Sojusz przeciwko postępowi

Sojusz przeciwko postępowi

Blokady dróg, strajki, demonstracje, pikiety, a przede wszystkim zapowiedzi dalszych tego rodzaju działań coraz wyraźniej wpisują się w krajobraz III Rzeczypospolitej
Warto więc chyba zapytać, o co w tym wszystkim chodzi, jak mówił w swoim słynnym przemówieniu minister Beck. Z całą pewnością problemy przeludnionej wsi i rolnictwa nie wytrzymującego konkurencji z producentami dotowanej żywności w Europie Zachodniej są problemami realnymi. Na ten stan rzeczy nakładają się: światowy spadek cen żywności, coraz wyraźniej rysująca się dekoniunktura gospodarcza, słabość rynku wschodniego, na którym przegrywamy konkurencję z dotowanymi producentami żywności z Europy Zachodniej, wreszcie niekorzystne umowy gospodarcze podpisane przez rządy poprzedniej koalicji SLD-PSL - w ich efekcie Polska musi importować znaczną ilość żywności.

Można powiedzieć, że dla rolnika ważne jest przede wszystkim to, aby mógł z jakimś względnie przyzwoitym zyskiem sprzedać produkty swojej pracy, a sytuacja, gdy ceny czynią produkcję nieopłacalną, stanowi uzasadnienie protestu. W końcu chłop nie musi się znać na ekonomicznych zawiłościach. Ale można powiedzieć również, że w podobnej sytuacji znajduje się wiele prywatnych firm, producentów, dużych zakładów, na przykład przemysłu zbrojeniowego, sklepikarzy, właścicieli hurtowni itp. Gdyby każdy z nich domagał się od państwa kupowania swoich produktów i zaczął blokować drogi, doszłoby do załamania całej gospodarki. Można dodać, że w bardzo trudnej sytuacji znajdują się pracownicy sfery budżetowej, wielu emerytów i rencistów, młodzież poszukująca pracy, mieszkańcy małych miasteczek, rodziny wielodzietne.
I jeszcze przypomnieć, że firmy importujące żywność często są politycznie powiązane z organizatorami protestów i ugrupowaniami domagającymi się wstrzymania importu.
Dramatyczna jest sytuacja wielu grup zawodowych. Trudno jednak oczekiwać, by po 45 latach rządów komunistów i jeszcze dodatkowych czterech latach nieudolnych i skorumpowanych rządów postkomunistów sytuacja była dobra. Ponadto ci, którzy najostrzej dziś protestują, domagając się pieniędzy, poprawy warunków, zmian i reform, niedawno sami sprawowali władzę i mogli wszystkie niezbędne reformy wprowadzić w życie. Na czele niezadowolonych stoją z reguły byli działacze PZPR, aktywni postkomuniści, zawodowi organizatorzy strajków, jak panowie Zaborowski, Serafin, Lepper, Maksymiuk, Wiaderny, Kisieliński i paru innych z Leszkiem Millerem w tle. Organizatorom strajków dokładnie te same nie rozwiązane problemy nie przeszkadzały, gdy władzę sprawowali postkomuniści. Tak więc motyw obecnych protestów jest stricte polityczny. Mamy kolejną odsłonę realizacji planu powrotu do władzy postkomunistów, który z właściwą sobie szczerością, taktem i precyzją sformułował przewodniczący SdRP Leszek Miller - "wiosna nasza".

Ci, którzy najostrzej dziś protestują, niedawno sami sprawowali władzę i mogli niezbędne reformy wprowadzić w życie

