Rekonwalescencja tygrysów

Rekonwalescencja tygrysów

Przedłużający się kryzys azjatyckistawia pod znakiem zapytaniaproroctwa o "wieku Pacyfiku"
Pacjent jest nadal poważnie chory - wyrokują eksperci międzynarodowych organizacji finansowych, oceniający gospodarczą kondycję państw Azji Południowo-Wschodniej, które w połowie 1997 r. padły ofiarą bezprecedensowego kryzysu.  "Tygrysy" są jedynie w stanie hibernacji, gdy się jednak przebudzą, świat czeka era niebywałej koniunktury - twierdzą biznesmeni liczący, że znów będą mogli czerpać krociowe zyski w Azji. Realiści są bardziej wstrzemięźliwi - na razie nadzieje na przełamanie kryzysu wiąże się przede wszystkim z pakietem reform przyjętym przez rząd japoński.

Bez sanacji systemu finansowego Japonii trudno oczekiwać uzdrowienia i przywrócenia prosperity w pozostałych krajach regionu Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. W ramach operacji ratunkowej tokijski gabinet zdecydował się na wyasygnowanie 500 mld dolarów, mających wesprzeć banki pogrążone w tarapatach. Tymczasem instytucje te wymagają głębokiej restrukturyzacji, często "kapitalnego remontu". Czy więc samo wyłożenie imponującej kwoty wystarczy do reanimacji gospodarki Nipponu i pobudzenia aktywności w azjatyckiej części strefy Pacyfiku? Formułowane prognozy nie są jednoznaczne. W niektórych wypadkach dominuje nawet brak wiary w sens wydatkowania tak kolosalnej sumy bez gruntownej przebudowy ustroju ekonomicznego.
Jedną z recept na sukces miałaby być liberalizacja gospodarki i otwarcie na oścież okna na świat. Wiadomo jednak, że musiałoby to spowodować falę bankructw, pogłębić bezrobocie i wywołać społeczne niezadowolenie. Rząd japoński chciałby tego uniknąć. Za kilka lat kuracja może być jednak bardziej bolesna. Mimo kłopotów nawiedzających ojczyznę samurajów w całej obecnej dekadzie, dotychczas nie dokonano istotnych przekształceń strukturalnych w gospodarce. Nierealistyczne są ceny nieruchomości. Ich załamanie na początku lat 90. wpędziło Nippon w dołek, w którym tkwi do dziś. Działki w stolicy są obecnie o ponad 60 proc. tańsze niż przed dziesięciu laty. Za lokal biurowy w centrum Tokio nadal płaci się jednak dziesięć razy więcej niż za tej samej wielkości pomieszczenia na nowojorskim Manhattanie.
Przeszacowane są także akcje spółek notowanych na tokijskiej giełdzie. Współczynnik ceny do zysku, jeden z podstawowych mierników stanu przedsiębiorstw, wynosi ok. 60; jest zatem mocno wyśrubowany. Tak sztucznie wywindowane wskaźniki fałszują faktyczny stan rzeczy. Mimo bankowego krachu, w Japonii nadal zbyt łatwo można uzyskać kredyt. Instytucje bankowe nie znają umiaru - wartość udzielanych pożyczek sięga 100 proc. produktu krajowego brutto. Ta hojność sprawia, że w japońskich firmach proporcje długu do kapitału własnego wynoszą 4 do 1. Według finansistów, jest to balansowanie na cienkiej linie. Na dodatek tegoroczny PKB skurczy się prawie o 2,5 proc. Niewiele lepiej ma być za rok. Rząd premiera Keizo Obuchi może nie przetrwać do wyborów parlamentarnych wyznaczonych na wrzesień 1999 r.
Oczy sąsiadów zwrócone są również na Koreę Południową, drugą po Japonii potęgę gospodarczą regionu i ewentualną lokomotywę regionalnego wzrostu. Wydaje się, że najgorsze Koreańczycy mają już za sobą. Jeśli jednak wszystko potoczy się tak, jak przewidują planiści w Seulu, znaczącego przełomu i zahamowania spadku można się spodziewać dopiero w drugiej połowie przyszłego roku. Ale PKB i tak - jak przewidują eksperci - zmniejszy się o 2,3 proc.
