Toksyczna pułapka

Toksyczna pułapka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mieszkańcy USA mają prawo wiedzieć, jakie toksyny znajdują się w ich otoczeniu
W ciągu ostatnich trzydziestu lat liczba zachorowań na nowotwory w stosunku do liczby mieszkańców zwiększyła się w Stanach Zjednoczonych o 50 proc. Temu zagadnieniu poświęcono jedno z sympozjów na Kongresie Uczonych Amerykańskich w Anaheim (Kalifornia). Na spotkaniu zorganizowanym przez Amerykańskie Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Nauki (American Association for the Advancement of Science) niebezpieczne w naszym otoczeniu chemikalia potraktowano jako substancje wywołujące zmiany nowotworowe w komórkach ludzkiego organizmu.

Biolodzy mają dowody, że wiele syntetycznych substancji znajdujących się w powietrzu, żywności, wodzie czy glebie wywołuje raka u zwierząt doświadczalnych. Toksyny te muszą podobnie działać na ludzi, mamy przecież taki sam jak inne kręgowce materiał genetyczny (DNA), podobnie zbudowane białka i wiele analogicznych enzymów potrzebnych do przemiany materii. Dla toksykologów nie jest jednak oczywiste, że wyniki doświadczeń na zwierzętach można odnosić do ludzi. - W badaniach laboratoryjnych na myszach czy szczurach stosuje się dużą ilość kancerogenów - w rezultacie niemal wszystkie zwierzęta cierpią na nowotwory. Nie wiadomo, czy mniejsze dawki, na które narażeni są ludzie, również działają kancerogennie - twierdzi uczestniczący w sympozjum dr Christopher Schonwalder z Narodowych Instytutów Zdrowia. - Informacje dotychczas dostarczane przez naukowców nie pozwalają jednoznacznie określić przyczyn nowotworów. W Stanach Zjednoczonych wydaje się 150-300 mld dolarów rocznie na kontrole syntetycznych chemikaliów i ocenę ich wpływu na zdrowie ludzi. W eksperymentach najczęściej bierze się jednak pod uwagę tylko jeden produkt chemiczny bądź wybrany związek toksyczny. Zbadanie równoczesnego oddziaływania wielu różnych substancji syntetycznych na organizm zwierzęcy, a tym bardziej na ciało ludzkie, przerasta nasze możliwości. Mimo że dysponujemy tak olbrzymimi środkami, musimy - niestety - przyznać, iż w praktyce nie potrafimy ich wykorzystać we właściwy sposób. Stosujemy przesadne ograniczenia, jeśli chodzi o wprowadzanie na rynek poszczególnych produktów chemicznych albo nie kontrolujemy większości z nich, bo nie mamy wystarczających informacji, by zrobić to dobrze - kontynuował dr Schonwalder.
Na jego wypowiedź natychmiast zareagowało kilku uczestników seminarium. Zdaniem dr Devry Davis z World Resources Institute (Instytutu Światowych Zasobów Naturalnych), znaczny wzrost zachorowań na raka stwierdza się w rejonach silnie skażonych chemicznie: w uprzemysłowionej północno-wschodniej części atlantyckiego wybrzeża USA, w rejonie Wielkich Jezior i u ujścia Missisipi. - Zwiększona ilość syntetycznych chemikaliów w otoczeniu przyczynia się do wzrostu liczby zachorowań na nowotwory nerek, mózgu, żołądka, krwi i wielu innych - argumentowała dr Davis.