John Kennedy, cokolwiek o nim sądzić, był autorem ładnej nazwy "sojusz dla postępu", oznaczającej współpracę państw Ameryki Łacińskiej i Stanów Zjednoczonych. W wypadku Polski możemy mówić o sojuszu przeciw postępowi, sojuszu taktycznym, utworzonym przez postkomunistów, frustratów, ambicjonerów oraz tych wszystkich, którzy nie mają najmniejszych szans na powrót do życia politycznego poprzez zwycięstwo wyborcze. Jest to sojusz politycznych nieboszczyków ustawiających się po raz kolejny w kolejce do galwanizacji. Obok Janusza Korwin-Mikkego widzimy żerującego zawsze na kłopotach AWS Adama Słomkę, swoje oświadczenia wydaje polityczny plankton, uaktywnił się - nie bardzo chyba rozumiejący polityczny sens tego, co się dzieje - ks. Paleczny, itp. Ale istotnym i decydującym elementem tego sojuszu są oczywiście postkomuniści. Nie jest w chwili obecnej do końca jasne, czy Andrzej Lepper jest tylko i wyłącznie ich narzędziem, czy też ma własne polityczne ambicje i cele. Jeden cel udało mu się już z pewnością osiągnąć - stał się bohaterem sezonu. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju powtórki z tymińszczyzny, tym razem w gorszym chyba, bardziej agresywnym wydaniu. Mimo wszystko Stan Tymiński zdobył w demokratycznych wyborach ponad 20 proc. głosów, Andrzej Lepper dotychczas uzyskiwał w wyborach prezydenckich lub parlamentarnych jedynie śladowe poparcie wyborców. Jego działania, a przede wszystkim zapowiedzi działań, stanowią wyraźne wyzwanie dla demokratycznego państwa, są przejawem agresji i arogancji, wyrazem pogardy dla jakichkolwiek praw ekonomii, efektem komunistycznego wychowania, u którego podstaw leży przekonanie, że za pomocą siły można kierować gospodarką.
Stan Tymiński był jednym z elementów "farsowej strony ludzkiej niedoli", jak prof. Leszek Kołakowski trafnie nazwał filozofię marksistowską. Tak samo raczej farsą niż zagrożeniem realnym pozostanie wódz Samoobrony. Chociaż należy pamiętać, iż "w czasie kryzysu zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że pojawią się ludzie, którzy ogłoszą, że są mądrzy, znają odpowiedzi na wszystkie pytania i mogą przynieść wszystkim zbawienie" (Laurence Rees, "Naziści, ostrzeżenie historii", Warszawa 1998 r.). Ale III Rzeczpospolita to nie Republika Wei- marska. I jest tylko pytanie: czy rolę herzoga Jerzego (pogromca chłopskiej rebelii w Niemczech w XVI w., która miała religijne podłoże) odegra w Polsce Leszek Balcerowicz, gdyż najwyraźniej nikt inny nie ma na to ochoty?


