Szkoła oporu

Szkoła oporu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy strajki nauczycieli zniweczą reformę edukacji?
"Najsłabszym ogniwem reformy edukacji są nauczyciele" - stwierdził minister edukacji Mirosław Handke. Prezydent Aleksander Kwaśniewski wprawdzie podpisał już ustawę o zmianie ustroju szkolnego, która zacznie obowiązywać od 1 września, "najsłabsze ogniwo" dotychczas nie zostało jednak wzmocnione. - Niechęć pedagogów blokuje przepływ informacji. Niektórzy dyrektorzy po otrzymaniu pakietu informacyjnego po prostu wrzucili go do kosza, nie zwołując nawet rady pedagogicznej - mówi rzecznik MEN Anna Kryś-Dyja.
Według szacunkowych danych, w przyszłym roku pracę straci 3 proc. nauczycieli. Urzędnicy ministerstwa uważają, że nie jest to cena, jaką trzeba zapłacić za reformę, lecz następstwo niżu demograficznego. Pedagodzy są innego zdania: w piśmie skierowanym do premiera Jerzego Buzka zarząd ZNP domaga się m.in. podwyżek płac, utrzymania praw zawartych w Karcie Nauczyciela, przywrócenia wcześniejszej emerytury i osłon socjalnych dla zwalnianych pracowników. Czy jeśli żądania te nie będą spełnione, nauczyciele - wzorem lekarzy - zastrajkują już w maju, czyli podczas matur, a potem we wrześniu i październiku? Czy samorządy będą miały dość pieniędzy na finansowanie szkół średnich? Czy w szkołach zapanuje podobny chaos, jak obecnie w szpitalach?
- Jest oczywiste, że część nauczycieli straci pracę. Wielu z nich ma wyższe wykształcenie i po prostu szkoda to marnować. Powinni oni otrzymać, wzorem górników, odprawy osłonowe w wysokości 12 tys. zł, czyli średnich rocznych pobo- rów - postuluje prezes ZNP Sławomir Broniarz. - Niemal 90 proc. wydatków na oświatę pochłaniają pensje. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że średnia płaca wynosi 1000 zł, od razu widać, z jaką mizerią mamy do czynienia. MEN nie przewiduje w nowym roku szkolnym podwyżek płac dla nauczycieli - poza rekompensującymi inflację. O podwyżkach można będzie mówić, gdy zatwierdzone zostaną zmiany w Karcie Nauczyciela, wprowadzające nowy system awansowania, zaś MEN uzyska gwarancje ministra finansów. W okresie przejściowym można jedynie liczyć na tzw. podwyżki dopingujące dla osób "najbardziej zorientowanych w reformie". Kością niezgody między twórcami reformy a pracownikami oświaty jest sposób awansowania nauczycieli. Dotychczas w tym zawodzie obowiązywała selekcja negatywna, w szkole - wyłączywszy liczne grona pedagogów z zamiłowania i powołania - pracowały często osoby nie potrafiące znaleźć lepiej płatnej posady. Fachowiec z trzydziestoletnią praktyką mógł zarobić zaledwie 30 proc. więcej niż początkujący nauczyciel. Od nowego roku szkolnego ma obowiązywać system selekcji pozytywnej: bardzo dobrzy nauczyciele szybko awansują, przeciętni - dłużej pozostaną na tym samym stanowisku (nauczyciela kontraktowego, nauczyciela specjalisty lub nauczyciela dyplomowanego). O awansie decydowałyby kwalifikacje, twórcze podejście do zawodu, umiejętność nawiązania kontaktu z młodzieżą. Hierarchia zawodowa znajdowałaby odzwierciedlenie w płacach - profesor oświaty ma zarabiać trzy razy tyle, ile stażysta. Środowiska nauczycielskie zareagowały bardzo szybko. "Niektóre propozycje MEN odczytujemy jako propozycje totalnej weryfikacji. Część nauczycieli odpadnie, bo nie pasuje do obowiązującej koncepcji idealnego pedagoga lub nie wyznaje odpowiedniej ideologii" - stwierdził Jan Zaciura, były prezes ZNP. Ewa Hromadzka, łódzka nauczycielka, zauważyła: "Nikt już nie dyskutuje, czy reforma jest dobra, czy średnio dobra, po prostu wielu nauczycieli jej nie chce". Lata realnego socjalizmu nauczyły nauczycieli braku samodzielności i posłuszeństwa, wykształciły pokolenie ludzi, którzy zamiast realizować pedagogiczne pasje, bez mrugnięcia oka przepisywali co roku te same rozkłady materiału z "Biuletynów Kieleckich".
