Kim są przeciwnicy globalizacji

Kim są przeciwnicy globalizacji

Burzliwe demonstracje uliczne i rewolucyjny zapał walczących z policją tysięcy przeciwników globalizacji zdezorientowały delegatów na grudniową sesję Światowej Organizacji Handlu (WTO) w Seattle
O tym, że nie była to tylko odosobniona akcja młodocianych ekstremistów chcących trafić na telewizyjne ekrany, mogło się przekonać szacowne towarzystwo polityków i ludzi biznesu zgromadzonych w Davos. Podczas dorocznego forum ekonomicznego doszło tam do kolejnych akcji "antyglobalistów". Czyżbyśmy byli świadkami uaktywnienia się światowej koalicji antyglobalistycznej? Kim są ludzie występujący jednocześnie jako wrogowie McDonald?sa, obrońcy Trzeciego Świata i bojownicy o prawa pracownicze?

W XX wieku świat przeżył trzy fale globalizacji. Natężenie wolnego handlu czy migracji - w relacji do PKB i liczby ludności - było sto lat temu nie mniejsze niż dzisiaj. Proces ten nigdy jednak nie budził emocji tak silnych, jak pod koniec mijającego stulecia. Mniej więcej w takim tempie, w jakim następują kolejne fuzje wielkich korporacji, rośnie także rzesza przeciwników np. dalszej liberalizacji handlu. Według Benjamina Barbera, doradcy prezydenta Clintona i autora książki "Dżihad kontra McŚwiat", tendencje separatystyczne oraz procesy globalizacyjne są ściśle powiązane, wzajemnie się napędzają. "Święta wojna" toczona przeciw wszelkim formom wzajemnej zależności - przeciw technologii, masowej kulturze i wspólnym rynkom - nie mogłaby być prowadzona bez "McŚwiata", a dokładniej bez możliwości globalnego komunikowania się, jakie stworzył.

Manifest antyglobalistyczny
Organizacje żądające stworzenia nowego porządku ekonomicznego na świecie domagają się: 4 Ustanowienia trwałego prymatu polityki nad gospodarką 4 Wzmocnienia społeczeństwa obywatelskiego, aby mogło się bronić przed materialną nierównością 4 Wprowadzenia w handlu światowym standardów uniemożliwiających zatrudnianie dzieci i wypłacanie głodowych pensji 4 Ograniczenia rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych 4 Opodatkowania zużycia surowców w celu wsparcia bardziej zaawansowanej technologicznie produkcji i ograniczenia szkodliwego ekologicznie transportu 4 Wprowadzenia podatku od luksusu w celu zmuszenia beneficjentów globalizacji do sprawiedliwego udziału w finansowaniu zadań państwa 4 Wzmocnienia związków zawodowych, aby przeciwstawić się silnemu lobby przedsiębiorców 4 Uzależnienia procesu liberalizacji handlu od tworzenia nowych miejsc pracy 4 Rezygnacji przez najbogatsze państwa z części dobrobytu na rzecz najuboższych społeczeństw świata Na podstawie "Pułapki globalizacji" Hansa-Petera Martina i Haralda Schumanna

Globalizacja zaczyna w niektórych kręgach społecznych funkcjonować jako straszak. "Część polityków uważa, że globalizacja jest przyczyną problemów ich krajów" - spostrzegł Leszek Balcerowicz. "Jest to szczególny przykład znanej tendencji do przypisywania winy za swoje niepowodzenia siłom zewnętrznym, a nie własnemu postępowaniu". - Aż do konferencji w Seattle nie zauważaliśmy, by lewica cokolwiek robiła - powiedział w rozmowie z "Wprost" amerykański politolog Francis Fukuyama. - Teraz jednak znaleźli i zdefiniowali nowego wroga, którym jest dla nich globalizacja; przedtem był to amerykański imperializm. Czego jednak lewica nie ma, to nowy Karol Mark, który by zrozumiale wytłumaczył, dlaczego im się źle wiedzie. Tego teraz potrzebują. Na razie jest to więc rodzaj rewolucji bez przywódcy. Mimo że wśród przeciwników procesu globalizacji gospodarki najgłośniejsi są rzeczywiście reprezentanci szeroko rozumianej radykalnej lewicy, nie