Kartel Samarancha

Kartel Samarancha

Czy ruchowi olimpijskiemu grozi rozłam?
"Przysięgam na mój honor, że stając się członkiem MKOl, będę służył ruchowi olimpijskiemu z całych sił (...), pozostając poza wpływami politycznymi, handlowymi, bez żadnych uprzedzeń rasowych i religijnych". Ten fragment przysięgi, którą złożył każdy członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, brzmi dziś jak kiepski żart. - Oni powinni sprzedawać prawo do organizacji wielkich imprez oficjalnie, na licytacji - zaproponował jeden z rozgoryczonych Anglików, lansujących do niedawna kandydaturę Manchesteru jako organizatora letnich igrzysk w 2000 r.
Manchester miał pecha. W tym samym czasie sportowców chciał gościć Berlin, który robił co mógł, by zdobyć poparcie komitetu. Wynajął nawet specjalną agencję Olympia Marketing GmbH. Jej ówczesny szef Nikolaus Fusch odkrył, że miasta starające się o organizację igrzysk sporządzają specjalne listy, na których obok nazwisk członków MKOl wymieniane są ich upodobania. Trzymany początkowo w tajemnicy raport Fuscha dowodził, że zacne gremium rządzące symbolami olimpijskimi, hymnem i samymi igrzyskami to grupa degeneratów lubiących alkohol, drogie podarki i niekiedy wykazujących wyszukane preferencje seksualne.
Wizytujący stolicę Niemiec Antonio Samaranch mieszkał w hotelowym apartamencie, w którym noc kosztuje 3 tys. marek. Delegaci robili w domach towarowych zakupy bez pieniędzy i fundowali sobie na koszt gospodarzy drogie bilety lotnicze. Mimo to Berlin otrzymał zaledwie dziewięć głosów, a każdy z nich - jak obliczył magazyn "Der Spiegel" - kosztował miasto 27 mln marek. Rywalizację o najbliższe igrzyska wygrało ostatecznie Sydney, zdaniem krytyków - głównie dzięki 2 mln dolarów australijskich, jakie przekazano afrykańskim komitetom olimpijskim, dysponującym w MKOl kilkunastoma mandatami.
Czy właśnie w Australii - za ponad półtora roku - definitywnie zakończy się era nowożytnych igrzysk? Dokąd zmierza "sportowy rząd świata", który przez ostatnie lata swą przychylność sprzedawał za operacje plastyczne, sztuczne stawy kolanowe, leczenie wątroby w elitarnych klinikach, stypendia dla dzieci oficjeli, fundowane na prestiżowych uczelniach, wakacje z hostessami w luksusowych apartamentach czy też dofinansowywane zakupy w szwedzkich sklepach meblowych?
Choć wielu uważa, że wiek potężnej korupcji w światowym sporcie dopiero nadchodzi, istnieje niebezpieczeństwo, że sport w obecnym kształcie w ogóle do nowego stulecia nie dotrwa. Możliwy jest nawet rozłam w olimpijskiej rodzinie, co podminuje gigantyczny show-business związany z igrzyskami, ale olimpijskich idei ocalić raczej nie zdoła.
Największy skandal w historii olimpizmu sprowokował Marc Hodler, wiceprzewodniczący MKOl. Jego zdaniem, w ostatnich latach żadne miasto nie wygrało rywalizacji o igrzyska w czysty sposób. Szwajcar oskarżył Salt Lake City o kupienie głosów członków komitetu (na stypendia dla ich rodzin przeznaczono ponad 630 tys. dolarów). Mike Leavitt, gubernator stanu Utah, przyznał później, że ma dowody na to, iż pieniądze przekazywano nie tylko na prezenty, usługi lekarskie i naukowe stypendia, ale także na zaspokojenie potrzeb seksualnych niektórych członków MKOl. Hodler zaatakował również Sydney. Bruce Baird, były minister do spraw olimpijskich Nowej Południowej Walii, opowiadał później o nocach spędzanych przez gości w najlepszych hotelach, lotach helikopterami i wstrzymywaniu ruchu ulicznego na czas przejazdu oficjeli olimpijskich - wszystko to miało kosztować Komitet Organizacyjny Igrzysk w Sydney ponad 17,5 mln dolarów.
