Umierająca klasa

Umierająca klasa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polska inteligencja jako formacja należy do przeszłości
"Nie potrzebujemy inteligencji, lecz ludzi inteligentnych"- mówią analitycy rynku pracy. Od wykształconego pracownika będzie się wymagać, by wiedzę traktował jako skuteczne narzędzie, a nie jako znak przynależności do grupy ludzi zastanawiających się, jak zmienić świat na lepszy. "Inteligencja nie ma swoich dzieci w sensie kulturowym, nie ma więc przyszłości" - twierdzi socjolog Paweł Śpiewak. Dzieci inteligencji stały się tymczasem "profesjonalnymi pragmatykami": menedżerami, prawnikami, maklerami, bankowcami, specjalistami public relations, dziennikarzami. Sukces mierzą skutecznością i statusem materialnym, nie zaprzątając sobie głowy tworzeniem nowych ideologii. - W 1989 r. nastąpiło ostentacyjne odrzucenie etosu inteligencji i przejście na pragmatyzm, skuteczność i praktyczność. Nowe pokolenie stało się konkretne, rzeczowe i zimne - mówi Krzysztof Piesiewicz, scenarzysta, adwokat i senator AWS. W opinii społecznej o przynależności do inteligencji decyduje dziś prowadzenie tzw. dobrego życia: wykonywanie atrakcyjnej pracy, podróżowanie po świecie, uczestniczenie w ciekawych wydarzeniach towarzyskich i dysponowanie środkami na szeroko pojmowaną rozrywkę.
Inteligent funkcjonował niemal wyłącznie w krajach Europy Wschodniej (pojęcie to nie istnieje w wielu europejskich językach). Na początku lat 90. do warstwy inteligenckiej zaliczano aż 17-20 proc. społeczeństwa (przed wojną 5,7 proc.): osoby z wyższym wykształceniem (typu uniwersyteckiego), ale też dużą część urzędników, oficerów oraz podoficerów wojska i policji, duchownych. Przed wojną słowo "inteligent" oznaczało "dobre towarzystwo". Inteligent nie zarabiał, lecz otrzymywał gażę bądź honorarium. Obecnie - tak jak przed wojną - inteligent nauczyciel zarabia dwa razy mniej od inteligenta oficera średniego stopnia, mniej nawet od zawodowego podoficera. Co czwarty inteligent plasuje się w dwóch najniższych grupach dochodowych, jednak dwie piąte ocenia swój poziom życia jako dobry lub bardzo dobry.
Paradoksalnie, o przynależności do "inteligencji" przestało decydować wykształcenie: ponad połowa osób określających siebie mianem inteligentów zakończyła edukację na poziomie szkoły średniej, co dziesiąta zaś może się "pochwalić" wykształceniem podstawowym bądź zasadniczym zawodowym. Przeciętny inteligent w teatrze bywa raz na trzy lata, tylko co trzeci kupuje w roku więcej niż dwie książki, do filharmonii przynajmniej raz w roku chodzi 1,2 proc. inteligencji. Co ciekawe, dla co trzeciego Polaka słowo "inteligent" ma negatywne zabarwienie.
- Wielka przywódcza rola inteligencji zanika, a w każdym razie wyraźnie słabnie, gdy społeczeństwo wraca do normalnego życia. Inteligencja odgrywała tak znaczną rolę w wieku XIX dlatego, że nie było państwa. Wzięła więc na siebie funkcje przywódcze, które przerastały jej rzeczywiste znaczenie. Nie jest normalne, gdy poeci są przywódcami narodów - uważa prof. Jerzy Szacki, socjolog. - W 1989 r. pozycja inteligencji była tak wysoka jak nigdy wcześniej. Zasadnie mogła sobie przypisać współudział w dziele obalenia komunizmu, a poza tym to z jej szeregów wyłoniła się nowa elita władzy III RP. Niemal z dnia na dzień pisarze i nauczyciele akademiccy stali się ministrami, ambasadorami, doradcami - mówi prof. Ryszard Legutko, historyk idei. - Jednak zaraz na początku nowej epoki polska inteligencja skonstatowała, że jako formacja należy do przeszłości. Zabrzmiało w tym poczucie ulgi: wreszcie inteligencja wróci do swoich naturalnych zadań, natomiast rządzeniem zajmie się elita polityczna, a w szerszym aspekcie - klasa średnia.
