Powrót bestii

Powrót bestii

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mike Tyson, najmłodszy w historii mistrz świata wagi ciężkiej, może wrócić na ring. Choć psychiatrzy utrzymują, że bokser wciąż ma wiele problemów neurologicznych, komisja sportowa stanu Nevada przywróciła mu licencję. Czy można wierzyć w kolejną przemianę osobowości Tysona? Czy potrafi on jeszcze w czystej walce odzyskać tytuł i utraconą fortunę?
Mike Tyson, najmłodszy w historii mistrz świata wagi ciężkiej, może wrócić na ring. Choć psychiatrzy utrzymują, że bokser wciąż ma wiele problemów neurologicznych, komisja sportowa stanu Nevada przywróciła mu licencję. Czy można wierzyć w kolejną przemianę osobowości Tysona? Czy potrafi on jeszcze w czystej walce odzyskać tytuł i utraconą fortunę?
Mike Tyson nie jest dżentelmenem jak Lennox Lewis, ogranicza się do krótkich stwierdzeń, że wychodzi na ring po to, by wbić rywalowi szczękę w mózg. I właśnie takiego Tysona chcą miłośnicy boksu. Przez szesnaście miesięcy pięściarz przepuścił 112 mln USD, a na dodatek ma jeszcze do zapłacenia 13 mln USD zaległych podatków. Jak mogło do tego dojść? Mówi się, że można wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getta z człowieka. Mike żył z dnia na dzień. Stałym punktem programu na przyjęciach w jego posiadłości w Farmington (stan Ohio) było rozdawanie z melonika kuponów z numerkami, każdemu przypisany był upominek. To zwyczaj praktykowany w wielu amerykańskich domach, ale tylko w Farmington gości obdarowywano wysadzaną diamentami biżuterią i mercedesami. Po podpisaniu lukratywnego kontraktu z MGM Grand w Las Vegas Mike wpadł do miejscowego sprzedawcy luksusowych samochodów, kupując tyle najdroższych modeli bentley azzure (po 300 tys. dolarów), ile w USA sprzedaje się przez sześć miesięcy. Fortuna zdobyta na ringu prysła błyskawicznie.
Mike Tyson ma dziś 32 lata. Nie walczył przez pięć z ostatnich ośmiu lat. Psychiatra Jeremy D. Schmahmann uważa, że bokser cierpi na nie kontrolowaną agresję, depresję, poczucie izolacji społecznej oraz brak właściwej oceny sytuacji. Czyli - w ocenie komisji sportowej - idealnie nadaje się na przyszłego mistrza świata wagi ciężkiej, gdyż kierując się właśnie taką diagnozą, jej członkowie przywrócili Tysonowi licencję bokserską.
Co prawda w narożniku upadłego mistrza nie ma już kryminalistów pokroju Johna Horne?a czy Rory Hollowaya (brał od Dona Kinga po 5 tys. USD za odwiedzanie Mike?a w więzieniu), jednak chwilowo zastępujący ich Muhammad Ali i Earvin "Magic" Johnson są tylko marionetkami mającymi poprawiać wizerunek boksera. To kolejny znakomity pomysł menedżera Shelly Finkela. Finkel musi jednak uważać, by nie przedobrzyć z tą reklamą, bo kogo będzie interesowała grzeczna Bestia? Zawodowy boks potrzebuje dziś złego Tysona, tak samo jak Tyson zawodowego boksu. Czy oznacza to, że ten sport nie zasługuje na inne gwiazdy?
- Boks za 50 lat umrze i stanie się tylko cyrkiem. Czas przestać oszukiwać kibiców. Co miesiąc powstają nowe organizacje, wmawiające co bardziej naiwnym, że to właśnie ich bokser jest mistrzem świata. To kłamstwa - grzmiał na niedawnej konwencji World Boxing Council w Johannesburgu jej prezydent, Jose Sulaiman. Tyle że narzekający na brak pięściarskiej moralności Sulaiman siedzi w kieszeni Dona Kinga i sam zasługuje na miano bokserskiego manipulatora.
Boks zawodowy to wielka polityka uprawiana niekoniecznie przez wielkich polityków. Zawsze podejrzewano, że nie wszystko rozstrzyga się na ringu. Wynik walki ustalano w zaciszu szatni. Faceci o włosko brzmiących nazwiskach ściskali sobie dłonie, brązowe aktówki z równo poukładanymi banknotami zmieniały właścicieli, a stojący na ringu trener szeptał pięściarzowi do ucha instrukcje, kiedy ma się przewrócić. Dziś tak już się nie postępuje, bowiem największe bokserskie stajnie Ameryki - Don King Productions (Floryda), Main Events (New Jersey) oraz Cedric Kushner Productions (Nowy Jork) - to grupa ludzi nie wymawiających nazwisk swoich rywali bez splunięcia, więc o jakimkolwiek "ustawieniu" walk nie ma mowy. Nie jest to możliwe także dlatego, że już nie płaci się z góry pieniędzmi przynoszonymi do hali w papierowych torebkach po drugim śniadaniu. Dzisiejszy boks zbudowany jest na potędze telewizji i jej sponsorów oraz na hojności kibiców siedzących przed telewizorami. Ci, którzy przychodzą do sali, prawie się nie liczą. - To, co zarabiamy na sprzedaży biletów, nie ma praktycznie znaczenia dla finansowego powodzenia przedsięwzięcia - mówi Dino Duva, szef promującej Andrzeja Gołotę firmy Main Events. - Nawet jeśli bilet kosztuje tysiąc dolarów.

