Instytut Niepamięci Narodowej

Instytut Niepamięci Narodowej

Dodano: 
Komu zależy na tym, by pokrzywdzeni przez SB nie mieli dostępu do  swoich teczek?

Na Instytut Pamięci Narodowej przeznaczono w tegorocznym budżecie 80 mln zł i wstępnie wytypowano obiekty, w których mogłyby się mieścić archiwa. Niestety, działalność tej instytucji blokują polityczne spory i naciski antylustracyjnego lobby. Przeciwnicy idei powszechnego dostępu do teczek zdają sobie sprawę, że niektóre osoby - zarówno krzywdziciele, jak i pokrzywdzeni - są już w podeszłym wieku, a analizy konkretnych przypadków z powodu szczupłości kadry IPN zajmą co najmniej kilkanaście miesięcy. Niektóre sprawy nie ujrzą więc światła dziennego, gdyż zainteresowani tego po prostu nie doczekają. Odejdą też zapewne niektórzy świadkowie. Część prawdy o PRL zostanie na zawsze w archiwach. Podobnie jak w Niemczech, gdzie do teczek dotarło już co prawda półtora miliona obywateli, ale też wielu jeszcze czeka na dostęp do informacji, a część pokrzywdzonych udostępnienia akt po prostu nie dożyła - a przecież urząd Gaucka zatrudnia ponad trzy tysiące osób, roczny budżet tej instytucji wynosi zaś 250 mln DM.
Zdaniem prof. Andrzeja Zolla, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego, dzięki pracy Instytutu Pamięci Narodowej możliwe będzie dokumentowanie popełnionych w PRL zbrodni, czyli de facto napisanie prawdziwej historii tego okresu. Instytut przyczyni się również do ograniczenia procederu wykorzystywania teczek do szantażu i gier politycznych. Wiadomo przecież, że w latach 1989-1990 oficerowie SB nie tylko palili akta, ale też wynosili je i kopiowali. Już w III RP wystarczyło w odpowiednim momencie postraszyć byłego agenta ulokowanego w administracji państwowej, Sejmie bądź władzach samorządowych, by zmusić go do działania zgodnego z wolą szantażysty. - Instytut stwarza możliwość skończenia z tego typu działaniem i pomówieniami - przyznaje Marek Biernacki, szef MSWiA.
Lustracja miała oczyścić polskie elity polityczne i wymiar sprawiedliwości z ludzi uwikłanych we współpracę z tajnymi służbami, podatnych na szantaż. Uzasadnienia orzeczeń Sądu Lustracyjnego są jednak tajne (być może wkrótce będą one częściowo odtajnione). Skalę inwigilacji polskiego społeczeństwa przez Służbę Bezpieczeństwa - na uczelniach, w Kościele, partiach i stowarzyszeniach, zakładach pracy, mediach, a wreszcie rodzinach i kręgach znajomych - mieliśmy poznać po rozpoczęciu działalności przez Instytut Pamięci Narodowej. Każdy pokrzywdzony miał mieć prawo zapoznania się z zawartością swojej teczki i tylko od niego zależałoby, co z tą wiedzą zrobi. Dopiero wówczas rozpocząłby się proces oczyszczenia polskiego społeczeństwa, podobny do tego, jaki nastąpił w Niemczech, gdy zaczął tam działać urząd Gaucka. Tymczasem kilkanaście miesięcy po przyjęciu przez Sejm ustawy o IPN powstanie tej instytucji nadal jest blokowane. Toczy się gra o stanowisko prezesa, bez którego instytut nie może działać. Co gorsza, śledztw nie może też prowadzić Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, gdyż ma ona być częścią IPN. Komu zależy na tym, by pokrzywdzeni przez SB nadal nie mieli dostępu do swoich teczek?