Juan Antonio Samaranch, kierujący komitetem olimpijskim od 1980 r., przekształcił go w gigantyczne przedsiębiorstwo. Kasa MKOl wypełniła się milionami dolarów - głównie za sprawą specjalnie stworzonej agencji marketingowej International Sport & Leisure, która wymyśliła program sponsorski TOP i pozyskała dla igrzysk pieniądze największych koncernów. Gdy do akcji włączyli się bogaci nadawcy telewizyjni z całego świata, było niemal pewne, że idee olimpijskie można włożyć między bajki. Na przekazywanie obrazu z ostatnich letnich igrzysk w Atlancie (najciekawsze konkurencje śledziło 3,5 mld widzów, czyli dwie trzecie ludności Ziemi) media wydały łącznie prawie 900 mln dolarów. Sieć NBC za relacje z igrzysk na najdroższym rynku amerykańskim zapłaciła 456 mln dolarów, co oznacza, że transmisje z miasta Coca-Coli były o 42 mln dolarów droższe niż relacje z Barcelony cztery lata wcześniej. Europejska Unia Nadawców, zrzeszająca telewizje publiczne na Starym Kontynencie, zapłaciła za przekaz z Atlanty nieco mniej - 250 mln dolarów (w tym wypadku cena proponowana przez MKOl wzrosła w ciągu czterech lat o 150 proc.).
Apetyty komitetu olimpijskiego rosły wraz rozwojem rynku mediów elektronicznych, reklamy i kodowanej telewizji. Za dwie zimowe i trzy letnie edycje igrzysk w latach 2000-2008 sieć NBC zapłaciła 3,5 mld dolarów. Nic dziwnego, zważywszy, że 30 sekund reklamy w programie olimpijskim kosztowało ostatnio 450 tys. dolarów, co w praktyce oznacza 200 mln USD czystego zysku dla stacji. Prawa do transmisji na rynku europejskim chciał przejąć magnat telewizyjny Rupert Murdoch, oferując 2 mld dolarów. MKOl jednak odrzucił ofertę Murdocha, nie chcąc drażnić sponsorów i kodować igrzysk w płatnych stacjach.
Czy członkowie komitetu, tworzący elitarny klub podstarzałych działaczy, często pochodzących z biednych krajów Afryki, Azji i Ameryki Południowej, mogli zarządzać tak wielkimi pieniędzmi i jednocześnie opierać się pokusie uzyskiwania dodatkowych, nielegalnych dochodów? Andrew Jennings, angielski dziennikarz, autor głośnych książek "Lords of the Rings" ("Władcy pierścieni") oraz "The New Lords of the Rings", dowodzi, że pierwszych przekupstw dopuszczono się już 40 lat temu, gdy Japończycy fundowali olimpijskim działaczom usługi tokijskich gejsz. Samemu Samaranchowi zarzuca faszystowskie korzenie i finansowe powiązania z twórcą potęgi Adidasa, Horstem Dasslerem, który miał pomóc markizowi w stworzeniu olimpijskiego targowiska bogatych firm. Na internetowych stronach Jenningsa można zobaczyć Samarancha klęczącego w towarzystwie generała Franco oraz pięć kół olimpijskich na łodziach podwodnych Trzeciej Rzeszy. Zdaniem Andrew Jenningsa, nadrzędnym celem przewodniczącego MKOl było w ostatnich latach uzyskanie dla swojej organizacji Pokojowej Nagrody Nobla. W tym celu miał nawet wynająć agencję, która dbała o jego wizerunek.
