Zielona kontrrewolucja

Zielona kontrrewolucja

Czy ze sponsora terrorystów oraz rewolucjonisty pułkownik Kadafi przeistoczy się w apostoła pokoju?
Ekscentryczny przywódca Libii Muammar Kadafi, którego Ronald Reagan nazywał "wściekłym psem Bliskiego Wschodu", powraca na światowe salony, wyprowadzając swój kraj z międzynarodowej izolacji. Kadafi z głową pełną rewolucyjnych pomysłów na to, jak zmienić świat, i z nie wysychającym strumieniem petrodolarów pod ręką przez wiele lat uchodził za jednego z najważniejszych sponsorów międzynarodowego terroryzmu.
W kwietniu 1986 r. amerykańskie samoloty zbombardowały cele wojskowe w Trypolisie i Bengazi; był to odwet za wybuch bomby w berlińskim klubie nocnym. Po wysadzeniu przez libijskich agentów samolotu pasażerskiego amerykańskich linii Pan Am w grudniu 1988 r. nad Lockerbie w Szkocji, kiedy zginęło 270 osób, Kadafi stał się głównym wrogiem publicznym Zachodu. Przynajmniej do czasu, gdy wojska Saddama Husajna zaatakowały Kuwejt. W ubiegłym roku zmienił jednak front i zgodził się w kwietniu oddać pod sąd dwóch podejrzanych o dokonanie zamachu (szkoccy sędziowie osądzą ich w Holandii). Wydalił z Libii palestyńskie komando Abu Nidala, oskarżane o udział w zamachach terrorystycznych w 20 krajach. Obiecał poparcie dla bliskowschodnich rokowań pokojowych toczących się pod auspicjami Waszyngtonu. W zamian uzyskał zawieszenie sankcji nałożonych przez ONZ i zapewnienie, że Zachód nie wykorzysta procesu w sprawie zamachu do podminowania jego rządów. W kolejce do uczestniczenia w podziale naftowych zysków (Libia ma tyle ropy, ile Norwegia i Wielka Brytania razem) szybko ustawili się przywódcy europejscy, gotowi odwiedzić "lisa pustyni" bądź gościć go u siebie. Do Trypolisu udał się w grudniu włoski premier Massimo D?Alema, a przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi zamierza zaprosić Kadafiego do Brukseli. Wielka Brytania wznowiła zerwane po zamachu nad Lockerbie stosunki dyplomatyczne z Libią. Pewną rezerwę zachowuje na razie jedynie Waszyngton. Do Trypolisu znów zawitały delegacje wielkich koncernów, a największe linie lotnicze błyskawicznie wznowiły zawieszone w okresie sankcji połączenia. Na konferencji zorganizowanej we wrześniu ubiegłego roku Kadafi zachęcał biznesmenów z całego świata do inwestowania, mówiąc: "Nie jesteśmy piratami, rebeliantami czy terrorystami".
Polska nie jest w awangardzie państw odbudowujących kontakty z Libią, choć przed rokiem 1989 realizowała w tym kraju wielkie kontrakty gospodarcze. - Chcemy tam powrócić, przygotowujemy wizyty na szczeblu rządowym - zapewnia enigmatycznie rzecznik MSZ Paweł Dobrowolski. Kilka dużych firm (na przykład Polimex-Cekop) pozostawiło swoich pracowników w Libii nawet w okresie obowiązywania sankcji o ograniczonym zasięgu. Wicedyrektor departamentu stosunków gospodarczych z zagranicą Ministerstwa Gospodarki ocenia, że szanse na rozwój współpracy będą większe, gdy Libia powiększy rezerwy dewizowe z eksportu ropy. Wielkiego come backu nie należy się jednak spodziewać, zwłaszcza jeśli chodzi o zatrudnianie specjalistów. Obecnie koszty pracy naszych ekspertów są wyższe, a oferowane im warunki już nie tak opłacalne jak niegdyś.
