Śmiechu warte

Śmiechu warte

Dodano: 
Koniec ery polish jokes
Słynny antypolski wyskok Teda Turnera, założyciela CNN, obecnie wiceprezesa Time Warner Inc., przypomniał Ameryce o polish jokes, czyli gatunku dowcipów, które w Stanach Zjednoczonych wydawały się od pewnego czasu nieodwołalnie zanikać. Jedynym krajem, gdzie żarty degradujące Polaków (Polenwitze) są nadal żywotne, pozostają Niemcy.

Humor wyszydzający Polaków obecny jest w USA od dawna, a Polacy w tym wieloreligijnym, wielokulturowym kraju nie są jedyną grupą etniczną, która padała ofiarą niewybrednych żartów. Wcześniej naśmiewano się z Włochów, Żydów i Murzynów. Niemal tak długą historię jak USA mają tamtejsze dowcipy o Irlandczykach, a w związku z tym również dotyczące katolików (w Stanach Zjednoczonych trzon społeczeństwa stanowiła przecież protestancka elita).
Polacy - jak wynika z ostatniego spisu powszechnego, przeprowadzonego w roku 1990 - są najliczniejszą grupą etniczną w USA. Ofiarami żartów stają się jednak nieporównanie częściej niż inne mniejszości. Zdaniem prof. Danuty Mostwin, socjologa i pisarki pracującej w Stanach Zjednoczonych, poruszenie, jakie wywołuje wśród Polonii tego typu humor, nie jest bynajmniej objawem przewrażliwienia narodowego. - Kiedy poprosiłam wybitną amerykańską antropolog prof. Margaret Mead o scharakteryzowanie różnych grup mieszkających w Stanach Zjednoczonych, dowiedziałam się, iż Żydzi są nacją bardzo zmienną, bo wciąż musieli się dostosowywać do najróżniejszych warunków, Rosjanie mają skłonność do idealizowania Rosji przedrewolucyjnej, a Polacy wykazują wprawdzie ogromną lojalność wobec amerykańskiego systemu politycznego, ale zawsze pozostają Polakami. Oznacza to, że przenoszą do Stanów Zjednoczonych z ojczystego kraju głównie swoją tożsamość narodową i bardzo niechętnie się jej pozbywają - mówi prof. Danuta Mostwin.
To, że Polacy stawali się częściej niż inne nacje tematem niewybrednych dowcipów, wynikało ze struktury społecznej fal emigracji, które docierały do Stanów przed I i II wojną światową. Byli to ludzie niewykształceni, nie mieli pieniędzy, zamykali się w polskich gettach. Utrzymywali się dzięki sprzątaniu biurowców Nowego Jorku bądź pracy na najsłabiej opłacanych posadach w rzeźniach Chicago. W latach 20. i 30., gdy stali się rywalami rdzennych Amerykanów w walce o zatrudnienie na tamtejszych wielkich budowach, nasiliła się fala antypolskich dowcipów. Właśnie wtedy do przedstawiania Polaka wykorzystywano w żartach fabularne kalki, których wcześniej używano do układania historyjek o Murzynach. Stereotyp Polaka był już nieźle zadomowiony w Stanach Zjednoczonych, kiedy tamtejszą Polonię po II wojnie zasiliła tzw. emigracja żołnierska. Wówczas w gronie naszych rodaków zaznaczyła się wyraźna opozycja "chłopów i panów". Obiektem dowcipów stawali się więc "chłopi" - rodacy mniej wykształceni. Polish jokes przypomniały o sobie silniej w roku 1968 po krajowej nagonce antysemickiej. Wówczas stereotyp Polaka - głupka, lenia i pijaka - został wzbogacony o rys antysemicki.
Pierwszy etap uwiądu humoru antypolskiego zapoczątkował wybór Karola Wojtyły na papieża - Polonia zaczęła się wyraźnie utożsamiać z krajem przodków. Kolejne sondaże pokazywały, jak wzrasta wśród niej odsetek tych, którzy identyfikują się z polskimi korzeniami. Najnowsze doświadczenia Polonii w tym względzie pokazują niezbicie, że o tym, jak w USA postrzegana jest dana grupa etniczna, decyduje głównie międzynarodowa pozycja kraju, z której się ona wywodzi. Kampania w amerykańskim Senacie na rzecz ratyfikowania rozszerzenia NATO o Polskę wykazała, że nasz kraj po raz pierwszy w historii może liczyć na poważne i pełne szacunku potraktowanie ze strony najwyższych instancji amerykańskich. O tej pomyślnej koniunkturze politycznej zadecydował zapewne fakt, że kiedy wiceminister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ostro zaprotestował przeciw wypowiedzi Teda Turnera, ten bardzo szybko za nią przeprosił. Niewykluczone jest więc to, że opowiedziany przez Turnera dowcip o polskim saperze był jednym z ostatnich, jakie w USA wygłoszono publicznie.
W Europie - z wyjątkiem Niemiec - antypolonizm potoczny albo nie istnieje, albo należy do zachowań historycznych. W Wielkiej Brytanii trudno zaobserwować przejawy działań jednoznacznie antypolskich - nasi rodacy są tam traktowani nie gorzej niż inne narody białej rasy. Najstarsze pokolenie Brytyjczyków, pamiętające czasy wojny, zwykle zdaje sobie sprawę, że Polska przez pewien czas była jednym z niewielu ich sojuszników w walce z Hitlerem. Później nastały czasy zimnej wojny i tzw. przeciętni obywatele brytyjscy traktowali wszystkich zza żelaznej kurtyny jako "wrogów". Zmiana nastąpiła w latach 80. - wraz z narodzinami "Solidarności". Wtedy wiadomości z naszego kraju ukazywały się niemalże w każdym dzienniku telewizyjnym i na pierwszych stronach gazet. Polska i jej mieszkańcy jawili się Brytyjczykom jako awangarda narodów zrzucających jarzmo komunizmu. W stanie wojennym sporo działaczy i zwolenników ówczesnej "Solidarności" zostało w Wielkiej Brytanii i to oni kształtowali tam nasz wizerunek. Pod koniec lat 80. i we wczesnych 90. obraz Polaka zaczął się - niestety - zmieniać. W Wielkiej Brytanii Polska nie ma jakiegoś szczególnie pozytywnego lub deprecjonującego wizerunku. Przeciętni obywatele zwykle dokładnie nie wiedzą, gdzie to państwo leży i ciągle pokutuje przekonanie jednego z premierów brytyjskich, że "jest to kraj daleki, o którym niewiele wiemy".


