityczną karierę. Zawrotną. 45
    • Alfabet Lejba Fogelmana 18 gru 2011, 12:00 Są ludzie, których znają wszyscy. Są i tacy, którzy znają wszystkich, w każdym razie tych, których znać warto. Tak jak Lejb Fogelman, warszawski adwokat, polski Żyd, który po 1968 r. wyemigrował z Polski, a po 1989 do Polski wrócił. Oto alfabet Lejba Znam Wszystkich Fogelmana. 50
    • Człowiek, który się ciosom nie kłaniał 18 gru 2011, 12:00 – Daniel, nigdy nie byłem na deskach, teraz mnie trzymaj – wyszeptał Jerzy Kulej do Daniela Olbrychskiego. 71-letni polski pięściarz wszech czasów doznał rozległego zawału podczas gali zaprzyjaźnionego z nim aktora. Równie dramatyczne jak ta scena było całe życie... 54
    • Poker Roberta 18 gru 2011, 12:00 Koszmarny wypadek przerwał jego wspinaczkę po tytuł mistrza Formuły 1. Ale w 2012 roku podejmie ją na nowo. Kto go zna, jest pewien, że Robert Kubica zrobi więcej niż wszystko, żeby się udało. 58
    • Patrzę pacjentom w oczy 18 gru 2011, 12:00 Pacjentowi trzeba powiedzieć prawdę: że ma raka i że jest to choroba nieuleczalna. Ale nie wolno chwilę potem dodawać, że zostało mu kilka miesięcy życia – mówi prof. Cezary Szczylik, jeden z najwybitniejszych onkologów w Polsce, przez lata lekarz Krzysztofa Kolbergera. 65
    • Ci egoistyczni dobroczyńcy 18 gru 2011, 12:00 Pomaganie innym to biologiczny instynkt. Daje nam fizyczną przyjemność i poczucie, że jesteśmy lepsi. Tylko gdzie w tym szlachetność? 70
    • Gadają nie tylko w Boże Narodzenie 18 gru 2011, 12:00 Gdy nadjeżdżam, słyszę tupot kopyt i rżenie. Baśka rozpoznaje głos Baśka rozpoznaje głos silnika mojego samochodu. Nie chodzi nawet o jedzenie. O miłość chodzi, no i żeby sobie trochę pogadać. 74
    • Dyskretny urok obcości 18 gru 2011, 12:00 Moi sąsiedzi przypominają mi Anglików. Zawsze trzeba porozmawiać o pogodzie i pożartować. Rozmowa bez żartów byłaby niegrzeczna. Żarty bywają nasycone erotyką, nawet panie nie boją się dosadności. 76
    • Jak trudno czekać na syna 18 gru 2011, 12:00 Misza, jak kiedyś wyjdzie z więzienia, nie będzie się mścił na Putinie. Ale jak ja bym kiedyś Putina spotkała, to już by go nie było na świecie. Z Mariną Filipowną i Borysem Moisiejewiczem Chodorkowskimi, rodzicami Michaiła Chodorkowskiego, rozmawia Wiktor Bater. 78
    • Królestwo nepotyzmu na gruzach komunizmu 18 gru 2011, 12:00 Na gruzach sowieckiego komunizmu powstało rosyjskie królestwo nepotyzmu – sfrustrowane i gnijące. Elity, które ograbiły kraj ogromny i zasobny, są za to tak wdzięczne Putinowi, że chcą jego powrotu na Kreml na kolejne 12 lat. Ale wygląda na to, że życie zaczyna rewidować... 82
    • Greenpoint maj law 18 gru 2011, 12:00 Enklawa polskich emigrantów awansowała na jedną z najmodniejszych dzielnic Nowego Jorku. Tam, gdzie jeszcze 15 lat temu walczyły gangi, koczowali bezdomni, a uliczkami przemykali wystraszeni gastarbeiterzy, imprezują artyści, rockandrollowcy, hipsterzy i supermodelki. 86
    • Dobijanie Pol Pota 18 gru 2011, 12:00 Największy proces o ludobójstwo od czasów Norymbergi toczy się w Kambodży. Ale weterani Czerwonych Khmerów wciąż wspominają wodza. – To był wielki człowiek i kochał swoich żołnierzy – w głosie Cheana słychać tęsknotę za starymi czasami, gdy jako żołnierz nie musiał... 92
    • Król luksusu 18 gru 2011, 12:00 Bernard Arnault swoich 41 mld dolarów dorobił się, zaspokajając snobizm finansowej arystokracji. Luksus z jego podpisem sprzedaje się doskonale, nawet mimo globalnego kryzysu. 96
    • Najdrożsi przyjaciele kobiet 18 gru 2011, 12:00 Kiedyś błyszczały na kształtnej piersi Elizabeth Taylor, a teraz jakiś chciwiec z Azji zamknie je w swoim sejfie. Najsłynniejsze klejnoty Hollywood rozpierzchły się po świecie – dla nowych właścicieli będą dobrą polisą ubezpieczeniową od kryzysu. 100