"Kto to jest inteligent?" - pytali Józefa Conrada Korzeniowskiego jego brytyjscy koledzy pisarze. "To ktoś, kto lubi gadać o tym, co inni po prostu robią" - odpowiedział Conrad, ekspert w sprawach dotyczących duszy inteligenta, napisał bowiem powieść "W oczach zachodu", uznawaną za "anty-Biesy". To w carskiej Rosji inteligent był sumieniem uciskanego narodu - pisał o tym już markiz de Custine. Podobną rolę odgrywał w ZSRR, szczególnie w pierwszej połowie lat 30., po odwilży Chruszczowa oraz za "późnego" Breżniewa. Wierzchołek klasy inteligentów stanowili powszechnie znani humaniści i artyści, którzy spotykali się w mieszkaniach (najczęściej w okolicach moskiewskiego Arbatu), popijali herbatę z konfiturami oraz mocniejsze trunki, śpiewali piosenki Wertyńskiego, Okudżawy bądź Wysockiego (czasem śpiewali je osobiście dwaj ostatni) i debatowali o tym, jak przetrwać w totalitarnym państwie.
Ten rosyjski wariant "biernego oporu" upowszechnił się w Polsce w drugiej połowie lat 50. oraz w latach 60., głównie za sprawą miłośników i tłumaczy rosyjskiej poezji i literatury, m.in. Andrzeja Drawicza, Wiktora Woroszylskiego, Adama Ważyka, Mieczysława Jastruna. Aż do początku lat 90. inteligent (zaliczany w PRL do "inteligencji pracującej") miał poczucie misji i był wyjątkowo ważnym wyrazicielem opinii publicznej.
Komunizm uczynił z inteligenta "inżyniera dusz", czyli osobę, od której władza wymagała zaangażowania się w specyficzne działania dydaktyczne - "przyuczenie" społeczeństwa do nowego systemu czy propagowanie "naukowego światopoglądu". To wszystko w ramach uprawianego zawodu: literata (nie pisarza), artysty sceny (nie aktora, reżysera), uczonego (nie badacza), a dalej pracownika służby zdrowia (nie lekarza), przedstawiciela inteligencji technicznej (nie inżyniera) itp.
Za udział w realizacji tej masowej pedagogiki społecznej przysługiwały określone nagrody. Mieszkania w najlepszych dzielnicach miast, domy pracy twórczej - dla literatów. Zamówienia od instytucji państwowych, plenery, wystawy, druk katalogów, specjalne sklepy z tanimi materiałami - dla plastyków. Mieszkania, udział w wysoko płatnych akademiach i jubileuszach, zlecenia z telewizji, obsada w tytułowych rolach, zaproszenia z tzw. zaprzyjaźnionych kinematografii, możliwość pokazywania swoich produkcji na zagranicznych przeglądach i festiwalach - dla aktorów i reżyserów.
Tak zwana inteligencja łatwo się przyzwyczajała zarówno do przywilejów, jak i do ról misjonarzy. Jednak demokratyczne społeczeństwo, które zaczęło się kształtować po 1989 r., nie potrzebowało już misjonarzy. Tradycyjna inteligencja stała się więc klasą skazaną na wymarcie, wręcz Veblenowską "klasą próżniaczą". Część inteligentów szybko przystosowała się do wymagań wolnego rynku, zajmując wysokie stanowiska w bankach czy agencjach reklamowych, i nie musiała przy tym zajmować się tworzeniem etosu powstającego kapitalizmu. Druga grupa, wywodzącą się często z tych samych uczelni, pozostała "zakładniczką" sfery budżetowej. Było to szczególnie widoczne w środowisku akademickim i nauczycielskim, które przestało nagradzać indywidualny wysiłek, premiując przeciętność. Zdaniem prof. Legutki, efekt jest taki, że "przeciętny polski intelektualista nie może być ani partnerem, ani konkurentem dla swojego zachodniego kolegi".
- Inteligencja znajduje się obecnie w fazie schyłkowej i jej wpływ na rzeczywistość będzie coraz mniejszy. Z tej szerokiej warstwy wyklarują się nowe klasy, a ten podział nie będzie już oparty na wykształceniu, lecz na statusie majątkowym - sądzi Paweł Piskorski, polityk Unii Wolności. Socjologowie dodają, że pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków bez problemów uznało za swoje wartości mieszczańskie. Młodzi ludzie zajęli się sobą, własną karierą, rodziną i znajomymi, pozostawiając sprawy państwa "profesjonalistom". Ich zdaniem, uprawianiem polityki i administrowaniem państwem powinno się zająć pokolenie "nowych biurokratów": perfekcjonistów - sprawnych i doskonale zastępowalnych. "Biurokratyczna kadra nie legitymuje się kwalifikacjami ideologicznymi, lecz profesjonalnymi, wynagradzana jest według jawnej listy płac, bez wyjątkowych przywilejów niedostępnych dla innych obywateli" - napisał prof. Andrzej Zajączkowski w książce "Elity urodzenia".
