Półksiężyc nad Taszkientem

Półksiężyc nad Taszkientem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy islamski fundamentalizm dotrze do Uzbekistanu?
W Taszkiencie nie ma już w jezdniach dziur ani lejów po zamachach bombowych, które w połowie lutego wstrząsnęły stolicą spokojnego dotychczas Uzbekistanu. Nadal trwa jednak odbudowa zdewastowanych obiektów rządowych w centrum miasta. Uzbecy snują fantastyczne niekiedy teorie na temat sprawców i motywów tych krwawych zbrodni, które dla mieszkańców republiki były całkowitym zaskoczeniem. Autorzy jednej z takich koncepcji twierdzą nawet, że za serią aktów terrorystycznych stoją pospołu rosyjskie służby specjalne i... afgańscy talibowie.
Ten egzotyczny alians zawiązano podobno po to, aby podkopać pozycję Islama Karimowa, autokratycznego lidera Uzbekistanu. Dawny radziecki aparatczyk, były I sekretarz lokalnej partii komunistycznej miałby zostać ukarany za to, że zbyt daleko posunął się we flircie ze Stanami Zjednoczonymi. Uzbecki przywódca do tej pory dość zręcznie rozgrywał kartę politycznych stosunków z Waszyngtonem. Ścigając się z Kazachstanem i jego przywódcą Nursułtanem Nazarbajewem o prymat w tej części świata, Karimow pragnął wzmocnić swój status głównego sprzymierzeńca Ameryki w środkowej Azji. Takie zbliżenie nie może się jednak podobać Moskwie. Dla Rosjan środek azjatyckiego kontynentu to "miękkie podbrzusze" byłego imperium. Jednocześnie dawne azjatyckie republiki stanowią kordon ochronny i naturalną zaporę przed ekspansją islamskiego fundamentalizmu na ziemie prawosławnej Świętej Rusi. Rosja przeżywa głęboki kryzys i jest podatna na przejawy ekstremizmu. Rosjanie obawiają się, że fundamentaliści mogą znaleźć sprzymierzeńców wśród wyznawców islamu żyjących w Federacji Rosyjskiej.
Islam Karimow umiejętnie dawał sobie dotychczas radę z oznakami religijnej ortodoksji. Pomagała mu w tym policja zaprawiona w walkach ze wszelkimi formami opozycji wobec autorytarnego reżimu. W kraju liczącym 24 mln mieszkańców nie było do tej pory znaczących wystąpień religijnych ani znaków wskazujących na to, że walkę o wpływy polityczne mogłyby podjąć zbrojne formacje mudżahedinów, tak jak choćby w podatnym na wpływy afgańskie Tadżykistanie. Nowe obiekty religijne wyrastały jednak jak grzyby po deszczu. Odbudowywano świątynie, które latami straszyły szkieletami ruin lub dawno przestały istnieć. Ta sterowana odgórnie liberalizacja pomogła Bucharze i Samarkandzie. Oba miasta odzyskały dawny blask i potwierdziły rangę ważnych historycznych centrów kultury islamu.
Kilka lat temu w Uzbekistanie bezpardonowo rozprawiono się także z plagą przestępczości. Za kradzieże samochodów, będące wówczas powszechnym zjawiskiem, przestępców na miejscu rozstrzeliwały plutony egzekucyjne. - W kraju zapanował idealny spokój społeczny, budzący zazdrość w wielu innych stolicach - podkreśla rosyjski przedsiębiorca Jewgienij Szmykow, zaprzyjaźniony z politycznymi elitami Uzbekistanu. Niedawne detonacje silnych ładunków i śmierć kilkunastu osób zburzyły ów stan wymuszonej idylli. Nadwerężyły także obraz Karimowa jako przywódcy, którego kontrola może się rozciągać na wszystkie sfery życia.
W świetle faktów jest jednak wątpliwe, aby Moskwa chciała odbudować dawną pozycję nadzorcy środkowej Azji. Dalsze nadwerężenie dotychczasowej potęgi uzbeckiego wodza mogłoby bowiem tylko roz- zuchwalić miejscowych fanatyków spod znaku sunnickiego odłamu islamu. Dlatego moskiewska inspiracja aktów terroru wydaje się mało prawdopodobna. Bardziej wiarygodna jest wersja zakładająca, że pomysłodawcami ostatniej fali terroru w Taszkiencie byli talibowie. Mają oni swoje powody, aby dać nauczkę uzbeckiemu liderowi, który - ich zdaniem - utrzymuje zbyt ścisłe kontakty z amerykańskim "szatanem". Uzbecy prawdopodobnie wspierają również dostawami broni Ahmeda Szacha Massuda, kierującego wojskami afgańskiej koalicji walczącej przeciwko talibom. Massud jest dziś pod Hindukuszem jedyną postacią mogącą skutecznie studzić religijne, polityczne i militarne zapały ortodoksów z Kabulu. Jego doradca Chalil Fruzi uważa, że - podobnie jak Uzbecy - także Amerykanie są coraz bliżsi uznania specjalnej roli Massuda w Afganistanie. Takiej, jaką odgrywał w latach 1979-1989 w czasie wojny z radzieckim kontyngentem interwencyjnym.