    • Monsieur Z. 18 gru 2011, 12:00 W herbie ma Lubicz, w portfelu miliardy euro, interesy robi głównie we Francji, ale mieszka w willi pod Mediolanem. Dwie rzeczy są w stanie sprowadzić Romana Zaleskiego do Polski. Partyjka brydża i 1,5 miliarda złotych, które zainwestował w swój bank. Parę lat temu zaczął się... 107
    • Jeźdźcowie apokalipsy 18 gru 2011, 12:00 Dorota Masłowska pisze o wakacjach w słonecznej Grecji, bo „czy coś dziwnego jest w tym, że wykarmiona Santa Barbarą wyobraźnia ciągnie nas ku piaskom, piramidom i błękitnym basenom, zwłaszcza jako mieszkańców regionu, gdzie przez cały rok występują sroższe lub mniej... 111
    • Matka Boska Kożuchowska 18 gru 2011, 12:00 Niechętni mówią: Małgorzata Kożuchowska to celebrytka, która roztrwoniła talent na serialową drobnicę. Życzliwi prostują: to aktorka niezwykle pracowita, która bardzo świadomie buduje swoją karierę. 116
    • Zmierzch imperium 18 gru 2011, 12:00 Słonimski, Konwicki, Szymańska, Dygat, Kutz, Brandys, Kołakowski, Stryjkowski, Hen, Ważyk, Andrzejewski, Tyrmand, Szczypiorski, Osiecka, Michnik, Stachura, Rymkiewicz, Łapicki. I kilkunastu czy kilkudziesięciu innych. Wszyscy spotykali się przy dwóch stolikach w Czytelniku. 120
    • Papusza wyklęta 18 gru 2011, 12:00 Była dumna z poezji – i wstydziła się własnych wierszy. Wychwalał ją Tuwim, Romowie potępiali. Uciekła od nich, tak jak potem uciekła z literatury. Papusza, cygańska poetka, wraca jako bohaterka filmów i książek. 124
    • Wiktoriański batman 18 gru 2011, 12:00 Sherlock Holmes nie był salonowym intelektualistą pykającym fajką, lecz popkulturowym superbohaterem swoich czasów. Ożywić go zatem można, jedynie sięgając do języka kultury popularnej naszej epoki. I to właśnie uczynił Guy Ritchie. Druga część przygód słynnego detektywa... 129
    • Czy pan się deklinuje? 18 gru 2011, 12:00 Do Michała Rusinka, poety (jakże ja lubię jego sprośno-absurdalne limeryki), tłumacza (dzięki za „Fistaszki”!), tropiciela dziecięcych perełek lingwistycznych, wykładowcy akademickiego, wreszcie sekretarza Wisławy Szymborskiej, zadzwoniła pani z banku. „Czy... 136
    • Małe wielkie rzeczy 18 gru 2011, 12:00 W podesłanym mi filmiku roczna dziewczynka przesuwa palcem po ekranie iPada i głośno wydaje okrzyki podziwu na każdy pojawiający się obrazek. Co jakiś czas rozsuwa palcami fotkę, by ją powiększyć, i wtedy wybucha śmiechem. W innym ujęciu rozmieszcza fotki na ekranie –... 138
    • Mój świąteczny indyk 18 gru 2011, 12:00 Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia nie jest łatwy. Wszyscy są przejedzeni, nie bardzo wiedzą, co z sobą zrobić, prezenty wręczone, dzieci się nudzą. Można odnieść wrażenie, że w Polsce święta kończą się na Wigilii, a tradycja świątecznego obiadu właściwie u nas nie istnieje. 140
    • Świąteczne życzenia 18 gru 2011, 12:00 Dobre życzenia świąteczne to takie, które dotykają jakichś braków, żywotnych potrzeb. Dlatego zanim je złożę, przypomnijmy sobie, co już się nam udało i czego w związku z tym życzyć już sobie nie musimy. Więc co się udało, a zwłaszcza udało się mimo wszystko? 142
    • Łaciata historia III RP 18 gru 2011, 12:00 Zgodnie ze starym powiedzeniem tylko krowa nie zmienia poglądów. 144
    • Święty Mikołaj protestuje 18 gru 2011, 12:00 Najnowsze propozycje dyscypliny wydatków w unii europejskiej spotkały się nie tylko z krytyką ze strony Jarosława Kaczyńskiego i jego partii, ale także z ostrym protestem Świętych Mikołajów. Stowarzyszenie grupujące świętych w Europie – Santa Claus International... 146

    ZKDP - Nakład kontrolowany