Na początku stulecia na raka piersi chorowała w Stanach Zjednoczonych jedna na 40 kobiet, dziś - jedna na osiem. Nie jest to spowodowane dziedzicznymi mutacjami w chromosomach, bo tylko co dziesiąta z chorujących urodziła się z defektem genu sprzyjającym powstawaniu nowotworu. Natomiast córki kobiet, które przeniosły się do USA z krajów o znacznie niższej zachorowalności na raka piersi, na przykład z Japonii, zapadają na niego tak często jak Amerykanki. To samo zjawisko dotyczy kobiet emigrujących z Afryki czy Azji do Izraela. Po trzydziestu latach odsetek emigrantek chorujących na raka piersi jest równie wysoki jak wśród Amerykanek. W populacji kobiet urodzonych w Stanach Zjednoczonych w latach 1947-1958, czyli w dekadzie, kiedy po raz pierwszy w historii ludzkości wprowadzono dziesiątki tysięcy syntetycznych substancji chemicznych, notowano trzykrotnie więcej zachorowań na raka piersi niż u ich babek, gdy były w tym samym wieku. Według Światowej Organizacji Zdrowia, ok. 80 proc. nowotworów wywołuje szkodliwe oddziaływanie środowiska.


100 milionów obywateli USA oddycha powietrzem, którego skażenie przekroczyło dopuszczalne normy

- Badania epidemiologiczne mogą jedynie wykazać, że w miejscach, gdzie ludzie są bardziej narażeni na kontakt z toksynami w powietrzu, żywności czy wodzie, stwierdza się więcej zacho- rowań na nowotwory. Nie mogą jed- nak udowodnić, że jedno jest przyczyną drugiego - bronił swego stanowiska dr Schonwalder.
- Z pewnością wie pan, jak katastrofę zdefiniował słynny bostoński epidemiolog. Otóż jest to wydarzenie o tak monstrualnych rozmiarach, że nawet epidemiolog musi ją zauważyć. A stan naszego środowiska w wielu rejonach nie jest daleki od katastrofalnego - stwierdził kolejny dyskutant. Jak wynika z danych rządowej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), ok. 100 mln obywateli USA oddycha powietrzem, którego skażenie przekroczyło dopuszczalne normy, a w 34 proc. wody pitnej znajduje się przemysłowy rozpuszczalnik trójchloroetylen o działaniu kancerogennym. Narodowa Rada ds. Nowotworów stwierdziła niedawno, że dopuszczalne normy skażenia żywności pestycydami są zbyt wysokie dla dzieci i noworodków. W tkankach tłuszczowych większości Amerykanów jest tyle zmagazynowanych pestycydów (chemicznych trucizn używanych w rolnictwie do tępienia insektów i chwastów), że zdrowotne skutki odchudzania stają się wątpliwe. Wraz ze zmniejszeniem pokładów tłuszczu zawarte w nim toksyny przechodzą do krwi. W krwi osób odchudzających się pod opieką prof. Roya Walforda, patologa z Uniwersytetu Kalifornijskiego, stężenie insektocydów po kilku miesiącach surowej diety wzrosło pięciokrotnie - z ośmiu do czterdziestu molekuł DDE (pochodnych DDT) na miliard molekuł krwi. - Te dane pokazują, że gdy powszechne stało się skażenie organizmów ludzkich środkami trującymi insekty, intensywne odchudzanie się może być szkodliwe, bo zwiększa poziom substancji trujących we krwi - podsumował prof. Walford.
W surowicy krwi rybaków amatorów łowiących na Wielkich Jeziorach na pograniczu USA i Kanady stężenie toksyn pochodzących z fenoli wykorzystywanych do wyrobu tworzyw sztucznych i barwników oraz z produktów rozpadu DDT jest tak wysokie, że naukowcy mogli sporządzić wykres zależności między liczbą posiłków z ryb a koncentracją trucizn chemicznych w ciałach rybaków. Im więcej zjedli ryb, tym więcej DDT i fenoli stwierdzano w ich organizmach.
