Skraj przepaści

Skraj przepaści

Dodano:   /  Zmieniono: 
Indonezji grozi wojna domowa. Uczestnicy protestów na ulicach Dżakarty domagają się reform i odejścia Jusufa Habibiego, następcy prezydenta Suharto. Przybywa ofiar i rannych. W posadach chwieje się zmurszały system, który nie jest już w stanie niczego zaproponować ponad 200 mln mieszkańców kraju.
Indonezji grozi wojna domowa. Uczestnicy protestów na ulicach Dżakarty domagają się reform i odejścia Jusufa Habibiego, następcy prezydenta Suharto. Przybywa ofiar i rannych. W posadach chwieje się zmurszały system, który nie jest już w stanie niczego zaproponować ponad 200 mln mieszkańców kraju.
Rozmiary szykującej się konfrontacji mogą przekroczyć skalę bratobójczego konfliktu wstrząsającego archipelagiem w połowie lat 60. W starciach, nagonce na komunistów i pogromach mniejszości chińskiej zginęło wtedy ponad pół miliona ludzi. Teraz zmobilizowane w Dżakarcie wielotysięczne oddziały policji i wojska z trudem stawiają czoło tłumom studentów i bezrobotnych, niezadowolonych z programu przemian, jaki przedstawiło Ludowe Zgromadzenie Doradcze. Organ ten jest zdominowany przez "przedstawicieli ludu" z mandatami z poręki skompromitowanego reżimu.
Indonezyjczycy chcą zerwania z demokratyczną fikcją, zdecydowanego ograniczenia roli wojska w polityce, śledztwa w sprawie korupcji elity rządzącej oraz uczciwych wyborów, które mają się odbyć w przyszłym roku. Społeczeństwo nie daje wiary zapewnieniom, że Suharto nie pociąga już za sznurki za kulisami wydarzeń. Nie zrezygnowano z żądań rozliczenia byłego silnego człowieka Indonezji. Wygląda na to, że dla uspokojenia tłumów były przywódca powinien stanąć przed trybunałem. Zdaniem protestujących, sprawca zamachu stanu z 1965 r. powinien odpowiedzieć na pytanie, co zrobił z miliardami dolarów "uciułanych" podczas sprawowania urzędu. Gniew tłumów zaostrza powszechne przekonanie, że aktualny szef państwa, Habibie, jest jedynie marionetką w rękach swego poprzednika.

Indonezyjczycy podejrzewają, że odsunięty w cień generał Suharto wciąż pociąga za sznurki indonezyjskiej polityki


Uczestnicy rewolty zdają sobie sprawę ze swej siły. Tym razem bowiem o zmiany zabiegają nie tylko studenci. Chcą ich również tłumy z dżakarckich slumsów, zdesperowane beznadzieją życia. Okupacja siedziby parlamentu w maju tego roku doprowadziła do dymisji nieusuwalnego - zdawałoby się - generała Suharto. Indonezyjski satrapa ustąpił ze stanowiska po 32 latach bezwzględnych rządów. W pierwszej fazie były one nawet korzystne. W latach 80. najludniejsze muzułmańskie państwo globu okrzyknięto gospodarczym
"tygrysem". Latem ubiegłego roku Indonezja popadła jednak w kryzys, którego końca nie widać. Upadek rupii i drożyzna sprawiły, że ponad połowa ludzi wegetuje poniżej progu ubóstwa. Na wysypiskach śmieci dużych miast przybyło poszukiwaczy resztek żywności, chodniki zaroiły się od żebraków, szerzy się prostytucja. Biedota tłoczy się w Sunda Kelapa, dżakarckim porcie, licząc na ziarna ryżu wysypujące się z worków podczas przeładunków. Na razie gospodarczej katastrofy nie udało się zahamować, mimo wysiłków i programów pomocy Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Tegoroczny spadek PKB może sięgnąć nawet kilkudziesięciu procent, zawracając Indonezję do stanu z początku lat 90. Tymczasem jeszcze niedawno prezydent Suharto zapowiadał, że za 20 lat Indonezja zyska status przemysłowego mocarstwa.
Kłopoty pogłębiają tendencje separatystyczne, m.in. na Sumatrze i w prowincji Aceh, gdzie jedynie autorytet Suharto osłabiał dotychczas lokalne ruchy. Nie ustaje też walka o samostanowienie Timoru. Charyzmatyczny przywódca Timorczyków Xanana Gusmao siedzi w więzieniu. Na dodatek ONZ wciąż przypomina władzom w Dżakarcie o tym, że ponad 30 lat temu zajęły Timor bezprawnie.
Wybuch rebelii w Indonezji spowodowałby zapewne destabilizację w całej Azji Południowo-Wschodniej, od półtora roku pogrążonej w ekonomicznej zapaści. Do niedawna bowiem wyspiarski kraj uchodził za ostoję stabilności i politycznego bezpieczeństwa, promieniującego na sąsiadów. Stany Zjednoczone, główny sojusznik Dżakarty w tamtym regionie świata, gorączkowo poszukują rozwiązań mogących zapobiec rozgardiaszowi i rozsypce ogromnego archipelagu. Rozlew krwi, dezintegracja Nusantary, dalsza pauperyzacja społeczeństwa mogą być pożywką dla muzułmańskiego fundamentalizmu, choć do tej pory w Indonezji, gdzie ponad 90 proc. obywateli wyznaje wiarę Allaha, nie było poważniejszych wystąpień ekstremistów.
Jusuf Habibie, znany do tej pory z nieudanych, kosztownych przedsięwzięć na rzecz budowy rodzimego przemysłu lotniczego, stanął przed gigantycznym zadaniem rozładowania napięcia. Nie chce go jednak zrewoltowana ulica, wiedząc, że jest człowiekiem starego reżimu. Rządy w Indonezji są niemożliwe bez poparcia wojska, bowiem tylko armia może utrzymać elementarny ład i integralność terytorialną ogromnego kraju. Tymczasem wśród generalicji wpływy Suharto są nadal duże. W ten sposób zamyka się zaklęty krąg polityki indonezyjskiej. Studenci nie mają zatem co liczyć na to, że ich żądaniom odsunięcia wojska od polityki sekundować będą lokalne ugrupowania nacjonalistyczne lub Waszyngton. Pozostaje im więc tylko stonowanie radykalizmu lub otwarte powstanie.

Więcej możesz przeczytać w 47/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0