Prezydent Kim Dae Jung, który w lutym będzie obchodzić rocznicę urzędowania w Błękitnym Pałacu, nie może przeprowadzać zmian w takim tempie, w jakim jeszcze niedawno pragnął. Na przeszkodzie stoją potężne związki zawodowe, obawiające się dalszych zwolnień. Bezrobocie już wynosi prawie 8 proc. (według nieoficjalnych danych, jest jeszcze wyższe). Taka liczba osób bez pracy jest nie do zaakceptowania przez Koreańczyków przyzwyczajonych do dożywotniego zatrudnienia. Dlatego centrale związkowe z determinacją walczą o odwleczenie niezbędnej, drastycznej transformacji swych zakładów. Na pocieszenie pozostają im wiadomości o zwiększającej się sprzedaży towarów i usług za granicą, a także o rosnących wpływach dewizowych największych konglomeratów. Dzięki temu rezerwy walutowe Korei Południowej znów przekroczyły 50 mld USD. Poszerza się margines bezpieczeństwa finansowego państwa. Eksport pozwala jednak przede wszystkim utrzymać w niektórych sektorach produkcję i zatrudnienie. Popyt wewnętrzny jest bowiem zbyt wątły, by napędzać wzrost gospodarczy. - Rodacy zacisnęli pasa i zęby. Wyjdziemy z recesji, podobnie jak kiedyś dokonaliśmy ekonomicznego cudu - mówią pracujący w Polsce przedstawiciele koreańskich czeboli.
Niewiadomą pozostaje rozwój sytuacji w Indonezji. Tymczasem bez rozwiązania nabrzmiałych problemów politycznych niemożliwa jest ekonomiczna rekonwalescencja tego najludniejszego kraju muzułmańskiego (zamieszkuje go 208 mln obywateli). Indonezyjczycy pragną rozliczyć trzydziestodwuletnią epokę rządów generała Suharto. Szef państwa ustąpił w maju 1997 r., ale zdążył wskazać swego następcę. Został nim Jusuf Habibie. Pod naporem tłumów szalejących na ulicach Dżakarty nowy prezydent musiał jednak wszcząć skrupulatne dochodzenie m.in. w sprawie gigantycznego majątku, rzekomo zgromadzonego przez poprzednika. Gospodarcza katastrofa, jaka dotknęła Nusantarę, zbiera tymczasem dramatyczne żniwo. Bezrobocie urosło do ponad 15 proc., 90 mln ludzi żyje poniżej progu ubóstwa. Oznacza to, że stać ich na jeden skromny posiłek dziennie. Splajtowały tysiące małych i średnich firm. Większości z 240 spółek zarejestrowanych na dżakarckiej giełdzie grozi techniczne bankructwo. Narodowy pieniądz - rupia - jest dziś warty tylko jedną piątą tego, co przed rokiem.
Grożąca olbrzymią społeczną eksplozją sytuacja budzi trwogę u najbliższych sąsiadów. Politycy prosperującego Singapuru i zamożnej Malezji dostają dreszczy na myśl o tym, co może wyniknąć z indonezyjskiej zapaści. Roztaczane są wizje chaosu i etnicznych waśni, przeradzających się w krwawe pogromy. Destabilizacja zaś może zaowocować masowym exodusem wynędzniałej, fizycznie zagrożonej ludności. Najbliżej będzie jej do Singapuru i Malezji. Rzesz zdeterminowanych uchodźców nie powstrzymają najlepiej nawet wyposażone i wzmocnione posterunki graniczne. Również Tokio z niepokojem myśli o możliwej eskalacji anarchii na ogromnym archipelagu. Indonezja leży na skrzyżowaniu ważnych, morskich szlaków handlowych i transportowych wiodących m.in. do Japonii. Występujące na nich zakłócenia, odrodzenie się plagi piractwa, mogą jedynie zaostrzyć dzisiejsze trudności Nipponu. Osłabienie Indonezji staje się też dobrą okazją do umocnienia wpływów Chin w tym wielkim kraju.
