Egzekucja przed wyrokiem

Egzekucja przed wyrokiem

Proces lustracyjny Janusza Tomaszewskiego jest walką o polityczne przetrwanie zarówno dla byłego wicepremiera, jak i - w pewnym sensie - dla rzecznika interesu publicznego, który skierował wniosek do sądu
Gdyby sąd nie podzielił argumentów rzecznika, wiarygodność lustracji poważnie by ucierpiała. Zwolennicy i współpracownicy Janusza Tomaszewskiego twierdzą, że materiały dowodowe są niewiele warte, a cały ciężar udowodnienia kłamstwa lustracyjnego spoczywa na świadkach. W sądzie nie zaprezentowano na przykład pokazywanej w niektórych gazetach rzekomej karty rejestracyjnej Tomaszewskiego, co oznacza, że jest to najprawdopodobniej fałszywka.

Współpracownicy byłego wicepremiera twierdzą też, że "ruch" wokół niego zaczął się już w 1997 r., kiedy został on szefem kampanii wyborczej AWS. W połowie 1997 r. pierwsze materiały na jego temat miały trafić z łódzkiej delegatury do centrali UOP. Bogusław Nizieński utrzymuje zaś, że dowody w sprawie Tomaszewskiego są wiarygodne.
Kluczowym świadkiem w ubiegłotygodniowej odsłonie procesu był emerytowany oficer SB z Łodzi, obecnie pracujący najprawdopodobniej w jednej z najbardziej znanych firm ochroniarskich. Pojawił się w drugim dniu rozprawy i wywiódł w pole dziennikarzy - udawał operatora kamery. To, że jest świadkiem, wyjaśniło się dopiero wówczas, gdy wezwano go na salę. Zeznawał praktycznie przez cały dzień. Czy był on oficerem prowadzącym Tomaszewskiego? - na to pytanie rzecznik Nizieński odmówił odpowiedzi. Zaznaczył tylko, że jest to ważny świadek. Gdy Janusz Tomaszewski opuścił salę rozpraw, powiedział, że nie zna tego mężczyzny.
Przed sądem były wicepremier oświadczył, że nie współpracował ze służbami specjalnymi PRL. - Ja już jestem nauczony, że w procesach toczących się tutaj, bez względu na to, kto staje w charakterze lustrowanego, linia obrony jest zawsze taka sama. Nie zdarzyło się jeszcze, by ktokolwiek powiedział przed sądem, że się przyznaje - skomentował to Bogusław Nizieński.
Rzecznik zgłosił siedmiu świadków. Dotychczas zeznawało czworo z nich - dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Jak poinformował sędzia Nizieński, wszyscy są byłymi funkcjonariuszami służb specjalnych PRL. Po złożeniu zeznań świadkowie w milczeniu uciekali przed dziennikarzami. "Paszoł won" - krzyknął jeden z nich, starszy, siwy mężczyzna zakrywający twarz gazetą. Janusz Tomaszewski oświadczył, że nie zna żadnego ze świadków. - Świadkowie są niewiarygodni - powiedział nam po zakończeniu rozprawy mecenas Czesław Jaworski, obrońca Janusza Tomaszewskiego.
Jeden z najbardziej znanych działaczy podziemnej łódzkiej "Solidarności" powiedział "Wprost", że nie chce mieć nic wspólnego ze sprawą Tomaszewskiego. - To brudna sprawa. Jeżeli był agentem, z pewnością nie działał sam. Jeżeli nie współpracował, ktoś go po prostu wrabia. Nie nadaję się do takich rozgry- wek - oświadczył. Były wicepremier może natomiast liczyć na posła Marka Markiewicza z AWS, który zna go z czasów podziemia. Na początku 1982 r. Tomaszewski spotkał go w kościelnym punkcie pomocy charytatywnej, gdzie Markiewicz udzielał porad prawnych. - Nie wierzę, żeby Janusz był współpracownikiem SB - mówi Marek Markiewicz. - Chyba nikogo nie spotkała tak wielka anatema towarzyska i środowiskowa jak jego. Doszło wręcz do egzekucji. Zastanawia mnie pasja, wręcz desperacja, z jaką atakowano Janusza - dodaje inny poseł AWS. - Bardzo niepokojące jest tło tej sprawy - tłumaczy Marek Markiewicz. - Ta fala przecieków, domysłów, podgrzewanie atmosfery różnymi doniesieniami... Mam wrażenie, jakby ktoś to reżyserował. Biorąc pod uwagę rangę osoby lustrowanej, wszczynanie procesu po tylu miesiącach jest zastanawiające.
Proces lustracyjny jednej z najważniejszych do niedawna osób w państwie nie wzbudził takich emocji, jakie towarzyszyły odwołaniu wicepremiera prawie pięć miesięcy temu. Atmosferę tamtych dni podgrzewało pojawienie się w Sejmie kserokopii rzekomej karty rejestracyjnej Janusza Tomaszewskiego. Widniał na niej pseudonim - Bogdan - oraz data werbunku: 1982 r. Pierwsze informacje o domniemanej współpracy Tomaszewskiego z SB pojawiły się w maju 1998 r. Mówiono wówczas o "agencie w rządzie" i wskazywano na wicepremiera. W kwietniu 1999 r. kierownictwo AWS przyjęło uchwałę zakładającą, że osoby powołane na publiczne stanowiska z rekomendacji akcji powinny zrezygnować, gdy do Sądu Lustracyjnego wpłynie wniosek przeciwko nim. Gdy wydawało się, że nacisk na Tomaszewskiego będzie wzrastał, sprawa gwałtownie ucichła. Odżyła pod koniec sierpnia 1999 r., kiedy premier Jerzy Buzek zdecydował o dymisji swojego zastępcy.

Więcej możesz przeczytać w 5/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0