Pierwszy etap uwiądu humoru antypolskiego zapoczątkował wybór Karola Wojtyły na papieża

Wybór Polaka na papieża nie miał szczególnego znaczenia dla Brytyjczyków. Papiści są od stuleci wrogami anglikanów, katolicyzm łączony jest raczej z Irlandią, z którą - w mniemaniu przeciętnego Anglika - związane są nie kończące się problemy. Na katolicyzm patrzy się przez pryzmat rolniczej Irlandii, IRA i podobnych kwestii. Katolik (niekoniecznie Polak) kojarzy się najczęściej z utrwalonymi przekonaniami religijnymi, konserwatyzmem obyczajowym i zwalczaniem antykoncepcji. Tak więc wybór Polaka na papieża nie wpłynął zbytnio na zmianę świadomości Brytyjczyków w stosunku do Polski. Z Ojca Świętego często się żartuje, antypapieskie dowcipy są w niektórych kręgach dobrze widziane, regularnie można je usłyszeć w telewizji. Jan Paweł II nie jest jednak obiektem dowcipów z tego względu, że jest Polakiem, lecz dlatego, że uosabia katolicyzm. Polish jokes ze Stanów Zjednoczonych nie przyjęły się w Wielkiej Brytanii. Jeśli nawet Brytyjczyk je opowiada, zwykle zdaje sobie sprawę, że są to kalki irish jokes. Oprócz Irlandczyków ofiarami żartów są również Walijczycy. Timothy Garton Ash w jednym z niedawno napisanych artykułów opracował katalog stereotypowych obrazów, które składają się na wizerunek naszego kraju. Polska "jest narodem wysokich, pijanych, narzekających, wąsatych, antysemickich panów-szlachty, którzy bezsensownie szarżują na czołgi". To wyobrażenie gwałtownie się jednak zmienia na naszą korzyść - stwierdza dalej Ash.
We Francji wszystkie kolejne fale polskiej emigracji asymilowały się bez problemów. Polacy stanowią tu dość liczną mniejszość narodową, nigdy jednak nie uważano ich za środowisko groźne lub obce. Generalnie - przejawy społecznej sympatii jednoznacznie przeważają nad odruchami antypatii. Heroiczna epopeja "Solidarności" dodatkowo wzmocniła tę tendencję, a obecne widowiskowe osiągnięcia w wychodzeniu z zapaści gospodarczej relacjonowane są w mediach jako miłe zaskoczenie. Wynika to z tego, że w zbiorowej podświadomości mieszkańców Francji obecny jest ciągle stereotyp Polaka bałaganiarza, flejtucha i pijaka. Nigdy wcześniej nie było jednak tak sprzyjającej atmosfery do rozbicia tych niekorzystnych skojarzeń.
W ciągu ostatnich lat nie pojawiły się jakieś szczególnie złośliwe historyjki o Polakach, a powiedzonko "pijany jak Polak" jest tak stare, że niemal odgrywa rolę zabytku mowy francuskiej. Zdarzają się niekiedy incydenty, które przywracają mu dawną wyrazistość - na przykład konieczność definitywnego usunięcia polskich żuli z placu Concorde, bo balustrady ogrodu Tuilleries były po ich wizytach obstawione długimi rzędami butelek po piwie. Mieszkający we Francji Polacy cierpliwie tłumaczą okoliczności historyczne powstania owego powiedzonka, które w efekcie obraca się przeciw Francuzom. Według tej jedynie słusznej i prawdziwej wersji, przed jedną z napoleońskich bitew żołnierze sobie popili, ale kiedy zabrzmiał sygnał ataku, Polacy szybko wzięli się w garść i walczyli jak lwy, natomiast Francuzi mieli pewne trudności z wyczuciem kierunku natarcia i określeniem, czy przeciwnik jest jeden, czy jest ich może dwóch. Po bitwie rozgniewany cesarz miał podobno powiedzieć swoim wojakom: "Możecie być pijani, ale pijani jak Polacy". Dopiero później sens tego porównania uległ godnemu ubolewania wypaczeniu.