Zawodowy boks potrzebuje dziś złego Tysona, tak samo jak Tyson zawodowego boksu


Skąd więc biorą się miliony wypłacane Tysonowi czy Holyfieldowi za kilkadziesiąt minut boksu? Duże znaczenie w tym biznesie mają kasyna w Las Vegas i Atlantic City. Ich właściciele oferują bokserowi 10 mln USD, ale równocześnie podwyższają ceny pokojów hotelowych z 75 USD na 250 USD, minimalne zakłady przy stołach do Black Jacka rosną niemal trzykrotnie, dzięki czemu mogą zarobić więcej, niż wydali. Kibic hazardzista przyjeżdża zwykle dzień przed walką, wyjeżdża dzień po, ma więc trzy dni na trwonienie pieniędzy.
Drugim, podstawowym źródłem finansowania Andrzeja Gołoty, Mike?a Tysona czy Evandera Holyfielda jest kibic sięgający po kartę kredytową i dzwoniący do centrali systemu płatnej telewizji pay-per-view. Ponieważ sponsorzy tacy jak Budweiser muszą podzielić wydatki reklamowe pomiędzy wszystkie dyscypliny sportu, a boks zawodowy wcale nie przeżywa w Stanach Zjednoczonych hossy, rosnące gaże bokserów pokrywają w dużej części kibice siedzący przed telewizorem. Ich udział w biznesie sięga 30 proc., ale specjaliści od marketingu sportowego twierdzą, że w ciągu najbliższych dwóch lat przekroczy połowę ogólnej sumy wypłacanej pięściarzom.
Ile wart jest dziś pas mistrza świata wagi ciężkiej? Wszystko zależy od tego, kto go nosi, o czym boleśnie przekonuje się Brytyjczyk Lennox Lewis. Dla przeciętnego widza jest on zupełnie nieciekawym gościem zza oceanu, który swój tytuł zdobył tylko dlatego, że w 1995 r. Riddick Bowe wyrzucił go do kosza. Spośród 300 tys. odbiorców pay-per-view, którzy wykupili walkę Lewis-Gołota, prawie 70 tys. chciało zobaczyć nieobliczalnego Polaka, a nie mistrza świata. Jeszcze wyraźniej było to widoczne we wrześniu, kiedy na walkę Evandera Holyfielda (mistrz świata WBA i IBF) z Vaughnem Beanem w Georgia Dome przyszło 41 tys. widzów, natomiast pojedynek Lennoxa Lewisa (mistrz świata WBC) z zagadkowym dla Amerykanów Chorwatem Zeljko Mavrovicem oglądało na żywo dziesięć razy mniej osób. Lou DiBella, dyrektor sportowy stacji HBO transmitującej walkę rozgrywaną w indiańskim namiocie rezerwatu w New England, zaciskając zęby, stwierdził, że połowę kibiców i tak stanowiły dzieci szamana. Lennox mówi ładnym, brytyjskim angielskim, nie przeklina, a co najgorsze, wydaje się mieć maniery dżentelmena. Może być więc mistrzem, ale fortuny takiej jak jego rywale nie zdobędzie.



Jerzy Kulej: - Powrót Tysona znów ożywił bokserski świat. Ten pięściarz przyciąga jak magnez, nie uprawia szermierki na pięści jak Muhammad Ali, ale uderza jak pocisk, bez sentymentów. Jest fenomenem, jakiego zawodowy boks nie będzie miał przez następne sto lat. Byłem nawet zdziwiony, że ludzie z tego biznesu, dysponujący dużymi pieniędzmi, pozwolili mu pójść do więzienia, wplątać się oskarżenia o gwałt i przerwać karierę. Brak Tysona na rynku wprowadził bałagan i pewien regres. Dziś po jego kolejnym powrocie znów można czekać na jego walkę z Evanderem Holyfieldem, która prawdopodobnie pobije finansowe rekordy. Andrzej Gołota powinien jeszcze poczekać, nawet gdyby mu dziś proponowano walkę z Tysonem, niech odmówi i jeszcze potrenuje, bo zdrowia nie można kupić za żadne pieniądze.

Andrzej Gołota : - Boks zawodowy jest taki jak inne dyscypliny sportowe w Ameryce - sterowany przez wielkie pieniądze, które trafiają tylko do wybranych. Najlepiej widać to na moim przykładzie - wystarczyło, że przegrałem jeden pojedynek, bym z elity otrzymującej za walkę miliony dolarów spadł do grupy pięściarzy walczących jedynie za tysiące. Zarobki nie przekraczające 50-60 tys. dolarów rocznie to dla wielu bokserów codzienność. Kiedy stoczę walkę z Tysonem? Nie tak prędko, jak się wydawało. Mike ma tyle długów, że na razie musi sam zarobić jak najwięcej, a rywalom płacić jak najmniej. Ja nie należę już do tanich przeciwników, więc muszę czekać. Jest jednak szansa, że się w końcu doczekam, gdyż Sholly Finkel, menedżer Tysona, jest związany także z innymi bokserami mojej stajni, więc być może w końcu będziemy mieli do siebie po drodze.
Więcej możesz przeczytać w 47/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0