Igranie z ogniem

Igranie z ogniem

Po masakrze Albańczyków w kosowskiej wsi Račak na bałkańskiej szachownicy ponownie doszło do groźnego pata.
NATO znów było o włos od podjęcia decyzji o zbombardowaniu serbskich pozycji. Choć groźbę tę udało się na razie odsunąć, rozwiązanie problemu Kosowa wciąż pozostaje odległe. Nadal nie wiadomo, co miałaby dać ewentualna powietrzna interwencja sojuszu. Wśród państw członkowskich NATO brakuje nie tylko zgodności co do zasad podjęcia militarnej interwencji, ale i długofalowej strategii dla tej prowincji. Tymczasem Kosowo nadal stanowi trudny test dla państw i organizacji europejskich próbujących rozwiązać ten gordyjski węzeł.

Po próbach wydalenia z Kosowa Williama Walkera, szefa misji OBWE, w ostatnich dniach nastąpił pewien przełom - doszła bowiem do skutku bezprecedensowa wymiana zakładników. Serbowie uwolnili dziewięciu partyzantów Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK), a kosowscy Albańczycy wypuścili na wolność pięcioro Serbów i ośmiu serbskich żołnierzy. Nadal nie wyjaśniona pozostaje masakra w Račaku, w której zginęło 45 Albańczyków. Partyzanci z UCK mówią o masakrze ludności cywilnej, Serbowie twierdzą natomiast, że ludzie ci zginęli podczas walki, a następnie zostali złożeni w jednym miejscu, aby upozorować egzekucję.
W obawie przed Serbami z domów uciekło już kilkadziesiąt tysięcy kosowskich Albańczyków. Od początku walk zginęło ponad tysiąc osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Albańczycy, walczący początkowo o przywrócenie autonomii w Kosowie, dziś domagają się już niepodległości. W istocie w Kosowie ścierają się dwa nacjonalizmy: marzenia o "Wielkiej Albanii" zderzają się z serbskim legendami - dla Serbów prowincja jest kolebką ich państwowości. Rejon dzisiejszego Kosowa Serbowie nazywają "Starą Serbią". Stoczona w 1389 r. na Kosowym Polu bitwa jest dla nich tym, czym dla Polaków bitwa pod Grunwaldem.
Dzisiaj w niespełna dwumilionowym Kosowie 90 proc. ludności przyznaje się do pochodzenia albańskiego, choć z etnologicznego punktu widzenia jest to kontrowersyjne. Podział między nimi jest bardziej religijny niż etniczny: za "Albańczyków" podają się muzułmanie, za "Serbów" - prawosławni. Wprawdzie współczesne konflikty w Kosowie są też wynikiem błędów popełnianych wcześniej, jednak kielich goryczy Albańczyków przelał dopiero Slobodan Milo?ević, który w 1989 r. odebrał mieszkańcom Kosowa autonomię administracyjną.
Eksperci z Międzynarodowej Grupy Kryzysowej z Brukseli dowodzą tymczasem, że nie należy się zastanawiać, czy Kosowo odłączy się od Jugosławii, lecz jak do tego dojdzie. W opublikowanym pod koniec ubiegłego tygodnia raporcie proponują, aby Belgrad pogodził się z secesją tej prowincji. Albańczycy zaś mieliby się zobowiązać do tego, że nie naruszą granic swoich sąsiadów i będą współpracować z międzynarodowymi siłami pokojowymi. Lądowe siły Paktu Północnoatlantyckiego powinny się znaleźć w tym regionie także po to, aby nie dopuścić do połączenia niepodległego już Kosowa z Albanią.