Kabulskie władze mają za złe taszkienckiemu reżimowi, że Uzbekistan odżegnuje się od jakichkolwiek kontaktów z nimi. Przykładem takiej polityki było zamknięcie przeprawy mostowej przez Amu-darię (zwanej kiedyś Mostem Przyjaźni), łączącej afgański Hairatan i uzbecki Termez. Karimow zdecydował się na ten krok natychmiast po wkroczeniu talibów do Kabulu. Dziesięć lat temu tą właśnie drogą opuszczał Afganistan upokorzony porażką korpus ekspedycyjny ZSRR.
Wydaje się, że wzrost wpływów wojowniczych mułłów z Kabulu jest w Uzbekistanie nieunikniony. Coraz bardziej bowiem blaknie opinia tego kraju jako miejsca środkowoazjatyckiego cudu gospodarczego. Już tylko niewielu inwestorów decyduje się ryzykować swój kapitał w ojczyźnie Karimowa. Inwestycyjny szczyt przypadł na połowę lat 90. Pieniądze pochodziły z Turcji, Japonii, Korei Południowej, a nawet z Niemiec i Włoch. Od tamtego czasu atrakcyjność Uzbekistanu znacznie spadła. Przyczyniła się do tego lokalna biurokracja, która nie jest już w stanie do niczego przekonać zasobnych w gotówkę przedsiębiorców zagranicznych. Ponadto po ekonomicznym trzęsieniu ziemi w Azji Wschodniej uważniej przyglądają się oni swoim pieniądzom. Ostatnie zamachy w Taszkiencie również nie są czynnikiem zachęcającym do inwestowania.
Co więcej - wygląda na to, że trwonione są rozliczne bogactwa naturalne Uzbekistanu, głównie ropa, gaz, złoto i miedź. Ekonomiści przyczyn marnotrawstwa dopatrują się m.in. w nieudanej prywatyzacji wielu zakładów. Trafiły one w ręce ludzi dawnego systemu, którzy nigdy nie mieli wielkiego pojęcia o wolnorynkowym zarządzaniu. Dlatego mówi się, że w Uzbekistanie przeprowadzono nie tyle prywatyzację, ile "korporatyzację", czyli uwłaszczenie niemrawej, niekompetentnej i nie mającej pojęcia o ekonomii nomenklatury. Dla obcych inwestorów nie jest ona partnerem do rzeczowych rozmów.
60 proc. dochodów walutowych nadal przysparza Uzbekistanowi eksport bawełny. W czasach radzieckich Uzbecy znani byli z tego, że celowo zaniżali wielkość produkcji tego surowca. Nie chcieli go bowiem wysyłać do innych "bratnich republik" po zaniżonych cenach. Nauczyli się wtedy sztuczek statystycznych, które nadal stosują. Trudno zatem za dobrą monetę przyjmować na przykład dane dowodzące, że w 1997 r. inflacja wyniosła 27 proc. Bliższe prawdy są zapewne szacunki mówiące o 50 proc. Niewiarygodnie brzmią komunikaty o wzroście PKB o ponad 5 proc. W najlepszym razie mógł on sięgnąć 2 proc. Wątpliwości budzi także wysokość dochodu na mieszkańca - oficjalnie 2,5 tys. dolarów. Anwar Rasulew z uzbeckiej komisji papierów wartościowych stanowczo zaprzecza jednak, aby ktokolwiek w republice zainteresowany był fałszowaniem statystyk.
Pogarszająca się sytuacja nie przysparza Karimowowi zwolenników. Nie brakuje więc opinii, że nieoczekiwane akty terroru w kraju uważanym wcześniej za oazę stabilizacji były inspirowane przez samego szefa państwa. Zgodnie z tą teorią chciał on podobno znaleźć pretekst do dalszego usztywnienia systemu politycznego. Być może uznał, że przed nadciągającą burzą polityczną rządy silnej ręki mogą się okazać jedynym sposobem utrzymania steru władzy. Już dziś powszechną praktyką jest ścisła kontrola mediów, stowarzyszeń, organizacji religijnych i biznesowych. W odróżnieniu od Polaków czy Rosjan Uzbecy nie są skłonni do publicznego wypowiadania swych sądów i hipotez. Obawiają się bowiem szykan lub utraty nabytych przywilejów i majątków.
Wątpliwy zakres swobód obywatelskich nie budzi jednak zastrzeżeń tych państw, które zwykle apelują o przestrzeganie praw człowieka. Karimow przekonał się o tym podczas wizyty w Waszyngtonie w 1996 r. Na życzenie Billa Clintona rozmowy z gościem Białego Domu koncentrowały się na dalszym zbliżeniu Uzbekistanu z Zachodem. A już wtedy było jasne, że "dorobek" Karimowa w dziedzinie poszanowania wolności obywatelskich nie przysparza mu chwały. Sześćdziesięcioletniemu dziś azjatyckiemu autokracie nie wypomina się także "sztuczek nad urną" w 1995 r. Dyktator zadekretował wówczas referendum mające zalegalizować przedłużenie jego rządów o dalsze trzy lata. Jeszcze teraz nie wiadomo, jakie były prawdziwe wyniki tego głosowania. Oficjalnie mówi się o gremialnym poparciu władcy przez obywateli. Tymczasem rezultaty wyborów nigdy nie ujrzały światła dziennego. Opozycjoniści po cichu twierdzą, że społeczeństwo zdecydowanie powiedziało wtedy "nie" swemu "słoneczku".
Więcej możesz przeczytać w 11/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0