Publiczny konfesjonał

Publiczny konfesjonał

Dodano: 
"Kiwał się już ten Mazur, panie. Oczy mu szarzały. Pan, panie redaktorze, tego nie widział, ale tragedia była tuż-tuż.
Kiedy pan zapytał go o to zarżnięte dziecko, Mazur zbladł i już się chciał rzucać do mordowania...". Ci, co znali go z celi, do dziś powtarzają: "Jeszcze słowo i byłoby po redaktorku". Mazur to szaleniec, a Miszczak wiedział o tym. Dyrekcja więzienia zgodziła się na spotkanie pod warunkiem, że dziennikarz wystąpi w kamizelce ochronnej i w towarzystwie strażnika. - Początkowo myślałem, że to tylko taka procedura, że ta sztywna cela ze wszystkimi urządzeniami zabetonowanymi w podłodze jest po to, by stworzyć atmosferę wokół Mazura, ale z minuty na minutę szybko orientowałem się, że to nie żarty, a ten strażnik to nie była histeria, nadmierna ostrożność - przyznaje Edward Miszczak.


W miniony wtorek ukazało się siedemnaste wydanie "Celi nr". O tym programie napisano tyle samo pochwał, ile obelg. Ilekroć chwalono go za nowatorstwo, tylekroć ganiono za powielanie zachodnich standardów. W ciągu jednego sezonu "Cela nr" stała się punktem odniesienia dla wszystkich istniejących bądź mających powstać audycji sensacyjnych. Bez krwi, przemocy i nadmiaru wulgaryzmów stała się czymś więcej niż opowieścią o najbrutalniejszych przestępcach naszych czasów. To pierwszy publiczny konfesjonał dla ludzi, na których większość z nas bałaby się nawet spojrzeć. Takich jak płatny morderca Albert Kiełczyński bądź Wesoły (w tym tygodniu opowiedział o najbrutalniejszych sposobach egzekwowania długów).
Miszczak daleki jest od epatowania zbrodnią. W przeciwieństwie do sławnych "Seryjnych morderców" Alberta Goni program nie uświęca miejsca i scenerii zabójstwa, nie próbuje odtwarzać wydarzeń, nie kultywuje narzędzi mordu. To jest wędrówka w głąb duszy, ale nie do każdej da się wejść, a w niektórych jest tak pusto, że nie warto zaglądać. - Kiedy czytamy o bestialskim mordzie Tomka Jaworskiego czy poćwiartowaniu rodziców przez szesnastoletniego Tomka, w pierwszym odruchu zastanawiamy się, co w takiej chwili działo się w głowie tego człowieka - mówi Miszczak. To próba odszyfrowania dziwnego kodu psychologicznego, który jednym ludziom każe żyć uczciwie, a innym pozwala kraść, mordować. - Muszę pamiętać, że pomysłodawca tego programu, Mariusz Walter, wciąż mi powtarza, że duża oglądalność to jeszcze nie rozgrzesze- nie - śmieje się Miszczak. Może dlatego w "Celi" oprócz zimnych zbrodniarzy pojawiają się tacy ludzie tak Dariusz Socha, czyli przeciętny złodziej, który zasłynął dzięki ucieczce z więzienia w Dębicy, a może bardziej dzięki własnej dumie. To ona kazała mu wykopać 25-metrowy podkop pod murami i zorganizować jedną z największych ucieczek więziennych po to, by dopiec strażnikom. By im się "odwdzięczyć" za upokorzenia, małostkowość. By zwrócić uwagę władz na nadużycia strażników. Socha przypłacił to dłuższym wyrokiem więzienia. Miszczakowi jednak wyznał: "Żyłem dla tej chwili, panie redaktorze, by dowieść, że jestem coś wart".
W celi z Miszczakiem siedzi zwykle jedna osoba, ale aktorów jest znacznie więcej. Tu nie grają wyłącznie ludzie. Grają ręce, brwi, usta, zmarszczki i pozornie niezauważalne grymasy twarzy. Siłą programu jest nie tylko jego poetyka, szybka i zaskakująca narracja, ale też praca kamery. Tempo, gra światła, dźwięk stwarzają atmosferę, jaką udaje się wywołać w najlepszych tego typu zachodnich produkcjach. - Długo zastanawialiśmy się nad doborem odpowiednich ludzi. Szukaliśmy operatorów, którzy w naszym programie widzieliby coś więcej niż rozmowę - mówi Miszczak. Przestępcy nie należą do osób najbardziej wygadanych, a na pewno nie są sobą przed kamerami, w blasku reflektorów. Nie są w stanie o wszystkim opowiedzieć. Dopiero kombinacja słów, nerwowych gestów, grymasów i zmieniająca się aura oczu uzupełnia słowa. - Jacek Januszyk i Janusz Sus są stworzeni do tego programu. Potrafią wykorzystać