mają oni bynajmniej monopolu. Antyglobaliści pochodzą z najrozmaitszych państw i często reprezentują odmienne światopoglądy. Właśnie dlatego ich koalicje wydają się co najmniej dziw- ne - na przykład w USA przeciwko globalizacji występuje egzotyczny sojusz obejmujący z lewej strony sceny politycznej związki zawodowe, organizacje ekologiczne, organizacje obrony praw człowieka, praw konsumentów, praw zwierząt, drobnych farmerów, a z prawej - izolacjonistów i religijną prawicę. Trudno byłoby znaleźć światowe centrum antyglobalnej rewolty, nie ulega jednak wątpliwości, że poszczególne organizacje koordynują swe wystąpienia, a przynajmniej się o nich informują. Na ironię zakrawa fakt, że podstawowym środkiem komunikacji antyglobalistów stał się Internet - najbardziej globalne medium. Jak zauważa Stephen Kobrin, dyrektor Lauder Institute of Management and International Studies w Wharton School, właśnie dlatego antyglobalistyczni aktywiści mimowolnie sami stali się "aktorami globalizmu". Przygotowania do "zadymy" w Seattle nie były tajemnicą. Już kilka tygodni wcześniej tygodnik "News- week" informował o obozach, w których szkolono aktywistów do "pokojowego stawiania oporu". Koalicja 150 organizacji pozarządowych z 39 państw zapowiedziała przeprowadzenie akcji także przed tegorocznym Światowym Forum Gospodarczym w Davos. Przygotowali nawet projekt "Patrz na Davos", domagając się udziału w forum m.in. przedstawicieli wszystkich warstw społecznych, a zwłaszcza tych "najbardziej poszkodowanych przez proces globalizacji". "Fiasko milenijnej rundy w Seattle dowiodło, że kwestie dotyczące globalnej polityki gospodarczej nie mogą już być rozpatrywane w zamkniętym gronie" - uważa Peter Bosshard, reprezentujący organizację Deklaracja z Berna. Antyglobaliści nie domagają się drobnych korekt, lecz podjęcia przez poszczególne rządy działał uzależniających rozwój światowego handlu od rozwiązania problemów społecznych i ekologicznych. Ich zdaniem, nadal brakuje pomysłu, jak się przeciwstawić "dzikiej" globalizacji, która jeszcze bardziej zaostrzy podział na biednych i bogatych. Działaczy szwajcarskiej Deklaracji z Berna nie uspokoiło wystąpienie Billa Clintona, który w Davos skoncentrował uwagę na konieczności dostosowania strategii ekonomicznych wielkich koncernów do człowieka i społeczeństwa, by przestać traktować ich tylko w kategoriach konsumentów. Zaskakująca była zbieżność tego przemówienia z najnowszą doktryną społeczną Kościoła katolickiego, wyrażoną głównie w encyklice Jana Pawła II "Centesimus annus". Mimo to działacze Deklaracji z Berna uważają, że motto tegorocznego spotkania w Davos nie powinno brzmieć "Nowe początki", lecz "Stare recepty". Organizatorzy forum w Davos usiłowali się uchronić przed powtórką z Seattle. "Celem forum jest rozpoczęcie dialogu z organizacjami pozarządowymi, by odkryć rolę, jako nowi Robin Hoodowie mogą odegrać na światowej szachownicy" - powiedział w jednym z wywiadów Claude Smajda, dyrektor komitetu organizacyjnego. Nie na wiele się to zdało. Wśród manifestantów, jak zwykle, najbardziej rzucał się w oczy José Bové, rolnik francuski, który światową sławę zawdzięcza swojej wojnie z McDonald?sem. Rolnicy są jedną z tych grup, które konsekwentnie występują przeciw globalizacji. W Europie szczególnie aktywni są Francuzi - poza Konfederacją Chłopską Bové z radykalizmu słynie także CCCOMC (Koordynacja na rzecz Obywatelskiej Kontroli nad Światową Organizacją Handlu). Obie organizacje były aktywne w Seattle i Davos, obie domagają się "narzucenia nowej, sprawiedliwszej koncepcji handlu międzynarodowego" i romansują z organizacjami lewackimi.

