Dyplomacja szpiegów

Dyplomacja szpiegów

Co się kryje za wydaleniem z Polski rosyjskich agentów?
Dziewięciu rosyjskich dyplomatów wydalono z Polski, ponieważ budowali na naszym terytorium siatkę szpiegowską, mającą działać na większej części europejskiego terytorium NATO - mówi jedna z hipotez tłumaczących ubiegłotygodniową decyzję polskiego MSZ. Inna stwierdza, że UOP przede wszystkim chciał przerwać elektroniczną inwigilację kancelarii premiera, prowadzoną z użytkowanego przez rosyjskie firmy budynku przy al. Szucha 8 (niedaleko znajduje się nuncjatura apostolska, która również znajdowała się w obszarze zainteresowań wywiadu Rosji). Mogło być też tak, że Rosjanie dotarli (lub byli tego bardzo bliscy) do tak ważnych źródeł informacji, iż posiadanie ich przez obce państwo stanowiłoby bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. UOP miał przechwycić informacje o sumach, jakie rosyjscy szpiedzy chcieli płacić za pozyskane wiadomości - ich wysokość wskazywała na dane opatrzone najwyższą klauzulą tajności bądź niezwykle ważne dla stabilności polskiej gospodarki i systemu bankowego. Decyzja polskiego MSZ mogła też mieć ważny kontekst wewnętrzny i międzynarodowy.
Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP, a obecnie członek sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, twierdzi, że rosyjscy szpiedzy stosowali agresywne środki pracy operacyjnej. - Takim działaniem może być podsłuch bądź pozyskiwanie agentury, wbrew pozorom - najrzadziej za pomocą szantażu, dlatego, że szantażowany agent nie jest źródłem odpowiednio umotywowanym do działania. Wywiady starają się raczej motywować swoich agentów pozytywnie: ideologicznie lub materialnie - tłumaczy Konstanty Miodowicz. Nie jest też tajemnicą, że uznani przez polski kontrwywiad za szpiegów i wydaleni z Polski rosyjscy dyplomaci nie mogli zdobywać tajnych informacji bez współpracy będących na ich usługach Polaków. Kim są ci ludzie? Czy zostaną wykorzystani do operacyjnej gry z wywiadem Rosji?
- Bezpieczeństwo narodowe Polski wymaga, by szczegóły tej akcji pozostały głęboką tajemnicą - mówi Konstanty Miodowicz. Jak zgodnie przyznają członkowie Komisji ds. Służb Specjalnych, w tej sprawie UOP wykazał się profesjonalizmem. Co więcej, żadna informacja o prowadzonych działaniach operacyjnych nie przedostała się na zewnątrz. - Fakty przedstawione sejmowej komisji przez Janusza Pałubickiego, ministra koordynatora służb specjalnych, nie budzą wątpliwości, że mieliśmy do czynienia z udokumentowanym szpiegostwem na rzecz Rosji - mówi Zbigniew Siemiątkowski, były minister-koordynator służb specjalnych, członek Komisji ds. Służb Specjalnych. - Niewątpliwie wydalone z Polski osoby są szpiegami. Świadczy o tym także to, że wątpliwości nie mieli politycy z różnych opcji, którzy podjęli decyzję o ekspulsji tych ludzi z Polski - prezydent, premier i minister spraw zagranicznych. Tym bardziej że nasze władze zdawały sobie sprawę, iż ich decyzja będzie brzemienna w skutkach - dodaje Konstanty Miodowicz.
Wiele wskazuje też na to, że akcja została przeprowadzona przy współpracy służb wywiadowczych państw NATO, mających agenta w centrali wywiadu zagranicznego Rosji. W rosyjskich mediach pojawiają się od pewnego czasu sugestie, że w Jasieniewie, siedzibie Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji, trwają poszukiwania "kreta", czyli podwójnego agenta pracującego dla jednej ze służb specjalnych NATO, prawdopodobnie brytyjskiej. Nie jest to postać na miarę Aldricha Amesa, rosyjskiego agenta ulokowanego w centrali CIA, mimo to jej działania przyczyniły się do kilku spektakularnych porażek Rosjan w ostatnim czasie - w USA, Skandynawii i właśnie w Polsce.
Zastanawiające jest też to, że już następnego dnia po ujawnieniu afery Komitet Społeczno-Polityczny Rady Ministrów dyskutował nad przygotowanym przez ministra Janusza Pałubickiego projektem ustawy abolicyjnej dla szpiegów. Zgodnie z tym projektem abolicją zostaliby objęci obywatele polscy, którzy sami przyznaliby się do szpiegostwa na rzecz obcych wywiadów, zdrady dyplomatycznej, działania mogącego mieć charakter zamachu stanu lub do udziału w przedsięwzięciach dezinformacyjnych. Na ujawnienie się mieliby pół roku od chwili wejścia ustawy w życie. - Projekt tej ustawy zostanie przekazany do parlamentu jako pilny - mówi Zbigniew Siemiątkowski. Zdaniem Krzysztofa Kozłowskiego, byłego ministra spraw wewnętrznych, już w 1990 r. zostaliśmy przez Rosję zakwalifikowani jako kraj zachodni, co spowodowało rozpoczęcie tworzenia w Polsce profesjonalnej siatki szpiegowskiej. Wzmożonej aktywności wywiadu Rosji na naszym terytorium polski kontrwywiad przeciwdziałał w szczególności po 1994 r., kiedy pojawiło się u nas wiele firm mających powiązania z rosyjskimi służbami specjalnymi lub wręcz zatrudniających emerytowanych oficerów byłego KGB. W 1997 r. Zbigniew Siemiątkowski ostrzegał przed różnego rodzaju prowokacjami mającymi utrudnić przyjęcie Polski do NATO. W tym samym czasie o aktywności rosyjskich szpiegów w Niemczech i w Polsce informował wywiad RFN.