- Blokowanie wyboru prezesa IPN świadczy nie tylko o niedojrzałości naszej klasy politycznej, ale prawdopodobnie wynika również z obaw niektórych środowisk, w tym polityków, przed otwarciem archiwów służb specjalnych. Nie można wykluczyć, że odkładanie otwarcia Instytutu Pamięci Narodowej jest działaniem celowym, mającym ustrzec niektóre osoby przed odpowiedzialnością - mówi prof. Andrzej Zoll. - To absurdalna sytuacja: przyjęto ustawę, budżet, powołano kolegium IPN, lecz brakuje prezesa, bez którego niemożliwe jest funkcjonowanie instytutu - dodaje Andrzej Grajewski, przewodniczący kolegium IPN.
Prof. Andrzej Chwalba, pewny wydawało się kandydat, złożył rezygnację, gdy wyszło na jaw, że nie przyznał się, iż był członkiem PZPR. Władze Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego prof. Chwalba jest prorektorem, zamierzają nawet z tego powodu wystąpić do rektorskiej komisji ds. etyki. Profesor chce z kolei przed tą komisją bronić swojego honoru. Poważne problemy z IPN zaczęły się jednak znacznie wcześniej, gdy ustawę o jego powołaniu zablokował, zgłaszając weto, prezydent Aleksander Kwaśniewski. To wtedy zdenerwowany minister Janusz Pałubicki nazwał głowę państwa "prezydentem wszystkich ubeków". Weto zostało co prawda odrzucone, ale koalicja zobowiązała się do nowelizacji ustawy: do powołania prezesa instytutu potrzeba nie zwykłej większości (jak zakładano pierwotnie), lecz trzech piątych głosów. To z kolei wymusiło pozyskanie poparcia PSL, które za swoją przychylność z reguły każe słono płacić. Zanim doszło do ugody, ludowcy oprotestowali kandydaturę prof. Witolda Kuleszy, szefa likwidowanej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, na stanowisko prezesa IPN. Gdy koalicjanci zaoferowali ludowcom zgodę na wymianę prezesa Polskiego Radia, ci poparli wprawdzie nowego kandydata (prof. Chwalbę), ale nie zgodzili się, by prof. Kulesza był jego zastępcą. - Prof. Kulesza został zaakceptowany przez wszystkich członków kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Odrzucając jego kandydaturę, PSL nie przedstawiło żadnych merytorycznych wyjaśnień - podkreśla Andrzej Grajewski.
Gdy w ubiegłym tygodniu ze starań o prezesurę instytutu zrezygnował prof. Andrzej Chwalba, stało się jasne, że wyłonienie nowego kandydata potrwa znacznie dłużej. Wieczorem tego samego dnia, gdy prof. Chwalba podjął ostateczną decyzję, pojawiła się kandydatura prof. Karola Modzelewskiego, który w swojej publicystyce politycznej od początku sprzeciwiał się idei lustracji. Kandydat został natychmiast zarekomendowany przez niektórych polityków Unii Wolności i przez większą część SLD i PSL. Kiedy prof. Modzelewski zrezygnował, zaczęto mówić o Janie Rulewskim, pośle niezależnym, jednym z twórców pierwszej "Solidarności", oraz Bogdanie Borusewiczu, wiceministrze MSWiA. Możliwość zgłoszenia własnego kandydata zastrzegło też natychmiast PSL. Pojawiły się nazwiska prof. Aleksandra Łuczaka (wicepremiera w rządzie Waldemara Pawlaka) i Bogdana Pęka (szefa sejmowej komisji przygotowującej ustawę lustracyjną). Przetarg trwa, choć wiadomo, że żaden z tych kandydatów nie ma większych szans na wybór. - Przy wysuwaniu kandydatur nie powinny się liczyć prywatne ambicje domorosłych polityków - przestrzega Marek Biernacki, który przewodniczył sejmowej komisji pracującej nad ustawą o IPN. Zgłoszone w pośpiechu propozycje zaskoczyły też członków kolegium instytutu, gdyż zgodnie z ustawą to oni, a nie politycy, są uprawnieni do zgłaszania kandydatów na stanowisko prezesa. - Niektórzy są zainteresowani tym, by instytut zaczął pracę jak najpóźniej - komentuje te działania prof. Andrzej Zoll. Osoby, o których mówi były szef Trybunału Konstytucyjnego, twierdzą, że zachowały się jedynie szczątkowe fragmenty akt byłych służb specjalnych PRL, a ich odtworzenie nie będzie możliwe. Podobne tezy stawiano na początku działalności urzędu Gaucka, ale okazało się, że mimo zniszczeń zachowało się aż 180 kilometrów (6 mln teczek) akt, a ponadto wiele materiałów udało się odtworzyć.