W nowoczesnych społeczeństwach zanikają elity czerpiące korzyści z tworzenia nowych ideologii. Młode pokolenie pragnie raczej jak najlepiej dostosować się do tego, co już istnieje - najczęściej do liberalizmu w płaszczyźnie gospodarczej i konserwatyzmu w dziedzinie obyczajowej. "Silny grupowy egoizm, obojętny stosunek do państwa i sfery publicznej są charakterystyczne dla tego pokolenia" - stwierdził dr Marek A. Cichocki, filozof. Obrońcom historycznego etosu inteligencji imponuje wprawdzie dążenie młodych do sukcesu, koncentracja na tym, co robią, lecz z przekąsem wypowiadają się o ich wykształceniu.
- To nieporozumienie. Reformowanie polskich szkół i uczelni zmierza do przejęcia najlepszych wzorów amerykańskich i brytyjskich (i takie szkoły kończą już obecni młodzi specjaliści), a tam kilka pierwszych lat studiuje się na uczelni, nie na konkretnym kierunku, a dopiero na końcu wybiera specjalizację - mówi Krzysztof Pawłowski, rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. - Bez problemu przyszły lekarz czy konstruktor promów kosmicznych uczy się więc malarstwa bądź religioznawstwa. To dotychczasowy model polskiego szkolnictwa "produkował" pseudospecjalistów, nie mających pojęcia ani o realnym świecie, ani o innych dziedzinach wiedzy .
Iluzje, którymi nadal karmią się inteligenci, nie wynikają jednak wyłącznie z ich niedostosowania do rzeczywistości rynkowej. - Tak zostali wykształceni i ukształtowani przez szkoły i uczelnie, tylko takie role mogli grać w społeczeństwie, w którym nie istniał żaden czytelny i zobiektywizowany system awansowania, obieg myśli i słowa był kontrolowany i koncesjonowany, a zachowania oportunistyczne nagradzane - mówi prof. Ireneusz Białecki, socjolog.
O ile zrozumieć można frustrację byłych "inżynierów dusz", o tyle trudno pojąć ich poczucie wyższości wobec pokolenia specjalistów. Podkreślają oni często - mówił o tym w "Rzecz- pospolitej" Paweł Śpiewak - rolę inteligenckiego etosu w umacnianiu więzi społecznej (w takim znaczeniu, w jakim Emil Durkheim rozumiał religię). W istocie chodzi tu o uzasadnienie trwania specyficznego przekazu ustnego, gawędy przydającej opisowi świata egzystencjalnej treści. Jednak w dobie telewizji, radia, masowej prasy czy Internetu ten przekaz staje się całkowicie zmitologizowanym anachronizmem.
Tymczasem współczesne społeczeństwo nie potrzebuje opisujących i oceniających świat gawędziarzy. Przypisane inteligencji role odgrywają na Zachodzie ośrodki uniwersyteckie oraz niektóre pisma - na przykład "The New Yorker", "Partisan Review", swego czasu "Le Temps Moderne" czy "L?Esprit" - lub "intelektualne" dodatki do dużych gazet i czasopism. W nowoczesnym demokratycznym społeczeństwie nie istnieje specyficzna warstwa inteligencka, lecz klasa średnia, do której zalicza się również profesjonalistów. Wyróżnia ich status społeczny związany z wysokością osiąganych zarobków, które są w pewnej mierze rynkową wyceną ich wartości; wyróżnia ich poziom wykształcenia oraz użyteczność dla społeczeństwa. Polska inteligencja, zdominowana przez humanistów, chciałaby tymczasem osiągnąć ich status poza czy ponad rynkiem, handlując wyłącznie ogólnikowym etosem (nie mającym wiele wspólnego z etosem pracy).
Zdaniem Johna Naisbitta, prognostyka społecznego i doradcy największych amerykańskich firm, obecnie mamy do czynienia z przemianą społeczeństwa produkcyjnego w informacyjne. Tradycyjny podział na prace umysłowe i fizyczne będzie się więc coraz bardziej zacierał. Gospodarka może się obyć bez inteligentów (polityka - jeszcze nie). Szansą na odrodzenie intelektualnych aspiracji nie jest konserwowanie historycznej i dysfunkcjonalnej struktury społecznej, lecz na przykład Internet, umożliwiający swobodną wymianę myśli, nie krępowaną geograficznymi i historycznymi podziałami.