We Francji obecny jest ciągle stereotyp Polaka bałaganiarza, flejtucha i pijaka

W najpopularniejszej francuskiej szopce telewizyjnej, nadawanej pięć razy w tygodniu przez Canal Plus i nie oszczędzającej także cudzoziemców, pojawia się tylko jedna kukiełka pochodzenia polskiego: papież Jan Paweł II. Bywa on tam dość często krytykowany, ale ostrze niesmacznych żartów autorów szopki ma kierunek wyraźnie antyklerykalny, nie zaś antypolski. Trudno nie spotkać się we Francji z podśmiewaniem się z Polaka-dewota i Polaka-antysemity, ale proces ów nie przybiera tam tak ostrych form jak w innych krajach Europy. Nasila się on głównie przy okazjach, które w dużym stopniu sami wywołujemy, pozwalając na przykład na to, by bez końca ciągnął się w odcinkach widowiskowy serial z krzyżami oświęcimskimi w rolach głównych.
Sprawa antypolskiego nastawienia zupełnie inaczej wygląda w Niemczech. Przed dwoma laty prezydent Aleksander Kwaśniewski na zakończenie wizyty w Bonn pochwalił się dziennikarzom, że na obiad w Urzędzie Kanclerskim delegacja polska zjadła Saumagen, czyli świńskie żołądki. Ta ulubiona potrawa Helmuta Kohla urosła do rangi symbolu, gdyż były kanclerz zwykł ją był serwować zaprzyjaźnionym głowom państw. Co więcej, żołądki popito żubrówką, którą przywiozła polska delegacja. Na tej podstawie można było mniemać, że stosunki polsko-niemieckie weszły w fazę zażyłości. Nic podobnego. O ile współpraca polityków układała się nieźle, o tyle Niemcy oceniali Polaków bardzo niekorzystnie.
Helga Hirsch, powołująca się na badania Emnid-Institut, pisała wówczas na łamach "Dialogu", że 87 proc. Niemców uważało Polaków za gorszych od siebie, "gorszych nawet od Rosjan i Turków", handlarzy, robotników pracujących na czarno, złodziei i szmuglerów samochodów. Zawrotną karierę zrobił slogan: "Ledwie ukradziony, już do Polski dostarczony". Stare stereotypowe wyobrażenia o niegospodarności i nadużywaniu alkoholu przez Polaków uzupełniono kolejnymi. Sytuację pogarszała eksplozja grubiańskich dowcipów o Polsce i Polakach w niemieckich mediach, która - notabene - spowodowała protest kilkunastu przedstawicieli fundacji politycznych i korespondentów RFN w naszym kraju.
Zmianę nastawienia Niemców do Polaków - od życzliwości w czasach heroicznej walki z komunizmem i wpływem ZSRR do niechęci po upadku "żelaznej kurtyny" - w znacznym stopniu zawdzięczamy sami sobie lub - dokładniej - gorszej części naszych rodaków. Po fascynacji "okrągłym stołem" (to określenie na stałe weszło do niemieckiego słownictwa jako symbol konstruktywnego dialogu stron siedzących obok siebie, nie zaś naprzeciw) nastał czas prozy życia: najpierw "polskiego rynku" w Berlinie, później "polskiej zupy" (narkotyków), "polskich mafii samochodowych", "polskich robotników zatrudnionych na czarno", polskich prostytutek, młodocianych chłopców z okolic stacji Berlin Zoo, zarabiających na niemieckich pedofilach, i handlarzy "sztangami" papierosów. Przestępcy z naszego kraju pierwsi wykorzystali możliwość bezwizowego przekraczania granicy na Odrze. W efekcie zadziałało prawo odpowiedzialności zbiorowej. Pasażerów samochodów z czarnymi tablicami rejestracyjnymi często traktowano jak potencjalnych kryminalistów, co potwierdzały liczne skargi w niemieckich sądach. W serialach telewizyjnych Polacy nie byli już intelektualistami, lecz prostakami o niechlujnym i podejrzanym wyglądzie. Oczywiście, złodziejstwo, prostytucja, narkomania i inne patologie istniały w Niemczech przed upadkiem "żelaznej kurtyny", ale nie w wydaniu Polaków.