Przez lata wydawało się, że skoro Samaranch przetrwał tak ciężkie oskarżenia, zachował stanowisko i szacunek, już nic nie może mu przeszkodzić w budowaniu potęgi MKOl. Tymczasem skandal wywołany przez jego zastępcę Marca Hodlera sprawił, że żądania zmiany kierownictwa komitetu obiegły niemal całą światową prasę. "La Tribune de Geneve" wzywała na pierwszej stronie: "Do dymisji, Panie Samaranch". "Jedynym sposobem uratowania idei olimpijskiej jest odejście Samarancha" - wtórował jej londyński "The Times". Według francuskiego "Le Monde", w następnym stuleciu musi zostać stworzona nowa idea olimpijska, a Juan Antonio Samaranch nie da sobie z tym rady. Podobne opinie wyrażał niemiecki "Bild": "Aby ocalić igrzyska, trzeba powołać nowego szefa i zrobić prawdziwy porządek".
- Jeszcze niedawno zastanawiałem się, jak długo będzie trwał ruch olimpijski. Dawałem mu 20, najwyżej 25 lat, gdyż sytuacja w światowym sporcie zaczynała przypominać tę z czasów starożytnych igrzysk. Wówczas również panowało oszustwo, komercja, doping, a sportowa rywalizacja zamieniała się w popisy gladiatorów. Po ostatnich wydarzeniach wiele wskazuje na to, że koniec może przyjść znacznie szybciej, niż sądziłem - mówi Stanisław Stefan Paszczyk, szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego. - To, co się wydarzyło, nie mieści mi się w głowie. Paradoksalnie ta tragiczna dla ruch olimpijskiego sytuacja może się jednak przyczynić do wzmocnienia kandydatury Zakopanego. Jesteśmy nowymi uczestnikami tej gry, jesteśmy biedniejsi, mamy gorszą infrastrukturę, ale jesteśmy czyści. Być może teraz wzrok członków MKOl chcących uratować ruch olimpijski zatrzyma się na Tatrach - zastanawia się burmistrz Adam Bachleda-Curuś.
Miasta walczące o igrzyska i światowa opinia publiczna z niecierpliwością czekają na marcowy nadzwyczajny zjazd MKOl. Głosowaniu mają być wówczas poddane ostatnie decyzje dotyczące wykluczenia z komitetu olimpijskiego podejrzanych o korupcję działaczy oraz zmiany w procedurze wyboru organizatora igrzysk. O wszystkim decydować ma teraz grupa zaledwie 15 osób wybieranych w ostatniej chwili w tajnym głosowaniu. Czy jednak te kosmetyczne zmiany mogą uratować Samarancha i jego firmę? Wiele wskazuje na to, że człowiek, który uratował ruch olimpijski w czasach zimnej wojny, zjednoczył światowy sport po bojkotach igrzysk w Moskwie i Los Angeles, teraz pogrzebie własne sukcesy.


WOJCIECH LIPOŃSKI, wykładowca Międzynarodowej Akademii Olimpijskiej w Grecji, profesor UAM i AWF w Poznaniu

Olimpijski sport traci swoją wartość. To katastrofa, ogromny wstrząs nie tylko dla ludzi związanych ze sportem. Nie chodzi tu bowiem wyłącznie o same igrzyska, walkę miast chcących je organizować czy kupowanie głosów członków MKOl. To, co się stało, jest całkowitym sprzeniewierzeniem się głównym założeniom barona Pierre?a de Coubertina, propagującego wychowanie młodych pokoleń i olimpijską edukację. Igrzyska miały być tylko dopełnieniem, pewną manifestacją, stały się jednak celem samym w sobie. Komercjalizacja rozpoczęta na wielką skalę przez Samarancha doprowadziła do korupcji. Już 15 lat temu, cztery lata po objęciu przez markiza rządów w Lozannie, w publikacji "Oskarżam MKOl" krytykowałem komitet za to, że "zbyt słabo walczy o zachowanie idei olimpijskich". Dziś doprowadził do tego, że pieniądz nie jest już pomocny w rozwoju sportu, ale stał się prawdziwym olimpijskim dyktatorem. Nadchodzą czasy, kiedy na stadionach barwy narodowe zostaną wyparte przez kolory wielkich koncernów. W tej sytuacji nie wykluczam jakiegoś rozłamu w ruchu olimpijskim, być może nawet zorganizowania alternatywnych, "czystych" igrzysk, które pozwolą powrócić do korzeni.
Okładka tygodnika WPROST: 7/1999
Więcej możesz przeczytać w 7/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0