KAZIMIERZ KUTZ senator Unii Wolności, reżyser

Na skutek braku państwowości polska inteligencja odegrała w życiu społecznym większą rolę niż jakakolwiek grupa zasługująca na identyczne miano w innym kraju. To jedna z funkcji naszej "nienormalności". Jednocześnie rola przewodników duchowych społeczeństwa trwała dopóty, dopóki istniał komunizm. Po jego upadku stara formuła działania inteligencji straciła rację bytu. Co gorsza - grupa ta popadła w głęboką biedę. Dziś wydaje się, że inteligencja zaczyna być zjawiskiem schyłkowym - we własnej świadomości i w sensie przypisywanej jej roli społecznej. To są fakty nieodwracalne. Ostatnią próbą utrzymania jej rangi społecznej były marzenia o powołaniu partii inteligenckiej. Wielu chciało przekształcić w taką partię Unię Wolności. Dzisiaj rolę inteligencji przejmują przedsiębiorcy, bankowcy i wszyscy ci, którzy mają realny wpływ na obroty koła historii. Należy jednak stwierdzić, że grupa ta - w porównaniu z tamtą inteligencją - ma niesłychanie zawężone horyzonty umysłowe. W jej działaniu wszystko sprowadza się do maszynerii społeczno-ekonomicznej. Pierwiastek humanistyczny jest natomiast wartością deficytową.


Prof. MARCIN KRÓL historyk idei

Jeśli przez inteligencję rozumieć XIX-wieczny model jej funkcjonowania, to jest oczywiste, że ona już nie istnieje. Zawsze jednak będzie istniała grupa ludzi, których cechuje krytyczny ogląd rzeczywistości i pewien dystans wobec wydarzeń. To socjolog Karl Mannheim stwierdził, że inteligencja to taka grupa społeczna, która nie ma własnych interesów, na przykład biznesowych, w związku z czym jako jedyna ma możliwość krytycznego oglądu rzeczywistości. W tym kształcie inteligencja w Polsce będzie istniała zawsze.


KRZYSZTOF TEODOR TOEPLITZ pisarz, publicysta

Odpowiedź na pytanie o to, kto może zastąpić inteligencję, jest taka sama jak na pytanie: co może zastąpić mydło? Można się po prostu nie myć. Kondycja polskiej inteligencji jest zła z dwóch powodów. Po pierwsze - zadaniem tej warstwy zawsze było formułowanie samodzielnych opinii. Dzisiaj większość polskiej inteligencji podlega nastrojom stadnym, co poważnie szkodzi pozycji społecznej tej warstwy. Po drugie - jest ona poszkodowana materialnie. W sytuacji, gdy coraz częściej wyrazem pozycji społecznej jest dostatek materialny, ranga inteligencji maleje. Nie znaczy to, że warstwę, która produkuje myśli i dobra kultury, można czymkolwiek zastąpić. Trzeba się tylko starać, aby była ona bardziej samodzielna.


JERZY GIEDROYC redaktor paryskiej "Kultury"

Inteligencja polska nie jest skazana na zaniknięcie. Moim zdaniem, będzie odgrywać rolę, jaką odgrywała dotychczas. Ilustracją tej tezy niech będzie znaczenie publicystyki Jana Nowaka-Jeziorańskiego (publicystyki z okresu III RP, nie Radia Wolna Europa), która w dużym stopniu nie tylko urabia opinię publiczną, ale również oddziałuje na politykę rządu. Nie zgadzam się przy tym z tezą, jakoby zjawisko specyficznej roli inteligencji ograniczało się tylko do takich krajów, jak Polska czy Rosja. Występuje ono także w Stanach Zjednoczonych czy Niemczech. Profesorowie odgrywają tam decydującą rolę i nie wydaje mi się, by było możliwe zredukowanie jej do funkcji wykształconego pragmatyka. Również poza Polską i Rosją znaczenie inteligencji jest nie tylko "adaptacyjne", ale także inspirujące. Profesor Zbigniew Brzeziński na przykład niewątpliwie wpłynął na zmianę stosunku USA do Ukrainy.


KRZYSZTOF PIESIEWICZ senator AWS, scenarzysta, adwokat

Polska jest jednym z nielicznych krajów, w których funkcjonowało pojęcie inteligencji, głęboko osadzone w dziejach narodu i państwa. Dzieci powstańców trafiały na studia i tworzyły światłą warstwę ludzi, którzy zmieniali sposób myślenia, ale też przeciwstawiali się wynarodowieniu. Inteligencja trwała zarówno na lewicy, jak i prawicy niepodległościowej i jako "elita narodu" przetrwała do 1989 r. Dopiero wtedy nastąpiło odrzucenie tego etosu. Myślę, że to wielka pomyłka. Już dziś widzę delikatny odwrót od tej tendencji w pokoleniu dziewiętnastolatków, którzy na pewno nie zachłysną się tworzeniem kapitalizmu, ponieważ jest dla nich zastaną rzeczywistością. To oni zaczną tworzyć etos swoich zawodów, zapragną ukonkretnić poczucie bycia razem, stwierdzą, że indywidualny sukces to nie wszystko. Zaczną się zastanawiać nad sensem swej pracy i być może na nowo odkryją pojęcie służby publicznej.


Więcej możesz przeczytać w 47/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0