Armia podziemna

Armia podziemna

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rebelia górników może pogrzebać szanse rumuńskich reform
Piątego dnia marszu na Bukareszt i ostrych starć z siłami porządkowymi górnicy z Doliny Jiu niespodziewanie przystali na kompromis i powrócili do domów. Rząd zdołał przetrwać i powstrzymał górników przed wejściem do stolicy. Ale zwycięstwo może się okazać jedynie pozorne. Ofiarą niespodziewanego kompromisu może paść zapowiadana reforma ekonomiczna, której Rumunia nie zdołała na dobre rozpocząć od czasu antykomunistycznej rewolucji sprzed dziewięciu lat.
- Jeśli rząd nie dotrzyma obietnic, górnicy znów pójdą na Bukareszt. Nikt i nic ich nie powstrzyma - twierdzi Anca Vasile, żandarm, który został poturbowany w starciach z protestującymi. Nikt nie wiedział, na czym właściwie polega porozumienie. Jednak górnicy w ciągu zaledwie kilku minut wsiedli do autobusów i spokojnie wrócili do Doliny Jiu, choć wcześniej wykazali niesłychaną determinację w marszu na stolicę, przełamując po drodze kolejne barykady wzniesione przez siły policyjne. Żądali zaprzestania zamykania nierentownych kopalń oraz 35-procentowej podwyżki płac.
Nagły odwrót był tym bardziej zaskakujący, że w przeddzień górnicy wygrali bitwę o Costesti, około 200 km od Bukaresztu, przejmując sprzęt oddziałów porządkowych, w tym pojazdy opancerzone. Górników wspierali okoliczni mieszkańcy. Rzecznik rządu uznał, że demonstranci "biją się jak prawdziwa armia". Wieczorem w ich obozie panowała niemal euforia. Spodziewano się, że znów dotrą do stolicy jak w roku 1990 i 1991, gdy obalili rząd Petre Romana. Zginęło wówczas dziewięć osób, a napastnicy podpalili budynki publiczne, bili studentów i dziennikarzy. Również obecnie krewki przywódca protestu Miron Cosma nazwał rząd "dyktaturą" i zażądał ustąpienia kilku ministrów, w tym spraw wewnętrznych i przemysłu.
Lecz tym razem stało się inaczej. Mimo opinii dość chwiejnego polityka, prezydent Emil Constantinescu zagroził - na wniosek rządu i opozycji - wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Oświadczył, że "władze nie mogą ustąpić pod naciskiem przemocy, gdyż byłby to cios dla rumuńskiej demokracji". Premier Radu Vasile nazwał żądania górników absurdalnymi i stwierdził, że stawką konfliktu jest wiarygodność oraz przyszłość rumuńskiego państwa. Na drodze do Bukaresztu pojawiły się już nie tylko jednostki MSW, ale czołgi i wojsko. Rząd nie był izolowany. Formę górniczego protestu potępił parlament, a na ulicach Bukaresztu odbyła się wielotysięczna kontrdemonstracja. Dzięki mediacji Kościoła prawosławnego udało się uniknąć masakry. Premier Radu Vasile po kilkugodzinnych rozmowach z liderami górników w klasztorze Cosia poinformował o zawarciu ugody z liderami rebelii. Żadnej podpisanej umowy nikt nie zobaczył - protestujący musieli zawierzyć słowom swoich przywódców. Zapewnili oni jedynie, że w najbliższym czasie kopalnie - wbrew pierwotnym planom rządu - nie będą zamykane. Nie ma jasności co do drugiego głównego postulatu górników: podwyżki płac o 35 proc. Porozumienie jest prowizoryczne - szczegóły mają być ustalone w ciągu 30 dni. Jeśli nie, górnicy zapowiadają, że znów pomaszerują do stolicy. Powracając do domów, znakiem "V" demonstrowali, że to oni są zwycięzcami, ale byli w minorowych nastrojach.
Jeszcze bardziej niż sami górnicy rozczarowani byli niektórzy mieszkańcy Rimnicu Vilcea, gdzie demonstranci zatrzymali się po starciu w Costesti. Po ich odejściu grupa najbardziej niezadowolonych zgromadziła się przed lokalną prefekturą, krzycząc: "Precz z rządem!", "Śmierć prefektowi!" i wybijając szyby. Recepcjonistka hotelu sąsiadującego z prefekturą mówi, że byli to chuligani i zachowywali się zupełnie inaczej niż górnicy, którzy zajęli hotel na nocleg: - Górnikom chodziło o obronę ich praw, a chuliganom nie chodziło o nic, tylko o awanturę. Krzyczeli: "Śmierć prefektowi", ale nawet go nie znali.
- Gdyby rząd chciał z nimi rozmawiać, zanim zaczęli maszerować do Bukaresztu, nigdy by do tego nie doszło - takie opinie można usłyszeć wszędzie w drodze do Petrosani, serca zagłębia węglowego, gdzie mieszka również Miron Cosma. Nawet dwaj hospitalizowani żandarmi, którzy bici i kopani przez górników doznali obrażeń w Costesti winią rząd za to, że nie zawarł wcześniej porozumienia z protestującymi. Mówią, że podczas starcia górnicy byli ich przeciwnikami, ale później traktowali ich dobrze. Częstowali papierosami, a w szpitalu tłumaczyli: "Nie mamy nic przeciwko wam, ale przeciwko rządowi".