Liderzy antyglobalnej fali
DANIEL COHN-BENDIT - europejski ideolog antyglobalistów. Ze względu na kolor włosów i poglądy nazywają go Czerwonym Dannym. Walka z globalizacją gospodarki, imperializmem i władzą wielkich korporacji to jego prawdziwa, ale nie jedyna i nie pierwsza pasja. W 1968 r. przewodził paryskiej rewolcie studentów, po czym został deportowany do Niemiec, skąd pochodzili jego rodzice. W latach 70. założył Rewolucyjną Walkę, grupę studencką współpracującą z robotnikami. Wielokrotnie wraz ze studentami i emigrantami okupował budynki we Frankfurcie nad Menem, protestując przeciwko ich burzeniu. Od 1984 r. jest członkiem partii Zielonych, a od 1994 r. członkiem Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych. Występuje przeciwko wszelkim formom faworyzacji poszczególnych regionów. Mówi o sobie, że jest "wędrowcem poprzez kultury, języki, zawody, pokolenia i klasy", inni określają go raczej jako weterana skrajnej lewicy, który dziś zajął się głoszeniem antyglobalizmu. JOSÉ BOVÉ - bojownik antyglobalizmu. Uchodzi za najpopularniejszego Francuza w Ameryce. Jest postrzegany jako skrzyżowanie Asteriksa z Robin Hoodem, a tygodnik "Time" posunął się nawet do określenia go mianem "francuskiego wcielenia Lecha Wałęsy", ponieważ ma on "wąsy, błyszczące oczy, zręczność retoryczną i charyzmę". Porównanie jest śmiałe i na tym się kończy - zorganizowanie ogólnokrajowego strajku za Gierka i Breżniewa nie to samo, co zdemolowanie restauracji McDonalda za Chiraca i Clintona - a właśnie od tego zaczął swą karierę Bové. 47-letni przywódca Konfederacji Chłopskiej ma za sobą długą i barwną historię podburzacza. Przerwał studia na uniwersytecie w Bordeaux, by działać w ruchach lewicowych i ekologicznych. W 1975 r. przeprowadził się z żoną na wieś i zajął hodowlą owiec. Popiera istnienie barier celnych, które mają chronić narodowe rolnictwo. Posługuje się obrazowym językiem, łatwo trafiającym do wyobraźni szerokiej publiczności, której oczekiwania dobrze wyczuwa. W ojczyźnie występuje głównie pod hasłem walki z malbouffe, czyli "żarłem" w stylu amerykańskim - co mile łechce miłość własną Francuzów. W USA natomiast podkreśla, że "w Seattle pokazaliśmy, iż obywatele mają coś do powiedzenia, a światowa kontestacja jest dobrze zorganizowana".

Rolnikom europejskim wtórują amerykańskie zrzeszenia farmerów, właścicieli gospodarstw rodzinnych, które nie są w stanie konkurować ani cenami, ani wydajnością produkcji z tzw. agrobiznesami. W istocie motorem rolniczych protestów po obu stronach Atlantyku jest obawa przed konkurencją i utratą wysokich subwencji w wyniku postępującego otwarcia rynków i liberalizacji handlu. W USA związki farmerów są dość słabe, dlatego przyłączają się zwykle do ruchów ekologicznych. Najbardziej wpływowa, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu USA, jest federacja Sierra Club, często wchodząca w niekonwencjonalne związki. Przykładem jest choćby zaproszenie do Stanów Zjednoczonych w ubiegłym roku przez związany z tą organizacją Animal Walfare Institute (Instytut Dobrobytu Zwierząt) lidera Samoobrony Andrzeja Leppera. Europejscy zieloni i amerykańscy "obrońcy środowiska" to bodaj najaktywniejsi antyglobaliści. Europejczycy do tradycyjnych "zielonych" haseł antykapitalistycznych dopisali jeszcze antyamerykańskość. Przeważnie jednak zieleń europejskich organizacji ekologicznych wpada w odcień czerwony, czasami zbliżając się do trockistowskiej purpury. Za europejskiego lidera tego ruchu uznawany jest Daniel Cohn-Bendit. Jedna z najbardziej radykalnych "zielonych" organizacji, Friends of the Earth (Przyjaciele Ziemi), przed forum w Davos rozesłała do najpoważniejszych gazet europejskich komunikat, w którym można było przeczytać m.in.: "Sygnał z Seattle brzmi: instytucje międzynarodowe i elita ekonomiczna muszą być bardziej otwarte na metody demokratyczne. Niestety, również spotkanie w Davos dowodzi, że chodzi im głównie o ochronę interesów wielkich przedsiębiorstw międzynarodowych, a to spycha na dalszy plan