Również w Polsce wiele tajnych materiałów SB (teczki założono prawie czterem milionom obywateli) nie zostało całkowicie zniszczonych. W czerwcu ubiegłego roku w zaplombowanym pomieszczeniu stołecznej komendy policji odnaleziono na przykład 200 worków, w których znajdowało się kilka tysięcy podpisanych zobowiązań do współpracy z SB, tysiące pokwitowań odbioru pieniędzy za przekazywane informacje, dokumenty dotyczące współpracy środowisk uniwersyteckich, księży, dziennikarzy, twórców. Rozpoczęcie działalności Instytutu Pamięci Narodowej umożliwiłoby dostęp do tych znalezisk wielu osobom pokrzywdzonym przez tajne służby PRL i ich konfidentów. Społeczeństwo miałoby szansę poznania motywów działania różnych ludzi i instytucji. IPN mógłby na przykład udostępnić materiały wskazujące na działalność agentury SB i Stasi w Centrum Ruchu Światło-Życie w Carlsbergu. - Kiedy prace wreszcie ruszą, będzie można poznać prawdziwe nazwiska agentów ulokowanych w Carlsbergu - przyznaje Andrzej Grajewski, przewodniczący kolegium IPN i autor książki "Kompleks Judasza", opisującej współpracę ludzi Kościoła z SB.
Zgodnie z ustawą o IPN, pokrzywdzeni po zapoznaniu się ze swoimi teczkami mają prawo domagać się ujawnienia przez instytut nazwisk swoich prześladowców (na kopiach dokumentów będą one zamazywane). Wcześniej pracowników urzędu czeka jednak ogromna praca organizacyjna. Wiele danych, które zaginęły w jednej instytucji, będzie trzeba odnaleźć gdzie indziej. Obowiązujące w służbach specjalnych procedury nakazywały bowiem lokowanie tajnych materiałów w różnych miejscach, czyli ich powielanie. Prof. Jan Widacki, wiceminister MSW w latach 1990-1992, potwierdza, że dokumentacja z urzędów wojewódzkich miała swoje odnośniki w centrali i na odwrót. Nawet karty ewidencyjne tajnych współpracowników (E-6 TW) przygotowywano w dwóch egzemplarzach: jeden trafiał do centralnej kartoteki MSW w Warszawie, drugi - do WUSW, na którego terenie pracował agent.
Możliwość dotarcia do rzekomo zaginionych materiałów Służby Bezpieczeństwa potwierdziło dochodzenie prowadzone w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa. Zakończyło się ono postawieniem zarzutów utrudniania śledztwa czterem wysokim funkcjonariuszom SB. Prowadzący tę sprawę Krzysztof Urbaniak z krakowskiej prokuratury udowodnił, że do wielu dokumentów można dotrzeć, mimo iż w krakowskiej delegaturze Służby Bezpieczeństwa zacierano ślady zarówno bezpośrednio po śmierci Pyjasa, jak i w latach 1989-1990. Prokuratorowi Urbaniakowi udało się między innymi odnaleźć w centrali szyfrogramy i raporty z Departamentu III, w tym raport napisany następnego dnia po śmierci Pyjasa.
Pomysłodawcy powołania IPN uważają, że wystarczy kilka miesięcy, by zgromadzić akta, do których dostęp powinni mieć pokrzywdzeni. - Mimo że w szafach MSWiA nadal odnajdywane są papiery z czasów socjalizmu, uważam, że potrzebne dokumenty uda się przekazać instytutowi w ciągu miesiąca lub dwóch - deklaruje Marek Biernacki. Jeżeli równie szybko teczki PRL przekazałyby pozostałe instytucje, IPN mógłby wypełniać ustawowe zadania już w drugiej połowie tego roku. Chyba że antylustracyjne lobby znajdzie kolejne preteksty, by to uniemożliwić.
Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0