Burza nad Brukselą

Burza nad Brukselą

Czy "rząd" Europy stał się siedliskiem korupcji i nepotyzmu?
Przed decydującym głosowaniem w kuluarach trwały gorące narady polityków. W tym czasie dziennikarze przekazywali do swoich redakcji wiadomości o kolejnych aferach korupcyjnych, w które zamieszani mieli być urzędnicy komisji. Ostatecznie komisja nie została odwołana, niemniej jej reputacja została mocno nadwerężona. Dlaczego Komisja Europejska, na której ciążą poważne zarzuty, może nadal pracować w tym samym składzie? Po pierwsze, Parlament Europejski nie jest w stanie odwołać ze stanowisk tylko tych komisarzy, którym postawiono zarzuty, może jedynie zwolnić całą komisję. Takiej perspektywy wystraszyli się zwłaszcza chadecy. Wybór nowej komisji w czasie, gdy w większości państw członkowskich rządzą socjaldemokraci, oznaczałby zbyt szybką utratę wpływów chrześcijańskich demokratów. Ponadto decyzja ta spowodowałaby trudne do przewidzenia konsekwencje. "Jeżeli komisja poda się do dymisji, na kilka miesięcy wytworzy się próżnia decyzyjna i przerwane zostaną prace nad przygotowaniem do rozszerzenia UE oraz reformy funduszy. Nie sądzę, aby było to korzystne dla Europy" - ostrzegał brytyjski deputowany Alan Donnelly. Po drugie, w krytycznym momencie komisja uzyskała mocne wsparcie ze strony kanclerza Schrödera. Dzięki temu Niemcy będą mogli liczyć na przychylność komisarzy przy realizacji najważniejszych celów swej półrocznej prezydencji, w tym niekorzystnej dla Polski i innych krajów kandydackich ochrony własnego rynku pracy.

O korupcji, złym zarządzaniu funduszami, zatrudnianiu rodziny i znajomych na intratnych posadach mówiono od dawna. Prawdziwa burza wybuchła w połowie grudnia, gdy urzędnik komisji Paul van Buitenen przekazał poufne dokumenty przewodniczącej Partii Zielonych w Parlamencie Europejskim. Natychmiast po tym został dyscyplinarnie zawieszony w obowiązkach. Dokumenty dotyczą nieprawidłowości w zarządzaniu programem szkoleń zawodowych "Leonardo". Wynika z nich jasno, że Dyrekcja Generalna 22 - za którą odpowiada komisarz Edith Cresson - zawarła kontrakt na pomoc techniczną z firmą Agenor z naruszeniem zasad równości stron przy przetargu. Ponadto kontrola finansowa ustaliła, że zleceniobiorca nie radził sobie z postawionym zadaniem, a DG 22 wielokrotnie tolerowała wynikające z tego uchybienia finansowe. Wcześniej francuski dziennik "Liberation" i belgijski "La Lanterne" ujawniły, że pani Cresson - była francuska premier, a obecnie komisarz UE do spraw badań i nauki - zatrudniła swego dentystę i bliskiego przyjaciela, René Berthelota, na stanowisku konsultanta naukowego. Prasa brytyjska posunęła się jeszcze dalej, ujawniając, że przystojny dentysta w wolnych chwilach pełnił także funkcję... wróżbity pani komisarz. Przy okazji wyszło na jaw, że pracę w komisji dostała także dziennikarka, która wcześniej napisała biografię Edith Cresson. Z kolei hiszpański komisarz Manuel Marin, odpowiadający wcześniej w komisji za pomoc humanitarną, już pięć lat temu wiedział o "lewych" kontraktach w ramach programu pomocy humanitarnej dla Bośni i Ruandy (ECHO), ale przymykał na to oczy. W lipcu kontrolerzy ujawnili, że urzędnicy komisji zdefraudowali prawie 2,5 mln dolarów z programu ECHO. Za pieniądze te luksemburska firma Perry Lux zatrudniła na fikcyjnych, wysoko płatnych etatach przyjaciół i krewnych urzędników komisji. Właściciel firmy Claude Perry przyznał, że tę praktykę stosuje się w UE od 20 lat. W rzeczywistości w latach 1993-1995 z ECHA do prywatnych kieszeni przelano miliard dolarów bez jakiegokolwiek śladu w dokumentach. Kontrola ujawniła także wiele oszustw na szkodę programu pomocy dla krajów śródziemnomorskich (MED). Pracownicy podległej Marinowi dyrekcji założyli w Belgii spółkę ARTM, która miała kontrolować zarządzanie funduszem MED.

