Ostatni Sarmata

Ostatni Sarmata

Rozmowa z JERZYM WALDORFFEM
Barbara Maćkowiak: - Czym jest dla pana pisanie?
Jerzy Waldorff: - Sposobem na życie. Pisanie to upór, katorżnicza praca nad formą. Jeśli wiem, o czym pisać, to nie zawsze wiem, jak to napisać, aby czytelnicy zechcieli wziąć moją książkę do ręki i przeczytać. Dzisiaj literatura i kultura schodzą na psy. Literaci i aktorzy piszą książki kucharskie, poradniki, komiksy, horoskopy i horrory z duchami. Ciągle najbardziej czytaną książką jest książka telefoniczna, a w gazetach rubryki z reklamą i agencjami towarzyskimi. Powieść, tomik wierszy pisze się latami. Poradnik dla łysiejących - parę dni. Widocznie autorzy wychodzą z założenia, że z czegoś trzeba żyć, że trzeba wybierać między ambicją a komercją.
- Społeczeństwu naszemu niełatwo wbić do głowy niepraktyczną wiedzę encyklopedyczną. Woli mieć wszystko podane na tacy, przez okienko telewizora.
- Całe szczęście, że dorobiliśmy się tymczasem inteligencji, która nauczyła się oceniać własnymi, niezależnymi kryteriami rozmaite osoby i sytuacje. Dla tej inteligencji pisałem zawsze i nadal będę, w imię Boże!
- Czy w Polsce można zyskać sławę, odnieść sukces w literaturze, sztuce?
- Jesteśmy narodem zapalnym i skorym do zachwytów. Do stawiania pomników, ale po śmierci. Uznajemy sukces szybki i błyskotliwy, zachwycamy się, lecz na krótką metę. Nie ma w Polsce nic łatwiejszego dla pisarza, jak efektownie zadebiutować, ale nic trudniejszego, jak potem przyzwoicie umrzeć. Gdzie indziej musi się pisarz, poeta, artysta solidnie napracować, wydać sporo książek, płyt, zanim zdoła zyskać sobie stanowisko w literaturze i sztuce. Jeśli jednak raz je zdobędzie, siedzi na nim mocno i kiedy przestaje pisać - a zwykle pisze do późnej starości - dożywa swoich dni, jeśli nie w zamożności, to w dostatku. Zupełnie inaczej niż u nas. Dwudziestoparoletni młodzik wydaje udaną powieść i oto cały kraj wpada w zachwyt. Z młodzika robi się geniusza, sypią się na jego głowę nagrody, a jemu od tego w głowie się przewraca. Przy następnej książce stwierdza się, że pisarz ten wcale nie jest geniuszem, strąca się go z piedestału i biedak musi dopiero od tego momentu, już rozgoryczony i zawiedziony, rozpoczynać właściwą karierę. Majątku na swoich książkach nie dorobił się żaden pisarz, za to wielu umierało w nędzy.
- Jakie jest zatem wyjście dla pisarza, poety, by przeżyć godnie w tym świecie komercji?
- Musi mieć kilka zawodów, przydadzą się również i te "życiowe". Jeśli dostałaś od Boga talent poetycki, nie marnuj go, bo pełne są cmentarze zmarnowanych ludzi i talentów. Talentowi trzeba pomagać wiarą w to, co się robi i w co się wierzy. Konsekwencją, nieludzkim uporem, pracą i jeszcze raz pracą. Mieć odwagę Don Kichota głoszenia swojej, niekoniecznie popularnej, prawdy artystycznej. Pisać ciekawie nie każdy potrafi. Dlatego kiedyś, kiedy nie było telewizji, pisarz był autorytetem moralnym, nieomal bogiem. Całe życie mówiłem różnym panom "robiącym w kulturze" straszne rzeczy. Kultury się nie "robi", lecz wykuwa katorżniczo i tłucze kamienie, z pokorą płacąc za to drwiną "normalnych" zjadaczy chleba, krytykanctwem, samotnością i często wielkim biedowaniem.
- Jak odbiera pan dziś tak modne słowa, jak kariera, sukces?
- Sukces to zrobić z niczego coś. Udane życie, a nie manna z nieba czy "szmal". Ciągłe doskonalenie się, praca nad sobą i walka z sobą. Często walka przegrana o swoje pięć minut. Talent to tylko procent, choć pomaga, ale zobowiązuje moralnie. Miałem szczęśliwe dzieciństwo, żyłem w różnych epokach wielkich indywidualności, które jak meteory jaśniały blaskiem sławy nade mną, zapadły na zawsze w mojej pamięci. To byli tytani pracy, wspaniali przyjaciele i kompani do zabawy. Arystokraci ducha, często birbanci i szaławiły. Tuwim, Gałczyński, Uniechowski - zawdzięczam im to, kim jestem. Sens życia i wiara w człowieka nie bierze się z pustki, lecz z pielęgnowania tradycji i ocalania pamięci zbiorowej, która stanowi o przyszłości i wielkości narodu.
- Jest pan kronikarzem XX wieku. Czym jest dla pana czas i przemijanie wieków?
- Kiedy się obejrzę za siebie, widzę same groby, poza - chwała Bogu - Pendereckim, Kilarem i Góreckim. Szumię niemal samotny jak samotna sosna, która ostała się na porębie. Czas przemija - życie pozostaje, czas to nieudana machina stworzenia. Albo cię trzepnie po głowie, albo trzepnie po nogach. Mnie na szczęście trzepnęła po nogach. Po sześćdziesiątce następuje łamanie w kościach, wokół coraz puściej, bo większość szanujących się znajomych już w grobach i wreszcie na wołanie: "hop, hop" odpowiada cisza.
- Co pan sądzi o politykach i polityce?
- Ja do żadnej partii nie należę i nigdy nie należałem, nawet do sodalicji mariańskiej, natomiast nadzwyczaj późny wiek dał mi uprzywilejowaną sytuację sępa uczepionego najwyżej skały. Stąd na wezwanie Przedwiecznego - jeden tylko łopot skrzydeł i już będę po tamtej stronie. Gdzie? To się okaże...
Okładka tygodnika WPROST: 5/2000
Więcej możesz przeczytać w 5/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0