- Nikt do nas nie przychodził, więc to my do nich poszliśmy - stwierdza 28-letni Gavriluta Octav, górnik z kopalni w Petrosani, która miała być zamknięta. On i jego koledzy - inaczej niż na początku lat 90. - nie maszerowali w strojach roboczych, ale w normalnych ubraniach. Podkreśla, że szli z gołymi rękami. Cosma, ich lider, a jednocześnie wiceprzewodniczący nacjonalistycznej partii Wielka Rumunia, przekonywał, iż tym razem w ogóle nie chodzi o politykę, a jedynie o prawa pracownicze. Demonstracyjnie ogłosił swoją rezygnację z partyjnej funkcji.
Jednak gdy na drodze do Bukaresztu wyrosły barykady, w "gołych rękach" górników znalazły się nagle przywiezione ciężarówkami kije i łopaty. Później także broń zdobyta na policjantach. - Nie jesteśmy rozrabiakami, bronimy swego - mówi z naciskiem Octav. Ma niepracującą żonę i dwie małe córki. Gdyby zamknięto kopalnię, nie mieliby się gdzie podziać. Zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później niektóre z kopalń zostaną zamknięte, ale rząd musi stworzyć zwalnianym możliwość znalezienia innej pracy. - Na razie są jedynie puste obietnice. Nie widzę szans na zmianę - ocenia Octav. Jego zdaniem, górnicy wycofali się tylko dlatego, że zaufali swoim liderom.
Związkowi przywódcy unikają dziennikarzy. - Mąż wyjechał - wyjaśnia przez zamknięte drzwi mieszkania żona Cosmy. Sąsiedzi są bardzo ostrożni - nie chcą się wypowiadać ani o samym Cosmie, ani o górniczym proteście, choć całe miasto żyje z górnictwa. - Nie obchodzi nas polityka - twierdzą.
- Jeśli górnicy walczą tylko o swe prawa, to czemu chcieli obalić przemocą demokratyczny rząd? Wszystkim żyje się ciężko, ale reformy są potrzebne, a rządy można zmieniać w wyborach - uważa Gheorge Dabelea, pracownik gazowni. Według niego, Cosma manipuluje protestującymi.
W 1991 r. na fali górniczego protestu do władzy doszedł były komunista Ion Iliescu. Ekskomuniści rządzili do 1996 r., między innymi dzięki poparciu górników. O reformach, zwłaszcza gospodarczych, nie było mowy. Nadzieja pojawiła się wraz z przejęciem władzy przez centroprawicę. Ambitny program zmian planował rząd Victora Ciorbei, ale na tym się skończyło - zabrakło mu determinacji i zdolności przekonywania koalicyjnych partnerów. Jego następca Radu Vasile natrafił z kolei na opór społeczny, którego kulminacją stał się protest górników.
Rumunia tymczasem pozostaje jednym z najbardziej chorych krajów Europy. Gospodarka rynkowa ma bardzo długą drogę, zanim zdoła dotrzeć do górników - pod ziemię. Jesienią Komisja Europejska negatywnie oceniła sytuację w Rumunii pod kątem jej przygotowania do ewentualnej integracji. W miarę jak gospodarka przeżywała kolejne lata regresu i zaciskała się pętla zadłużeniowa, spadała pozycja Bukaresztu w ratingach ryzyka finansowego dla inwestorów. Finanse państwa są w opłakanym stanie - w tym roku Rumuni muszą sobie dać radę ze spłatą zadłużenia zagranicznego i wewnętrznego w wysokości ponad 3 mld euro, podczas gdy rezerwy finansowe państwa wynoszą niespełna 2 mld euro. Ogromny deficyt budżetowy można zdławić tylko w jeden sposób - zamykając nierentowne przedsiębiorstwa, m.in. kopalnie. Sytuację pogarsza jeszcze kryzys na Wschodzie, tamując rumuński eksport. Nie ma co liczyć na znaczącą pomoc międzynarodową. MFW i Bank Światowy nie chcą o tym słyszeć dopóty, dopóki nie zostanie wprowadzony twardy program oszczędnościowy i nie rozpoczną się głębokie zmiany strukturalne.
Zdaniem Dorela Sandora, dyrektora Centrum Studiów Politycznych i Analiz Porównawczych, rząd jest zwycięzcą obecnego konfliktu, ponieważ zdołał ocalić własną skórę. Gabinet Vasile będzie jednak musiał teraz zwracać dużo większą uwagę na problemy społeczne towarzyszące zmianom gospodarczym. Gdyby oznaczało to zaakceptowanie postulatów górniczych i kontynuowanie kosztownych subwencji, zwycięstwo może się okazać pyrrusowe, a jego horrendalne koszty zapłacą wszyscy Rumuni, niezależnie od tego, czy sprzyjali górniczej rebelii.


Więcej możesz przeczytać w 5/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0