Cherlawość

Cherlawość

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polska gospodarka na razie nie wpadła w recesję, został tylko poważnie przystopowany wzrost ekonomiczny
Latem 1995 r. "Gazeta Wyborcza" pytała ekonomistów "Czy grozi nam recesja?". W odpowiedzi napisałem, że "oczywiście, jak każdej gospodarce rynkowej. Takiej recesji w jakimś momencie nie unikniemy. Ważne jest, czy przeżyjemy ją, mając silną gospodarkę i sprawny motor rozwoju, czy słabą, zacinającą się terkotkę. Recesja nie jest groźna, groźna jest cherlawość".

Przytaczam ten cytat, bo sądzę, że u podstaw obecnego pogorszenia wyników gospodarki leży jej cherlawość, szczególnie sektora publicznego. Sektor ten był w latach 1989-1993 dosyć wytrwale leczony z nabytej za PRL cherlawości. Natomiast od roku 1994 kuracja ustała, pacjentowi pozwolono się czuć zdrowym i on z tego ochoczo skorzystał, wracając do niezdrowych nawyków. Nie ulega wątpliwości - nie uprawiam tu propagandy politycznej - że to za rządów koalicji SLD i PSL sektor publiczny, a głównie on odczuwa obecne pogorszenie warunków gospodarowania, stał się bardziej wrażliwy na chłodny powiew koniunktury. Od 1994 r. ponownie rosło zatrudnienie i rosło coraz szybciej, aż do ubiegłego roku. To samo dotyczy płac nominalnych (i realnych). Bezrobocie leciało na łeb, na szyję - o ponad jedną trzecią w ciągu trzech lat - z diabelską drugą stroną medalu, która dziś wychodzi na pełne światło.
Tylko jeden wskaźnik palił się cały czas na czerwono, lecz w tej zielonej murawie prawie go nie było widać. Chodzi o rentowność netto. Do roku 1993 włącznie była ona ujemna, ale szybko się poprawiała. W 1994 r. po raz pierwszy stała się dodatnia, wyniosła 1,4 proc. - bardzo mało. I potem już się nie poprawiała, jeśli chodzi o średnią dla gospodarki, natomiast w sektorze publicznym rozpoczął się marsz wstecz - do 0,2 proc. w roku ubiegłym. Tak niska rentowność netto oznacza, że firmy nie mają amortyzatora chroniącego je przed pogorszeniem koniunktury i jeśli nawet psuje się ona nieznacznie, powstają problemy z wypłacalnością, pogorszenie płynności, które uruchamia lawinę złych następstw, często aż do upadłości. W latach 1994-1998 rentowności netto firm publicznych i prywatnych rozbiegły się w przeciwległe kierunki.
Posłużmy się modelem dwóch grup ludzi stojących w wodzie, jedna ma ją tuż przy ustach (sektor publiczny), druga - powiedzmy - na wysokości połowy szyi (sektor prywatny, też nie tak bardzo rentowny, ale tu pewno są jakieś schowane przed Balcerowiczem zaskórniaki). Dopóki poziom wody się nie podnosi, dopóty obie grupy są w tej samej sytuacji, oddychają swobodnie i żyją. Gdy jednak poziom wody nieco wzrośnie (niewielkie pogorszenie koniunktury), ich sytuacja dramatycznie różnicuje się: pierwsza grupa tonie, druga nadal oddycha i żyje. Zewnętrzne pogorszenie koniunktury wskutek kryzysu rosyjskiego i zaburzeń na rynkach światowych nie jest wcale tak dramatyczne. Jeśli się zapomni o nie wyleczonej cherlawości sektora publicznego - a łatwo o tym zapomnieć, słuchając koncertu o solidnych fundamentach naszej gospodarki - silne echo tego pogorszenia w gospodarce polskiej staje się niezrozumiałe. Gdy jednak uwzględni się fakt, że ogromna część naszej gospodarki, jaką nadal tworzy sektor publiczny, wywindowała poziom zatrudnienia i płac, nie zostawiając rezerw na czarną godzinę, to nieproporcjonalne do pierwotnego impulsu pogorszenie wyników przestaje być zagadką, a kryzys rosyjski traci sporo ze swej diaboliczności. Polska gospodarka nie wpadła na razie w recesję, został tylko poważnie przystopowany wzrost ekonomiczny, ale co będzie dalej, nie wiadomo. Być może odbicie po rozluźnieniu polityki pieniężnej nastąpi w drugiej połowie roku, jak wróży część komentatorów. Oby, ale to wcale nie jest tak bardzo prawdopodobne. Możemy wejść też w dłuższy okres lotu nisko nad ziemią. Korzyść z potknięcia się gospodarki płynie taka, że okazało się, jak bardzo jest ona nadal anemiczna. Wzmocnienie wymaga prywatyzacji, bo to przesuwa aktywa do sektora bardziej efektywnego, a ponadto systematycznej, następującej co roku obniżki kosztów, w tym kosztów pracy, po to, by osiągnąć nadwyżkę pozwalającą firmie utrzymać usta ponad wodą w okresach złej koniunktury, która się zawsze waha. Drzewa nie rosną do nieba w nieskończoność.
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0