Na razie nieco lepiej wygląda sytuacja w Malezji, od początku oficjalnie odrzucającej "lecznicze" recepty Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Premier Mahathir Mohammad nadal upiera się przy tym, że jego kraj samodzielnie poradzi sobie ze skutkami gospodarczej burzy. O jej wywołanie oskarżył zresztą "światową wspólnotę żydowską", kierowaną przez George?a Sorosa, znanego gracza giełdowego. Soros wezwał niedawno do dymisji szefa rządu w Kuala Lumpur, prowokując go do kolejnych, ksenofobicznych wypowiedzi. Prestiżu nie przysparza też Mahathirowi aresztowanie i wytoczenie sprawy sądowej Anwarowi Ibrahimowi, jeszcze niedawno uznawanemu za potencjalnego sukcesora Mahathira. Oskarżono go o nadużywanie funkcji wicepremiera i "homoseksualne występki". Tymczasem "koronny" świadek rzekomych perwersji zatrzymanego oświadczył ostatnio, że bynajmniej nie był ofiarą seksualnych zapędów Anwara.
Malezyjski gabinet wprowadził surową kontrolę przepływów dewizowych i niskie stopy procentowe mające stymulować wzrost gospodarczy. Są to jednak półśrodki, mogące skutkować jedynie na krótką metę. Ośrodek badawczy tygodnika "The Economist" przewiduje, że już w drugiej połowie 1999 r. malezyjska gospodarka się załamie, co miałoby spowodować spadek PKB o ponad 2 proc.
Dość jasnym światłem na ekonomicznej mapie doświadczonego kryzysem regionu świeci Tajlandia. To właśnie dewaluacja tajlandzkiego bahta w lipcu 1997 r. uruchomiła lawinę zjawisk kryzysowych w Azji. Rząd w Bangkoku bez zastrzeżeń zaakceptował wówczas rady i przedsięwzięcia proponowane przez MFW i Bank Światowy. "Pokora" powinna zacząć wkrótce procentować. Przypuszcza się, że m.in. zatrzymany zostanie proces obniżania się PKB. W 1998 r. zmalał on aż o 6 proc. W tym roku ma pozostać na nie zmienionym poziomie. Oznaczać to będzie powodzenie programów dostosowawczych, realizowanych przez władze w porozumieniu z międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Poza tym wydaje się, że widząc, co dzieje się w Malezji, Bangkok nie będzie skłonny rezygnować z polityki pełnego podporządkowania się zaleceniom funduszu. Choć taka pokusa może się pojawić. Tym bardziej że w 1999 r. Tajów będą czekać dalsze wyrzeczenia.
Pod znakiem zapytania stoi wciąż przyszłość Filipin. W pierwszych fazach regionalnego kryzysu na tle pozostałych krajów wyspiarskie państwo wyglądało na bastion stabilizacji. Przejęcie w maju 1998 r. steru rządów przez byłego aktora Josepha Estradę wywołało jednak wątpliwości, co będzie dalej. Populistyczny prezydent trafił do pałacu Malacanang dzięki obietnicom błyskawicznej poprawy doli milionów rodaków. Teraz okazało się, że jest to nierealne. Ekipa Estrady nie przedstawiła żadnego realistycznego programu. Zasłynęła natomiast z nadzwyczajnej zdolności do budowania "republiki kolesiów". Takie kwalifikacje mogą nie wystarczyć do tego, aby wprowadzić Filipiny w XXI stulecie. Według powszechnie formułowanych jeszcze niedawno przepowiedni, miało ono być "wiekiem Pacyfiku". W tej chwili niewiele wskazuje na to, by te horoskopy miały się ziścić.

Henryk Suchar
Więcej możesz przeczytać w 3/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0