postulaty rozsądnego rozwoju i priorytety ekologiczne". Do Davos przyjechał prawie cały zarząd włoskiej partii Zielonych, wchodzącej w skład koalicji rządowej. Do Zielonych, którzy protestowali przeciwko równaniu "rozwój = niszczenie środowiska naturalnego", dołączyli działacze Partii Odrodzenia Komunistycznego. Na ich czele stała wiceprzewodnicząca partii, posłanka Luisa Morgantini, potraktowana gazem przez policję, gdy razem z José Bové rozbijała szyby w McDonald?sie. W Davos pojawiła się ponadto agresywna grupa przedstawicieli tzw. ośrodków społecznych. Są to nastolatki ze skrajnej lewicy, przepojone ideami Trockiego i Bakunina, ale również ideologią ruchu punków. Zajmują opuszczone domy, nazywając to "rekwizycją i okupacją proletariacką". We Francji do najbardziej radykalnych manifestacji i akcji antyglobalizacyjnych przyłączają się organizacje jednoznacznie lewackie - np. Attac i niektóre federacje branżowe prokomunistycznej centrali związkowej CGT. Obrońcy praw konsumenckich, jak osławiony prorok tego ruchu w USA Ralph Nader, twierdzą, że globalizacja jest narzędziem znienawidzonego i demonizowanego przez nich wielkiego biznesu, służącym do wyciskania jeszcze większych zysków ze sprzedaży tandetnych produktów wytwarzanych przez analfabetów i młodocianych w krajach Trzeciego Świata na rynki bogatych państw Zachodu. Argumenty te w nieco innej formie powtarzają działacze związków zawodowych, otwarcie mówiący o "kradzieży" miejsc pracy przez konkurentów w Trzecim Świecie. Związkowcy z największej amerykańskiej federacji związkowej AFL/CIO są przekonani, że globalizacja przyczynia się do zwalniania pracowników, zwłaszcza tych najgorzej opłacanych, wykonujących zajęcia wymagające najmniejszych kwalifikacji. Nowe miejsca pracy powstają w krajach biedniejszych, gdzie związki zawodowe albo nie istnieją (np. w Chinach), albo są słabe (jak w Meksyku). Argument o kurczeniu się rynku pracy w USA (gdzie bezrobocie wynosi 4 proc.) jest jednym z najpopularniejszych amerykańskich mitów antyglobalizmu. Tylko w styczniu tego roku amerykańskiej gospodarce przybyło prawie 387 tys. miejsc pracy - m.in. dzięki otwarciu nowych rynków zbytu za granicą. "Związkowcy nie chcą zauważyć, że główną przyczyną zwolnień są zmiany strukturalne w państwach wysoko rozwiniętych" - napisał w przygotowanym na zlecenie OECD opracowaniu francuski politolog Charles Oman. W istocie import wysoko przetworzonych dóbr pochodzących z państw rozwijających się pokrywał w latach 90. zaledwie nieco ponad 2 proc. potrzeb najzamożniejszych społeczeństw. Dla najrozmaitszych ugrupował globalizacja zdaje się być procesem odpowiedzialnym za wszelkie zło współczesnego świata. Amerykańscy izolacjoniści argumentują, że prowadzi ona do nieuchronnej utraty przez USA autonomii na rzecz wielkich międzynarodowych organizacji, takich jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Światowa Organizacja Handlu. Prawica religijna i konserwatyści (w tym antykomuniści) nie może się zgodzić na układy handlowe z państwami, w których prawa religijne (szczególnie chrześcijan) są ograniczane i stosowana jest przymusowa polityka populacyjna. Ich zdaniem, globalizacja niszczy tradycyjny model rodziny, przyczynia się do uniformizacji społeczeństw i ich laicyzacji, ponieważ pogoń za dobrami doczesnymi stawiana jest wyżej niż wartości moralne i religijne. Także w państwach Trzeciego Świata słychać zarzuty, że panoszenie się kolosów międzynarodowych i "dziki" liberalizm gospodarczy sprzyjają swoistej "nowej kolonizacji". Przynosi zdecydowaną poprawę poziomu życia przedsiębiorczym warstwom społecznym, lecz buduje mur nie do przebicia dla słabszych, a na dodatek podporządkowuje lokalne demokracje interesom potężnych korporacji. W krytyce tej można odnaleźć argumenty racjonalne, ale równocześnie można bez trudu wykazać, że postęp stał się udziałem tych, którzy włączyli się w procesy globalne, a najuboższe państwa Trzeciego Świata rzadko bywały ostoją demokracji. Trudno o wymowniejszy przykład niż porównanie "wolnej" Korei Północnej i stanowiącej przykład "ofiary globalizacji" Korei Południowej. W państwach rozwijających się za sprzeciwem wobec globalizmu kryje się chęć utrzymania za wszelką cenę lokalnych stosunków społecznych. - Algierscy czy afgańscy fundamentaliści uczynią wszystko, łącznie z destabilizacją swoich państw, by powstrzymać integrację i nawiązywanie bliskiej współpracy z innymi - mówi prof. Bassam Tibi, znawca problemów islamu z Uniwersytetu Harvarda. Prezydent Meksyku Ernesto Zedillo, ruch przeciwników WTO nazwał "koniunkturalnym przymierzem skrajnej lewicy, skrajnej prawicy, zielonych i lobbystów związkowych". Jego zdaniem, ich wspólnym celem jest "ratowanie krajów rozwijających się przed rozwojem". To jednak zbyt daleko idące uproszczenie, sprowokowane hałaśliwymi akcjami ekstremistów. To oni utrudniają rzeczowe dyskutowanie o problemach pojawiających się w związku z procesem globalizacji. Organizacje pozarządowe, które mają już wypracowane techniki lobbingu, denerwują się poczynaniami ekstremy. Proces globalizacji wydaje się dzisiaj nieuchronny, jednak racjonalna krytyka towarzyszących mu zjawisk negatywnych jest niewątpliwie potrzebna. Być może "cywilizowani" sceptycy mają do odegrania podobną rolę jak socjaldemokracja po pierwszym okresie kapitalizmu albo ruchy ekologiczne, które w ciągu trzech ostatnich dekad XX wieku zdołały uczulić polityków na konieczność ochrony środowiska. Pod wpływem antyglobalnych protestów nawet kierownictwo WTO zaczyna zadawać sobie pytania, gdzie pobłądziło. Dyrektor generalny organizacji, Mike Moore, przyznał w Davos, że istnieje niedostatek w przepływie informacji między awangardą światowej ekonomii a poszczególnymi społeczeństwami. "W Seattle nie potrzebowaliśmy demonstrantów, aby ponieść fiasko. Sami je sobie zgotowaliśmy" - zauważył. Martin Khor, prezes organizacji Third World Network, stwierdził, że problemy WTO spowodowane są wykluczeniem krajów Trzeciego Świata z procesów decyzyjnych dotyczących rozwoju gospodarki. Zwrócono także uwagę, że np. dostosowująca się do zaleceń Banku Światowego Tanzania, by spłacić swoje zadłużenie wobec krajów bogatych, drastycznie obcięła wydatki na oświatę i wprowadziła obowiązkowe opłaty za naukę, co spowodowało zaprzepaszczenie jedynej szansy na szybki postęp w rozwoju tego kraju. Trudno również odmówić racji ekologom, ostrzegającym, że żywiołowa globalizacja nie może oznaczać po prostu ucieczki wielkich korporacji z państw, w których przyjęto rygorystyczne prawo dotyczące ochrony środowiska, do państw, gdzie prawo takie nie istnieje lub jest źle egzekwowane (np. do Brazylii, Pakistanu czy Meksyku). Wyrównanie szans cywilizacyjnych i standardów działalności ekonomicznej oraz ochrony środowiska na świecie nie dokona się jednak ani wyłącznie dzięki nieskrępowanemu przepływowi dóbr i kapitałów, ani w rezultacie zabarwionych lewacką ideologią protestów. Zwolennicy i przeciwnicy globalizacji są skazani na prowadzenie długiej dysputy, od której może zależeć to, jak będzie wyglądał świat rozpoczynającego się stulecia. - Jednym ze strategicznych pytał jest to, czy podjęte np. przez WTO kroki usatysfakcjonują kraje rozwijające się oraz związki zawodowe, nie szkodząc globalizacji. Jest to polityczne zadanie, które spędza sen z powiek liderom rozwiniętych państwa świata - mówi Francis Fukuyama.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2000
Więcej możesz przeczytać w 8/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • mo IP
    Globalizacja to najwiekszy wrog ludzkosci, z barku wiedzy, byc moze tez czasu ludzie nie zdaja sobie sprawy z tego do czego ona dolzy. Gdyby byla tak idealna jak ja przedstawiaja mocarstwa zachodnie nie walczyliby z komunizmem tylko go uszlachetnili. Staniemy sie niewolnikami proletariatu pieniadza.
    • bez-nazwy IP
      jestem przeciw globalizacji i mam 42 lata i nie che trafic na łama gazety mam to gdzies wiem jedno to tylko przypomina prl i centralizacje a zatem kase do ludzi na gorze na doloe bieda jak zawsze