Zaostrzenie konfliktu w Kosowie grozi wybuchem nowej wojny bałkańskiejz udziałem państw sąsiednich

Dążenie Albańczyków do jedności z rozsianymi w sąsiednich państwach rodakami naruszyłoby bowiem kilka istniejących dzisiaj w Europie granic - np. Albanii, Czarnogóry i Grecji. A to byłoby już czymś więcej niż kolejnym lokalnym konfliktem, gdyż zagrożona zostałaby integralność jednego z państw-członków NATO. Eksperci z brukselskiej grupy kryzysowej proponują więc, aby przez jakiś czas kontrolę w Kosowie sprawował - podobnie jak w Bośni - reprezentant Zachodu. Po roku od przywrócenia pokoju Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie miałaby przeprowadzić w Kosowie wolne wybory. Referendum w sprawie politycznej przyszłości tej prowincji mogłoby się odbyć w ciągu pięciu lat.
Dodatkowym problemem związanym z Kosowem jest fakt, że kosowscy Albańczycy nie mają jednolitego przywództwa politycznego. O ile Ibrahim Rugova ma pewien posłuch wśród prisztińskiej elity, o tyle nie ma żadnego wpływu na Wyzwoleńczą Armię Kosowa (UCK), która nie jest bynajmniej jednolitą formacją pod wspólnym dowództwem. Richard Holbrooke twierdził nawet, że trudniej rozmawia mu się w Pri?tinie niż w Belgradzie. Partyzanci z UCK nie spieszą się do kompromisu. Z każdą kolejną ofiarą zyskują bowiem na sile. Dziś nie godzą się już na przywróce- nie odebranej im przez Milo?evicia autonomii, bo domagają się niepodległości. Jutro mogą zechcieć się połączyć ze wspierającymi ich rodakami z Albanii, a pojutrze zamarzyć o Wielkiej Albanii, obejmującej tereny dzisiejszej Albanii, Kosowa, Czarnogóry i Macedonii.
Nikt nie podważa jednak faktu, że Serbowie stosują w Kosowie taktykę spalonej ziemi i należy "coś" uczynić, aby przerwać zbrodnie dokonywane na cywilach. Żądania Zachodu obejmują wycofanie z Kosowa serbskich sił wojskowych, uznanie kompetencji Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii do badania zbrodni popełnionych w Kosowie, przestrzeganie zawieszenia broni oraz działanie na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu. Podjęcia zdecydowanej akcji domagają się głównie Amerykanie. Już jesienią ubiegłego roku "Newsweek" przytaczał słowa senatora Gordona Smitha, który na zamkniętej naradzie z przedstawicielami administracji powiedział: "Nastał czas, aby albo strzelać, albo się zamknąć".
NATO ma jeszcze jeden powód, aby jak najszybciej rozwiązać kosowski węzeł - w kwietniu przypada bowiem pięćdziesiąta rocznica utworzenia paktu. Sprawa nie jest łatwa, gdyż każdy z możliwych scenariuszy związany jest z ogromnym ryzykiem. W grę wchodzą trzy rozwiązania: wycofanie się i odczekanie, znalezienie rozwiązania politycznego lub interwencja militarna. Pierwsza ewentualność oznacza przyzwolenie na dalsze walki i masakrę ludności cywilnej. Kontynuowanie rokowań, za czym optują głównie Francuzi i Niemcy, jest o tyle utrudnione, że do kompromisu nie są skłonni ani Serbowie, ani albańscy partyzanci. Poza tym taki wariant wymagałby zwiększenia liczby obserwatorów OBWE, a więc i kosztów całej operacji.
Trzeci scenariusz przewiduje atak sił NATO. Od jesieni ubiegłego roku sojusz utrzymuje wprawdzie gotowość bojową, ale wola przeprowadzenia ataków z powietrza zdaje się być coraz mniejsza. Zwłaszcza że nie do końca wiadomo, co miałoby nastąpić później. Aby akcja była skuteczna, trzeba by najprawdopodobniej użyć również sił lądowych. Tymczasem zamiar wysyłania kolejnych żołnierzy na Bałkany jest jeszcze słabszy niż gotowość do zbombardowania serbskich pozycji.
Na razie wszystko zdaje się więc wskazywać na to, że pokój w Kosowie zależy przede wszystkim od skuteczności dyplomatycznych zabiegów OBWE. Biorąc pod uwagę cynizm Milo?evicia - który zresztą doskonale opanował sztukę igrania z ogniem - może to oznaczać oczekiwanie na następne przesilenie.

Okładka tygodnika WPROST: 5/1999
Więcej możesz przeczytać w 5/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0