W Europie - z wyjątkiem Niemiec - antypolonizm albo nie istnieje, albo należy do zachowań historycznych

Wraz z odnoszeniem przez nasz kraj sukcesów gospodarczych zmienia się ton relacji prasowych - przeważają w nich pochwały konsekwencji Polaków w przekształcaniu państwa. Przeciętny Niemiec nie czyta jednak analiz o sytuacji naszej gospodarki, czemu nie należy się dziwić. Obiegowe opinie rodzą się przede wszystkim z powierzchownej wiedzy, kształtowanej na podstawie wybiórczych informacji, z potrzeby "dowartościowania się", względnie leczenia własnych kompleksów. Zmiana potocznych sądów nie przychodzi ani łatwo, ani szybko, zwłaszcza gdy takie opinie podsyca dziennikarski dyletantyzm i ukierunkowanie na rzekome potrzeby tzw. szerokiego odbiorcy. Niektórzy publicyści i moderatorzy kultywują modę na "egzotykę" Polski i Polaków, bo przecież nic tak nie ożywia gazety, jak trup, i nic tak nie bawi, jak dowcip cudzym kosztem. Polenwitze opierają się właśnie na tej zasadzie. Niestety, przykładów nie brakuje.
Tendencja do grubiańskiego dowcipkowania o Polakach najbardziej nasiliła się trzy lata temu, a jej ukoronowaniem było wydrukowanie przez tygodnik "Pop/Rocky" naklejki na samochód z ilustrowanym "żartem": "Jak Polacy nazywają swoich synów? Klau?s". Co pikantniejsze, Verlagsgruppe Jürg Marquard (wydawca tego czasopisma) wydawał wtedy w Polsce tygodniki "Dziewczyna", "Popcorn", "Mega Star" i "Cosmopolitan", a także dzienniki "Sztandar Młodych", "Express Wieczorny", "Sport" i "Przegląd Sportowy". Polaków wyśmiewano na łamach niemieckich gazet, w prasie i telewizji. Wszelkie rekordy pobił Harald Schmidt, prowadzący Late-Night-Show. Nie było programu, który nie byłby okraszony polskim Witzem. A to z firmamentu zniknął Wielki Wóz - ukradli go, oczywiście, Polacy. Innym razem orkiestra "polskich łachmaniarzy" śpiewała na złomowisku samochodów sylabowe dziwolągi ze spółgłoskami szeleszczącymi z dodatkiem "ski". Kilkumilionową widownię rozśmieszały Schmidtowe żarty, że "każdy Polak może kraść, gdyż konstytucja mu tego nie zabrania", że Michael Schumacher, kierowca Formuły I, zatrudnił sześciu polskich mechaników, bo najlepiej na świecie "posuwają" auta (schieben znaczy popychać i szmuglować). W magazynie satyrycznym telewizji RTL "7 dni, 7 głów" Lisa Fitz podała przykład zdania zawierającego trzy kłamstwa: "Uczciwy Polak szuka pracy własnym samochodem". W niemieckich Witzach trabant na wodę dzięki polskiej myśli technicznej może wyprzedzić porsche - pod maską zamiast silnika znajduje się kilku zziajanych Polaków, którzy błagają o picie. Na pytanie naszego prezydenta, skierowane do Pana Boga: "Kiedy w kraju zapanuje dobrobyt?", Bóg płacze i odpowiada: "Tego ja za swojej kadencji nie doczekam".
Autorów programów o Polsce i Polakach, mających wpływ na opinię Niemców o ich sąsiadach zza Odry, można podzielić na dwie grupy. Pierwszą stanowią ci, którzy nie chcą bądź nie potrafią mówić o Polakach obiektywnie, lub chcieliby, ale szefowie im tego zabraniają. Natomiast drugą tworzą osoby, które mogą sobie na to pozwolić i chcą mówić prawdę. Na szczęście ta ostatnia grupa zyskuje coraz bardziej widoczną przewagę w niemieckich mediach. Warto jednak pamiętać, że Niemcom trudno jeszcze zaakceptować, że Polak może mieć lepszy samochód, ładniejszy dom, być lepiej wykształconym i że od niego mogliby się czegoś nauczyć. 
Okładka tygodnika WPROST: 10/1999
Więcej możesz przeczytać w 10/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0