Igor Iwanow, szef rosyjskiego MSZ, nazwał wydalenie przez Polskę dziewięciu dyplomatów "nie sprowokowaną prowokacją". Jurij Kaszlew, były ambasador Rosji w Polsce, przewiduje pogorszenie się polsko-rosyjskich stosunków politycznych i handlowych, a nawet ograniczenie ruchu turystycznego. Igor Korotczenko, były pułkownik sztabu generalnego, a obecnie komentator "Niezawisimoj Gaziety", przyznaje, że polskiemu kontrwywiadowi udało się rozbić i zlikwidować rezydenturę rosyjskiego wywiadu zewnętrznego. Cały trud prowadzenia szpiegowskiej działalności w Polsce spadnie teraz na GRU, czyli wywiad wojskowy. W Moskwie spekuluje się, czy nie zrobiono tego celowo. Jeśli Polacy mają w rezydenturze GRU w Warszawie współpracownika, działania tego wywiadu byłyby całkowicie kontrolowane. To może tłumaczyć, dlaczego polskie władze zdecydowały się na frontalną rozprawę z agenturą wywiadu cywilnego.
Termin podjęcia tej decyzji przez polski rząd jest dla większości komentatorów zagadką. - Nie wiem, dlaczego akurat teraz zdecydowano się ujawnić sprawę. Czy był szczególny rodzaj zagrożenia bezpieczeństwa państwa? Jedno jest pewne: spowoduje to implikacje w stosunkach polsko-rosyjskich. Moment jest rzeczywiście fatalny: 10 lutego miał przyjechać do Polski Igor Iwanow, minister spraw zagranicznych Rosji, a z otoczenia premiera Putina docierały sygnały, że po wyborach prezydenckich także on zamierza odwiedzić Warszawę - mówi Zbigniew Siemiątkowski. Tymczasem w siedzibie NATO w Brukseli termin podjęcia działań przez Polaków nie jest niespodzianką. Państwa paktu nie są bowiem zgodne, czy powinny ułatwiać Władimirowi Putinowi objęcie najwyższego stanowiska w państwie. Stanowisko NATO skomplikowało oświadczenie Joschki Fischera, szefa niemieckiego MSZ, który podczas wizyty w Moskwie zapowiedział, że w lutym stolicę Rosji odwiedzi George Robertson, sekretarz generalny NATO. Wizyta ta mogłaby być w Rosji odczytana jako poparcie NATO dla kandydatury Putina na prezydenta. A politycy paktu nie są co do tego zgodni. Akcję polskich władz - skądinąd konsultowaną z NATO - uważa się więc za fragment planu odwołania moskiewskiej wizyty Robertsona. Sam sekretarz generalny paktu, przebywający w miniony poniedziałek w Warszawie, bardzo skąpo wypowiadał się o całej sprawie. Twierdził, że była to suwerenna decyzja polskiego rządu.
Wręcz sensacyjne wytłumaczenie czasu i celu akcji UOP przeciwko rosyjskim dyplomatom szpiegom można usłyszeć od niektórych polityków SLD zaliczanych do obozu prezydenta Kwaśniewskiego. Twierdzą oni, że Kancelaria Prezydenta przygotowywała prawdziwy hit podczas kampanii wyborczej na najwyższe stanowisko w państwie. Hitem miała być wizyta w Polsce prezydenta Putina (kalkuluje się, że bez trudu wygra on wybory w Rosji), który zamierzał ponoć przeprosić Polaków za sowiecką agresję na nasz kraj 17 września 1939 r. Deklaracja ta miała przebić osiągnięcia prezydenta Lecha Wałęsy w wyjaśnieniu sprawy katyńskiej. Przypieczętowałaby też wyborczy sukces Aleksandra Kwaśniewskiego. Niektóre osoby z otoczenia prezydenta uważają, że taki scenariusz bardzo się nie spodobał osobom mającym obecnie wpływ na działania służb specjalnych. To one miały zadecydować o takim, a nie innym rozegraniu sprawy rosyjskich szpiegów. Skutek będzie bowiem taki, że o wizycie Putina w Polsce trzeba zapomnieć, a tym bardziej o jego deklaracji dotyczącej agresji w 1939 r. Ma to pogorszyć notowania Aleksandra Kwaśniewskiego, którego dodatkowo czeka krótsza kampania - z powodu igrzysk olimpijskich w Sydney, gdzie będzie oczywiście obecny.
Więcej możesz przeczytać w 5/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0