Podczas 37. Krajowego Zjazdu ZNP Leszek Miller, Jarosław Kalinowski, Marek Pol i Piotr Ikonowicz udzielili ZNP poparcia, a koalicję AWS-UW skrytykowali za niskie płace nauczycieli. Prezes Broniarz stwierdził zaś, że ZNP może być "cenną panną na wydaniu" dla wszystkich ugrupowań lewicowych. - Zgadzamy się z koniecznością reformy, ale nie z jej kształtem. Przede wszystkim nie odpowiada ona na pytanie, o jakiego absolwenta nam chodzi. Nie wiemy też, czy państwo na nią stać, szczególnie w sytuacji, gdy wprowadzane są trzy inne reformy. Samorządy nie dysponują odpowiednimi środkami, a przejęcie szkół dwa lata później, niż przewidywano tylko wyszło im na dobre - przekonuje prezes ZNP.
- Wbrew pozorom problemem nie są płace, lecz to, że nie ma w Polsce dobrych szkół kształcących nauczycieli. W większości z nich już na wstępie dokonuje się zbyt wąskiej specjalizacji - mówi Krzysztof Pawłowski, rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Reforma MEN adresowana jest przede wszystkim do ucznia. Kształcenie nauczycieli zaś zaniedbano, przyznając jedynie granty dla instytucji zajmujących się podnoszeniem ich kwalifikacji zawodowych. W co trzecim województwie nie ma jednak nikogo, kto by się tym zajmował. Czy pedagodzy zdołają zatem udźwignąć ciężar reform? Z badań prof. Aleksandra Nalaskowskiego ("Nauczyciele z prowincji u progu refor- my edukacji") wynika, że 40 proc. nauczycieli nie czyta prasy codziennej, 88 proc. nie zagląda do fachowych pism, przeglądając raczej "Tinę", "Bravo" i "Claudię". Nauczyciele, wypełniając ankietę, popełniali błędy ortograficzne. Większość nie miała pojęcia, co to jest konkordat, proces legislacyjny czy alternatywa, bezbłędnie rozszyfrowując jednak skróty wywodzące się z dawnego ustroju (PZPR, PRL).
Od pierwszego września zaczną obowiązywać nowe programy, a obecni szóstoklasiści rozpoczną naukę w pierwszej klasie gimnazjum. Edukacja w szkole podstawowej będzie trwała sześć lat i zostanie zakończona tzw. sprawdzianem kompetencji. Po trzyletnim gimnazjum uczeń zdawałby egzamin selekcyjny, a jego wynik decydowałby o przyjęciu do liceum profilowanego bądź szkoły zawodowej. Po maturze można będzie podjąć studia magisterskie, licencjackie lub zawodowe bądź uczyć się w kolegium czy szkole policealnej. Z programu podstawówek zniknie akademicki podział na przedmioty, a wiedzę będzie można przyswajać poprzez tzw. bloki programowe.
W 1998 r. zlikwidowano prawie 300 szkół, a po wprowadzeniu zmian z pewnością nasili się migracja nauczycieli. W kwietniu szkoły powinny przedstawić listy swoich przyszłych pracowników. Irena Dzierzgowska, wiceminister edukacji, przekonuje jednak, że dzięki temu, iż nauka będzie trwała rok dłużej, mniej osób straci pracę. - Nie spodziewamy się nauczycielskiej rewolty podobnej do protestu lekarzy czy rolników, bo reforma będzie procesem - nie rewolucją. Tworzenie sieci gimnazjów powinno się zakończyć za trzy lata, w niektórych wypadkach może jednak trwać nawet pięć lat - uspokajają pracownicy ministerstwa.
Tymczasem nauczyciele zrzeszeni w ZNP domagają się rozważenia swoich postulatów do połowy marca. W wypadku odrzucenia żądań drogi raczej nie zostaną zablokowane przez sfrustrowanych pedagogów, ale zawsze mogą oni posłużyć się metodą "biernego oporu" czy nieposłuszeństwa obywatelskiego. Tak było dwa lata temu, kiedy nauczyciel ze Śremu odmówił wystawienia ocen końcowych uczniom, protestując w ten sposób przeciwko polityce finansowej rządu. Na tym nie musi się jednak tym razem skończyć: protesty górników, rolników i lekarzy pokazały bowiem, że paraliżowanie newralgicznych dziedzin gospodarki i państwa - a taką jest też edukacja - zmusza rząd do ustępstw.
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0