swoje doświadczenie z pracy przy filmach fabularnych Pasikowskiego i Barbary Sass - zauważa Miszczak. Początkowo mieli jedynie pomóc sformatować program. Nie przypuszczano, że uda się na dłużej zatrzymać operatorów tej klasy. - Zostali i myślę, że czekają na następną sesję zdjęciową - mówi jedna z osób uczestniczących w przygotowaniu "Celi nr". Po jednym z nagrań strażnik powiedział wydawcy programu: "Różnych wariatów widziałem w więzieniach, ale żeby godzinami z kamerą tarzać się po podłodze i włazić pod sufit...". Niezwykle dynamiczna praca kamery z pozornie statycznym rozmówcą, jakim był gwałciciel i morderca (wampir z Bytowa), spowodowała, że nawet chwile, gdy milczał i patrzył w ziemię, nadawały programowi nieprawdopodobną dramaturgię.
Cztery lata temu David Straven, producent kalifornijskiego oddziału telewizji CBS, rzucił wyzwanie wszystkim dziennikarzom i kronikarzom kryminalnym, twierdząc, że wyłuskują wyłącznie krwiste elementy zbrodni i tworzą chore, populistyczne obrazy, dalekie od złożonej rzeczywistości morderstwa. Straven w programie "Jak mogli" zajmował się wszystkimi skazanymi na śmierć w Kalifornii. Zanim zaczął analizować zbrodnię popełnioną przez winnego, studiował jego życie, gromadził dokumentację i opinie ludzi, którzy go znali. Każde spotkanie było precyzyjnie przygotowane. Niejednokrotnie zbrodniarz dopiero w rozmowie ze Stravenem pojmował, co zrobił. Często omawiano wyłącznie życie skazanego, a zbrodnia okazywała się konsekwencją wszystkiego, czego doświadczył od dzieciństwa.
Miszczak nie próbuje nikogo ułaskawić, ale też nie pomija żadnego szczegółu. Grażyna Kubica, producent programu, kurczowo trzyma się kilkuetapowego trybu przygotowań. Pierwszy i chyba najtrudniejszy to wyselekcjonowanie odpowiedniej osoby. Historia musi nie tyle wstrząsać, ile mówić zarówno o człowieku, jak i o całym społeczeństwie. - Czasami tygodniami jeździmy od więzienia do więzienia. Nie brakuje chętnych do opowiedzenia jakiejś historii, ale rzadko są one prawdziwe. Podczas widzenia brzmią przekonująco, sentymentalnie, przedstawiają wiele dramatycznych historii. Gdy jednak zaczynamy to konfrontować z dokumentami i świadkami, okazuje się, że zmarnowaliśmy kolejny dzień - mówi Grażyna Kubica. Nie o każdym autentycznym wypadku można porozmawiać. Często wszystko, o czym dany człowiek mógłby opowiedzieć, zapisano w jego dokumentach. Dlatego Miszczak korzysta z pomocy dwóch konsultantów. Dwóch różnych ludzi, dwie różne perspektywy. Jeden z nich to więzień odsiadujący piętnastoletni wyrok za morderstwo w afekcie - ma doświadczenie filmowe, zna również realia życia za kratami. Drugi jest jedną z lepiej znanych postaci polskiego więziennictwa, ma wieloletni staż. Podjął się współpracy z Miszczakiem, przekonany, że jest to kolejny ważny krok na drodze do resocjalizacji wielu ludzi.
Edward Miszczak przeprowadził niemal 20 sesji zdjęciowych w więzieniach. "Cela nr" to już na swój sposób kultowy program. Nie tylko sensacyjny hit więzienny, ale nawet swoisty poradnik dla setek wychowawców i pracowników systemu penitencjarnego. Niedawno podczas spotkania ze słuchaczami Wyższej Szkoły Resocjalizacji studenci zaskoczyli Miszczaka, gdyż w odpowiedziach przytaczali całe zdania z programu. Pytali również: "Czy miał pan kiedyś wątpliwości? Czy chciał się pan kiedyś wycofać z jakiegoś programu?". Miszczak niechętnie do tego wraca. Rozmowa z królem więziennych homoseksualistów miała być jednym z mocniejszych programów. Telewizja uzyskała już wszystkie konieczne zezwolenia, kiedy przyszedł list od żony. Poznali się na przepustce. Stary schorowany przestępca (25-letni wyrok) znalazł wreszcie oparcie, kobietę, która go rozumiała i gotowa była przygarnąć, ale - jak napisała - nie wytrzymałaby presji środowiska, gdyby jego "zaszłości seksualne" zostały ujawnione. "Niech pan nam da szansę" - pisała. Program nigdy się nie ukazał.

Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0