Czarny karnawał

Czarny karnawał

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy gospodarka USA zdoła się oprzeć globalnemu kryzysowi?
Tegoroczny karnawał w Rio de Janeiro nie zapowiada się zbyt wesoło. Gospodarka Brazylii pogrąża się w coraz głębszym kryzysie, a wieści z tego kraju psują dobre nastroje tym wszystkim, którzy uspokajali, że groźba kryzysu wisząca nad światową ekonomią od czasu "trzęsienia ziemi" w Azji i w Rosji została już zażegnana.

Czarnym dniem dla Brazylii był 13 stycznia. Ze stanowiska ustąpił prezes banku centralnego Gustavo Franco, obrońca dotychczasowej pozycji brazylijskiej waluty, uważanej za najistotniejszy element stabilności gospodarczej kraju. Kurs reala gwałtownie się obniżył. Inwestorzy zagraniczni zareagowali panicznie, obawiając się całkowitego załamania gospodarczego - już wcześniej zaalarmowała ich decyzja władz stanu Minas Gerais o wstrzymaniu spłat przekraczającego 13 mld USD zadłużenia wobec budżetu centralnego. Uznali, że dymisja szefa banku może być gwoździem do trumny brazylijskiej gospodarki i w ciągu dwóch dni wycofali miliard dolarów z tamtejszego rynku finansowego. Prezydent Fernando Henrique Cardoso próbował uspokoić sytuację zapewnieniami, że nie ma mowy o kryzysie, a zobowiązania wobec zagranicy będą honorowane.
Panika ogarnęła Amerykę Łacińską i wstrząsnęła rynkami finansowymi świata. Spadły indeksy giełdowe na Wall Street i w Europie Zachodniej. Nic dziwnego, Brazylia to ósma potęga gospodarcza świata. Sytuacja w tym kraju ma znaczenie dla globalnego wzrostu gospodarczego. Jego produkt krajowy brutto stanowi prawie połowę PKB całej Ameryki Łacińskiej. Lecz Brazylia jest gospodarczym kolosem na glinianych nogach. Cztery lata wzrostu gospodarczego i niskiej inflacji to tylko atrakcyjna fasada. Kraj dławi zadłużenie zagraniczne (200 mld USD), ponadto trzecia jego część to zobowiązania krótkoterminowe. Deficyt budżetowy sięga 8 proc. PKB (55 mld USD). Eksperci już jesienią obawiali się, że Brazylia stoi w obliczu krachu gospodarczego. Jak twierdzi Jeffrey Sachs z harwardzkiego Instytutu Rozwoju Międzynarodowego, kombinacja sztucznie zawyżonego kursu waluty i znacznych krótkoterminowych pożyczek jest "zawsze i wszędzie zaproszeniem dla finansowego chaosu". Tak było w Meksyku w 1995 r., a później w Tajlandii, Korei Południowej, Indonezji, a także w Rosji.
Brazylia miała być pierwszym krajem, w którym największe gospodarki świata i międzynarodowe instytucje finansowe chciały zatrzymać efekt domina, wywołany kryzysem w Azji Południowo-Wschodniej. 41,5 mld USD wysupłanych w listopadzie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, Interamerykański Bank Rozwoju i 13 najbogatszych państw świata miało zdusić kryzys w zarodku. Bill Clinton mówił o "nowej strategii". Wydawało się, że pożyczka i pakiet drakońskich reform wewnętrznych (m.in. podniesienie podatków i obcięcie wydatków budżetowych o 23,5 mld USD) przywróci zaufanie inwestorów, ocali reala i gospodarkę Brazylii, a tym samym ustrzeże przed kłopotami kraje tworzące system naczyń połączonych światowej gospodarki. Nadzieje te, m.in. wskutek przeszkód politycznych uniemożliwiających przeprowadzenie programu naprawczego, okazały się płonne. Brazylia kupiła tylko kilka miesięcy względnego spokoju.
Złudzenia bywają kosztowne. Przywódcy azjatyccy mieli zamiar popłynąć daleko na fali "stulecia Pacyfiku", gdy nagle zimny prysznic niemal z dnia na dzień zmienił ich w żebraków szukających ratunku na Zachodzie i w instytucjach międzynarodowych. Kto mógł przypuszczać, że potężny fundusz inwestycyjny Long Term Capital Management, któremu doradzali nobliści, straci miliardy dolarów? Że Geor- ge Soros, do niedawna guru inwestorów całego świata, będzie namawiać do kontroli transakcji kapitałowych i wieszczyć kres triumfu wolnego rynku w skali globalnej? Kto by postawił choć centa na to, że ropa osiągnie śmieszną cenę 10 USD za baryłkę?
Lipiec 1997 r. będzie ważną datą w podręcznikach historii, choć zapewne nikt się wówczas nie spodziewał, że konsekwencje dewaluacji niewiele znaczącej waluty, jaką jest tajski baht, będą tak poważne. Tam właśnie runęła pierwsza kostka domina, ogarniając wkrótce całą południowo-wschodnią Azję. Ten region jest poważnym importerem surowców. Jego kłopoty doprowadziły do zachwiania cen surowców, co przyprawiło o ból głowy nie tylko Amerykę Łacińską i Rosję, ale także Kanadę i Norwegię, która pewna swego dostatku opartego na petrodolarach zrezygnowała z członkostwa w Unii Europejskiej.