W 1996 r. po sześciomiesięcznym śledztwie Komisja Europejska dowiedziała się, że od 1989 r. pracownicy Dyrekcji Generalnej 23, zajmującej się obsługą funduszu promocji turystyki, zdefraudowali co najmniej 4,5 mln ECU, czyli 5 mln dolarów. Suma ta stanowiła jedną czwartą przeznaczonego na ten cel budżetu. Śledztwo rozpoczęto, gdy okazało się, że żadna z imprez promujących Europejski Rok Turystyki 1990 nie została prawidłowo rozliczona. Parlament Europejski zapowiedział, że zamrozi 10 proc. pensji nadzorującego tę dziedzinę greckiego komisarza Christosa Papoutsisa. Niemiecka posłanka Rosemarie Wemheuer już wtedy mówiła, że komisja wiedziała o wielu opisanych w raporcie nadużyciach, jednak nie zrobiła nic, by je ujawnić. Do opinii publicznej dotarły także raporty na temat defraudacji pieniędzy z funduszy PHARE i TACIS, przeznaczonych na poprawę bezpieczeństwa elektrowni atomowych w byłym Związku Radzieckim. Unijni eksperci, których zadaniem było doprowadzenie do zamknięcia m.in. elektrowni w Czernobylu, w praktyce zajmowali się namawianiem władz do instalowania nowych zachodnich urządzeń, mających poprawić bezpieczeństwo zakładów i umożliwić im dalsze funkcjonowanie. W ten sposób z funduszy pomocowych nadzorowanych przez holenderskiego komisarza Hansa van den Broeka "wyparowało" ok. 50 mln dolarów.

Przy okazji prezentacji raportu dotyczącego wykonania budżetu Unii Europejskiej za 1997 r. Izba Rewidentów Księgowych (unijny odpowiednik naszego NIK) opublikowała dodatkowy raport specjalny, poświęcony wykorzystywaniu w ciągu ostatnich siedmiu lat środków przeznaczanych z funduszu PHARE dla sektora prywatnego w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Z dokumentu wynikało, że na skutek scentralizowania decyzji i rosnącej liczby projektów komisja nie jest w stanie sprawnie zarządzać funduszem. Na kompromitacji niektórych członków Komisji Europejskiej skorzystał Parlament Europejski. Ta często niedoceniana instytucja wyszła z tej debaty dużo silniejsza, dowodząc, że ma w Europie sporo do powiedzenia. Na żądanie deputowanych Jacques Santer musiał się tłumaczyć z postępowania swoich współpracowników, a warunkiem udzielenia mu wotum zaufania była obietnica poprawy pracy komisji. Santer przedstawił ośmiopunktowy "plan antykorupcyjny", który przewiduje m.in. utworzenie niezależnego biura kontrolnego i przyjęcie kodeksu etycznego dla komisarzy i urzędników. Zabrania on też komisarzom zatrudniać doradców z zewnątrz (często "przypadkiem" okazywali się oni ich krewnymi bądź politycznymi przyjaciółmi). Wśród europejskich deputowanych dało się wyczuć poczucie ulgi. Przez ostatnie lata to głównie parlamentarzystów stawiano pod pręgierzem oskarżeń. Wytykano im, że pobierali diety za sesje, w których nie uczestniczyli. Zarzucano im też, że zatajali informacje na temat swoich dodatkowych dochodów. Dla wielu posłów debata stała się elementem kampanii przed czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jakież hasło bardziej przyciąga uwagę wyborców i mediów niż aktywna walka z korupcją wśród brukselskich biurokratów? Taka okazja nie zdarza się zbyt często, gdyż problemy, jakimi deputowani zajmują się na co dzień, nie wzbudzają zbytniego zainteresowania dziennikarzy.

Niezależnie od tego, jak szybko komisja zdoła odzyskać autorytet polityczny i moralny, jedno w Brukseli zmieni się na pewno: stosunki urzędników i polityków z niezależnymi mediami. Przez lata akredytowani tu dziennikarze tworzyli dystyngowany klub i byli uzależnieni od informacji płynących z komisji. Dziennikarstwo śledcze aż do wczesnych lat 90. było zupełnie nieznanym gatunkiem. Dzisiaj komisarz ds. finansów Erkki Liikanen musi się tłumaczyć, dlaczego unijne pieniądze otrzymało biuro doradcze Stakes, w którym pracuje jego żona. Tej instytucji i trzem innym z Grecji, Portugalii i Irlandii zlecono sporządzenie raportu na temat sytuacji starszych kobiet w Unii Europejskiej. Nawet przewodniczący Santer, który - jak sam przyznał - ma w Luksemburgu trzy nieruchomości, musiał się tłumaczyć ze związków z firmami wynajmującymi budynki Komisji Europejskiej. Najpoważniejszy belgijski dziennik "Le Soir" poinformował także, że nazwisko Santera jako kandydata na prezesa zarządu widnieje w dokumentach firmy Offshore Ecologist Limited, korzystającej z unijnych dotacji. "Członkowie komisji muszą zrozumieć, że nie mogą zachowywać dla siebie dyplomatycznych przywilejów, kiedy zamyka się sklepy bezcłowe dla zwykłych obywateli, tak jak nie wolno rozdawać lukratywnych posadek żonom, kuzynom lub znajomym w czasach, gdy młodzi, wykształceni ludzie w całej Europie ciągle czekają na swą życiową szansę" - komentuje Hartwig Nathe z niemieckiego magazynu "Focus".

Okładka tygodnika WPROST: 4/1999
Więcej możesz przeczytać w 4/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0