Realizowany dziś plan powrotu do władzy postkomunistów nie ma szans powodzenia

Wprowadzając cztery niezbędne i dawno spóźnione reformy, koalicja AWS-UW brała pod uwagę ich społeczne i polityczne koszty. Każda reforma jest bowiem przeprowadzana dla kogoś i przeciwko komuś. Jak mówił Roman Dmowski, "w polityce zawsze trzeba iść z częścią rodaków przeciwko drugiej części". Chodzi o to, by ta część, z którą się idzie, była większa, by po jej stronie była racja, patriotyczna, a nie egoistyczna motywacja, program rozwoju. Każda reforma oznacza pewien stan przejściowy związany z jej uruchomieniem i wprowadzeniem, a argumenty krytyków reformy ustrojowej państwa są dokładnie takie same, jakie były formułowane pod adresem reformy samorządowej z 1990 r. Często też przez tych samych ludzi. 1999 r. jest pierwszym od kilku lat rokiem, w którym nie ma wyborów; w następnym mamy wybory prezydenckie, a potem parlamentarne. Wprowadzanie reform nie zderzy się więc z kampanią wyborczą. Jest to zatem w założeniu rok pewnego uspokojenia, wyciszenia nastrojów, rok, po którym działania rządu i rządzącej koalicji będą poddane ocenie wyborców. Koalicja zakładała pewien przejściowy spadek popularności związany z początkowym stadium realizacji reform i poprawę nastrojów, gdy pozytywne efekty tych zmian będą widoczne. Podobnie było w wypadku reformy samorządowej. Ponieważ sukces reform będzie politycznym sukcesem koalicji i rządu, przekładającym się na rezultaty wyborcze, mamy do czynienia z próbą uniemożliwienia realizacji takiego scenariusza przez postkomunistów i ich politycznych sojuszników. Próbą nieudaną, albowiem zbyt agresywne, antyspołeczne i egoistyczne jest zachowanie przegranych polityków, aby mogli liczyć na szersze poparcie społeczne. W dodatku wyhodowanie Leppera już przynosi efekty negatywne dla PSL.
Młoda polska demokracja, w dodatku pełna kompleksów po okresie komunizmu i w znacznym stopniu na gruzach komunizmu ufundowana, niezbyt dobrze radzi sobie z takimi fenomenami, jak wybryki panów Świtonia i Janosza na żwirowisku, specyficzne chamstwo lidera
Samoobrony, ekscesy podczas niektórych manifestacji, korupcja, zorganizowana przestępczość, pornografia i skrajna powolność skrzyżowana z nieudolnością wymiaru sprawiedliwości. Ale jest już wystarczająco silna, aby nie być wobec nich całkowicie bezradną. I dlatego scenariusz Leszka Millera, którego realizację mamy okazję obserwować, pozostanie jedynie jeszcze jednym przykładem nieudanego zamierzenia. Może zostanie to nazwane przez historyków kolejną (tym razem w warunkach postkomunizmu) powtórką na przykład majowego błędu KPP lub czegoś w tym rodzaju. W końcu historia ruchu komunistycznego z samych w gruncie rzeczy błędów, pomyłek i sekciarskich odchyleń się składa.
W obraz społecznych protestów jest wpisany pewien nurt, który wprawdzie występuje zawsze, lecz w takim kontekście ulega szczególnemu nasileniu. Jest to nurt jakiegoś trudnego do racjonalnego wytłumaczenia politycznego i obyczajowego kretynizmu. Autor pojęcia politycznej dekretynizacji, od dłuższego czasu wiernie służący postkomunistom, Aleksander Małachowski, był łaskaw napisać: "Pełnia władzy dla prawicy zawsze kończy się totalitarnymi rozwiązaniami ustrojowymi. Mówię o tym, krzyczę, wołam głośno i nie zawsze aksamitnymi słowami, choć całe to zagrożenie nie dotyczy mnie bezpośrednio. Mój dzień ma się ku zachodowi i jest mi obojętne, czy zginę z rąk prawicowych siepaczy, czy z samego upływu czasu, za sprawą daty urodzenia" ("Przegląd Tygodniowy" z 11 grudnia 1998 r.). Nie warto tego chyba komentować, można jedynie przypomnieć, że prawicowymi siepaczami, obozami koncentracyjnymi, dyktaturą ZChN i piekłem kobiet pan Małachowski, a także kilka innych osób, między innymi pp. Środa, Stanosz, Szyszkowska, Podemski, Jakubowska, straszą bądź straszyli od prawie dziesięciu lat.
Przy okazji blokad dróg zdaje się, że Jarosław Kalinowski pierwszy, a za nim kilku innych przywódców i beneficjentów tego protestu zapowiedziało - po swoim powrocie do władzy - objęcie przywilejami kombatanckimi uczestników tych blokad. Jest to obelga, nie wiem, czy świadoma, wobec ludzi, którzy z narażeniem życia walczyli o wolną i niepodległą Polskę z nazistowską i komunistyczną dyktaturą. Jest to przejaw nie tylko historycznej ignorancji, lecz także szczególnego braku wyczucia, taktu, kultury. Ale jest to coś więcej. Przede wszystkim triumf cynizmu stającego się dla niektórych półoficjalną ideologią III RP. Nie tak dawno wracających z amerykańskiego więzienia "bohaterów" afery karabinowej witał transparent "USA = ZSRR". Każdy ma takich kombatantów, na jakich zasługuje.
Okładka tygodnika WPROST: 9/1999
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0