Azjatycka "grypa" rozprzestrzeniała się też inną drogą - podważając zaufanie inwestorów do tzw. wschodzących rynków. Mniejsze lub większe zaufanie oznacza w warunkach współczesnej gospodarki błyskawiczne przelewanie miliardów dolarów z jednego końca świata na drugi, na co nie pozostają obojętne nawet najsilniejsze gospodarki. Sparzywszy się w Azji i Rosji, inwestorzy oraz pożyczkodawcy stracili apetyt na ryzykowne inwestycje w innych krajach. Konsekwencją był wzrost cen kapitału, a więc trudniejsze stało się funkcjonowanie niemal wszystkich firm. Straty banków i funduszy inwestycyjnych, które przełożyły się na wyschnięcie źródeł kredytowania, sprawiły, że cały rozwinięty świat dostaje zadyszki. Zachodni przywódcy odżegnują się jednak od kasandrycznych, ich zdaniem, zapowiedzi światowej recesji.
Powstanie z pewnością wiele książek porównujących obecny kryzys z krachem z lat 30. Lecz jest istotna różnica - tym razem to kraje rozwijające się wciągają w recesję państwa najbogatsze. W pierwszej połowie lat 90. państwa "wschodzące" rozwijały się dwa razy szybciej niż państwa rozwinięte, a ceny akcji rosły tam trzy razy szybciej. Teraz ciągną bogatych w dół. Choć kłopoty Brazylii najbardziej niepokoją jej najbliższych sąsiadów, najbardziej interesujące będzie to, co stanie się w Stanach Zjednoczonych, których jedna piąta wymiany handlowej przypada na ten region.
Padające kostki domina docierają już do najpotężniejszej gospodarki świata. Brazylia to jeden z największych partnerów handlowych USA, ogromny rynek dla amerykańskich korporacji. Eksperci boją się, że wpływ kryzysu w Brazylii na Amerykę Północną będzie większy niż załamanie w Azji. Ograniczenie kredytów i spadek eksportu USA na rynki Ameryki Łacińskiej nałożą się na tendencje już widoczne w gospodarce Stanów Zjednoczonych, co zaowocuje spowolnieniem wzrostu gospodarczego. Po siedmiu latach systematycznego wzrostu prognozy przewidują jego spadek o połowę. Trudności wielu firm z uzyskaniem kredytów odbiją się na konsumpcji i inwestycjach.
Na Wall Street nastroje są coraz bardziej minorowe. Konsumenci amerykańscy czują się biedniejsi, przedsiębiorcy wykazują coraz więcej pesymizmu i obaw. Czy więc pasmo sukcesów gospodarki amerykańskiej może zostać przerwane? Czy uczucie déj? vu jest uzasadnione i należy oczekiwać powtórzenia w USA scenariusza znanego z Japonii? Jeszcze w latach 80. wiara w japoński cud wydawała się niewzruszona. Inwestorzy daliby się pokrajać za to, że Japonia ma najsilniejszą, najzdrowszą gospodarkę, opartą na najnowocześniejszych technologiach i najlepszych technikach zarządzania. Teraz najważniejszym pytaniem jest to, czy w Japonii powiodą się działania na rzecz uratowania tonących wskutek beztroskiego udzielania złych pożyczek banków i ich uzdrowienia, a tym samym powróci nadzieja na ożywienie gospodarcze w Japonii i regionie, którego była lokomotywą. Tylko gdzie te kraje będą eksportować, jeśli wskutek stagnacji zostanie ograniczony popyt na ich towary w USA i w Europie Zachodniej?
Nie można wykluczyć, że kolejną ofiarą globalnej reakcji łańcuchowej mogą być Chiny. Powodzenie chińskich reform gospodarczych było przeciwstawiane rosyjskiemu chaosowi, ale zmiany gospodarcze bez przemiany systemu politycznego okazały się nie tak godne podziwu, jak sądzono. Polityczne sterowanie gospodarką doprowadziło do nagromadzenia "złych" długów, od których dławią się banki. Ale reforma sektora bankowego nie jest możliwa bez głębokich zmian w całym sektorze państwowym, co musiałoby oznaczać prywatyzację i wzrost bezrobocia. W Chinach tyka bomba zegarowa podobna do tej, jaka wybuchła w Indonezji.
Czy rozszerzający się kryzys gospodarczy musi oznaczać katastrofę dla świata? Czy grozi nam odwrót od prorynkowych reform i powrót do protekcjonistycznych barier w handlu? Na razie niewiele na to wskazuje. Jedynie Malezja uległa podobnej pokusie i wprowadziła restrykcyjne ograniczenia na rynku finansowym. Kolektywiści wszystkich krajów dotychczas się nie łączą, a nowe lewicowe rządy Europy jedynie retorycznie odwołują się do haseł "trzeciej drogi". Może więc nawet światowa recesja nie musi oznaczać odwrotu od tendencji globalizacji, które w ostatnich latach zawojowały nie tylko gospodarkę, ale też politykę i kulturę.

Więcej możesz przeczytać w 4/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0