Libijczycy liczą również na zyski z turystyki, zapraszając do obejrzenia różnych atrakcji Wielkiej Dżamahariji. To ukuta przez Kadafiego parafraza określenia dżumhurija (republika), używanego przez kraje chcące - przynajmniej przez wprowadzenie nowej terminologii - odciąć się od bliskowschodniej tradycji monarchii i dyktatury. Libijski przywódca, który do władzy doszedł 1 września 1969 r. w wyniku przewrotu, na fali antykolonialnych i antymonarchistycznych wystąpień w państwach arabskich w latach 60. i 70., nazwał swój kraj "republiką mas".
Kubeł zimnej wody na głowy zachodnich polityków i biznesmenów wylali brytyjscy celnicy, odkrywając na londyńskim lotnisku Gatwick przemyt do Libii części pocisków rakietowych Scud. Gdyby wystrzelono je z libijskiego terytorium, z łatwością dosięgłyby krajów skwapliwie zadzierzgających na nowo zerwane niegdyś więzy z Trypolisem. Protest w tej sprawie okazał się pierwszym zadaniem nowo przybyłego do Libii brytyjskiego ambasadora. Cała sprawa jest zaś wyraźnym sygnałem, że Kadafi jest wprawdzie gotów do współpracy z Zachodem, ale sam będzie próbował dyktować warunki. Gdy D?Alema przyjechał do stolicy Libii, będąc tam pierwszym zachodnim przywódcą od czasu zamrożenia stosunków po zamachu nad Lockerbie, na ulicach nie było włoskich flag, choć uczestników szczytu Organizacji Jedności Afrykańskiej, który odbywał się w Trypolisie, witały nawet ich portrety. Kadafi z hukiem dokonuje kolejnej wolty. Z herosa zbrojnie wspierającego rewolucyjne zrywy w najdalszych zakątkach globu przeistacza się w apostoła pokoju. Zapewnia, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by położyć kres wojnom na kontynencie. Zrywając - przynajmniej oficjalnie - z udzielaniem poparcia terrorystom, jednocześnie odwraca się od świata arabskiego, który nigdy nie traktował go zbyt poważnie i nie chciał w nim widzieć następcy Nasera.
Kadafi ma za złe Arabom, że nie stanęli za nim murem podczas konfrontacji z Zachodem. "Afrykańscy Arabowie są Afrykanami, a Arabowie, którzy żyją w Azji, są Azjatami" - stwierdził. Teraz mówi o potrzebie utworzenia Stanów Zjednoczonych Afryki jako odpowiedzi na postępy globalizacji. Rzuca pomysły wprowadzenia wspólnej waluty i budowy sieci połączeń infrastrukturalnych między Afryką Północną a strefą subsaharyjską. W koncepcji polityka, który swoich gości przyjmuje w namiocie Beduina, pustynia ma łączyć, a nie - jak było dotychczas - dzielić kontynent. Stabilna wydaje się natomiast polityka wewnętrzna prowadzona przez przywódcę Libii. Trudno oczekiwać, by Kadafi nagle zezwolił na wprowadzenie wolności słowa i dopuszczenie do głosu opozycji (cztery lata temu zdławił zbrojne wystąpienie fundamentalistów islamskich w górach na wschodzie kraju). Nie jest to zresztą - wbrew stanowisku takich organizacji, jak Amnesty International - warunek stawiany przez znających realia w tej części świata zachodnich przywódców. Nawet w oczach wielu zagranicznych krytyków Kadafi uchodzi za człowieka, który zbudował na piaskach pustyni nowoczesne państwo.
Na wzór chiński wprowadzał niegdyś rewolucję kulturalną (z paleniem książek włącznie) i napisał "zieloną książeczkę". Przyszłość Libii upatrywał we własnej wersji "trzeciej drogi" - specyficznym melanżu islamu i miejscowej odmiany socjalizmu. Podstawą budowy nowego społeczeństwa miało być usunięcie importowanych ideologii i wpływów. W hotelu Mahari, gdzie przebywał D?Alema, toczyła się międzynarodowa konferencja, której uczestnicy roztrząsali problem przesłania, jakie wnosi dzieło Kadafiego w nowe milenium. Darmowa opieka medyczna i dostęp do szkolnictwa oraz subsydiowanie podstawowych produktów spożywczych pomaga Libijczykom spokojniej znosić szaleństwa swego przywódcy, choć odnotowano już co najmniej osiem prób zamachów na jego życie.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2000
Więcej możesz przeczytać w 5/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0