W 25 proc. mleka karmiących mieszkanek Stanów Zjednoczonych jest tyle substancji pochodzących z rozpadu fenoli, że gdyby potraktowano je jako produkt handlowy, nie nadawałoby się do sprzedaży. Fenole trudno usuwa się z tkanek. Zauważono jednak, że w ciele karmiącej znacznie obniża się ich stężenie. Oznacza to, że zmagazynowane toksyny przechodzą z ciała matek do ciał dzieci. - Ostatnie badania laboratoryjne pokazują, że jest to szczególnie niebezpieczne - mówiła dr Sandra Steingraber, biolog z Uniwersytetu Illinois. Narażenie płodu, niemowlęcia czy dziecka w pierwszych latach jego życia na działanie kancerogennych chemikaliów może - podobnie jak specjalne lustro - powiększać skutki następnych kontaktów z toksynami. Człowiek może być bowiem bardziej podatny na nowotwory, jeśli w dzieciństwie był wystawiony na działanie niewielkiej ilości "substancji ryzyka". Wczesny kontakt ze szkodliwymi chemikaliami zmienia sposób reakcji układu immunologicznego na kancerogeny, deformuje działanie enzymów, które powinny unieszkodliwiać przedostające się do organizmu toksyny. Prawdopodobnie również takie zmiany przyczyniły się wzrostu odsetka dzieci chorych na nowotwory - w latach 1950-1990 zwiększył się o 30 proc. Podejmowane są heroiczne wysiłki, by ratować je przed śmiercią. Umieralność na raka wśród dzieci i nastolatków zmniejszyła się w tym czasie niemal o połowę, ale z każdym rokiem przybywa małych pacjentów, u których stwierdza się nowotwór.
Od niedawna dzięki prawu zwanemu Community - right - to know - law każdy mieszkaniec Stanów Zjednoczonych ma prawo wiedzieć, jakie toksyny znajdują się w jego otoczeniu: powietrzu, glebie i wodzie. Wykaz syntetycznych chemikaliów znajdujących się w wodzie z kranu dostaje razem z rachunkiem za jej zużycie. Więcej danych może uzyskać w gminie, merostwie czy Agencji Ochrony Środowiska, udając się tam osobiście lub wykorzystując Internet. Inne przepisy sankcjonują prawo mieszkańców danej gminy do informacji, jakie substancje chemiczne są wypuszczane do powietrza, wody i gleby przez miejscowe fabryki, co znajduje się na składowiskach odpadów. Przez czterdzieści lat przemysł traktował te informacje jako poufne. Wraz z wprowadzeniem tych praw założono Rejestr Substancji Toksycznych trafiających do środowiska. Producenci szkodliwych dla zdrowia chemikaliów zobowiązani zostali do nadsyłania do rządu federalnego dokładnych raportów dotyczących kilkuset toksyn.
Taki pakiet praw wymusiły grupy ochotników, których przeraził wzrost zachorowań na raka w ich rodzinach i sąsiedztwie. Mieszkanki Long Island, zaniepokojone tym, że w ich regionie odsetek kobiet chorych na raka piersi jest o 20 proc. wyższy niż w całym stanie Nowy Jork, skłoniły Departament Zdrowia do rozpoczęcia rozległych badań. Dzięki aktywistom z Cape Cod bostońscy naukowcy wykonali epidemiologiczne testy, które wykazały skażenie wody gruntowej dostarczanej do niemal wszystkich domów półwyspu. Okazało się, że w Los Angeles wiele dzieci chorych na raka mózgu było narażonych w okresie życia płodowego i karmienia piersią na działanie dużych dawek pestycydów. Na przeprowadzenie niemal każdego lokalnego badania w tzw. strefach śmierci (regionach o wyraźnie zwiększonej zachorowalności na nowotwory) wpłynęły naciski społeczne. Dlatego niezależnie od dyskusji poświęconej interpretacji wyników badań ten nurt aktywności społecznej ma szanse odwrócić ponury bieg wypadków. Nadzieje może budzić również to, że po raz pierwszy w tym stuleciu wzrost zachorowalności na niektóre nowotwory został w ostatnich latach zahamowany.
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0