Balon

Bywają wyczyny na pograniczu szaleństwa, których autorzy chcą udowodnić, że mogą przezwyciężyć swoje słabości i lęki. Pożytki płyną z tego zwykle niewielkie, ale jest to na swój sposób imponujące
Bywają wyczyny szalone, ale sympatyczne i użyteczne, sławione przez późniejsze pokolenia jako wykroczenie poza standardy własnej epoki i ważne kroki ku otwarciu nowych dróg myślenia lub działania. Bez takich "szaleństw" byłoby na świecie i smutno, i głupio, i staroświecko.

Bywają także inne wyczyny na pograniczu szaleństwa, których autorzy chcą udowodnić, że mogą przezwyciężyć swoje słabości, ograniczenia i lęki. Ruszają w bój z samym sobą. Pożytki płyną z tego zwykle niewielkie - czasami dowiadujemy się czegoś o granicach wytrzymałości człowieka i o możliwościach jego działania w warunkach skrajnych - ale jest to przynajmniej na swój sposób imponujące.
Bywają wreszcie szaleństwa, które nie są ani imponujące, ani nie przynoszą pożytku nikomu oprócz sponsorów. Jednym z najnowszych kosztownych kukunamuniu tego rodzaju był lot balonem dookoła świata. W egzaltowanych komentarzach na ten temat przywoływany był często Jules Verne, a ich autorzy byli łaskawi dawać wyraz poglądowi, że wspomniany lot to ziszczenie marzeń pisarza. Krótko mówiąc, spokojnie robiono z Verne?a balona. "W 80 dni dookoła świata" miało uzmysłowić, że ludzka odwaga, pomysłowość i solidarność w połączeniu z najnowszymi osiągnięciami techniki mogą prowadzić do zapierających dech w piersiach osiągnięć. Symbolizowało je właśnie tytułowe 80 dni - czas okrążenia Ziemi, który w ówczesnych warunkach wydawał się oszałamiający. W tym sensie bohaterowie książki zakreślali nowe horyzonty.
Wolno sądzić, że Verne obserwowałby dziś lot balonu Breitling Orbiter III z daleko posuniętym sceptycyzmem. Dzisiejsze środki techniczne pozwalają liczyć okrążenia kuli ziemskiej w minutach, więc okrążenie jej w 19 dni to nic nadzwyczajnego. Czy można zatem mówić, iż nadzwyczajne jest to, że zrobiono to po raz pierwszy balonem? Oczywiście, każdy pierwszy raz jest w swoim rodzaju nadzwyczajny. Można jeszcze próbować okrążyć Ziemię po raz pierwszy amfibią, na hulajnodze, na wrotkach, w wózku dziecinnym z motorkiem lub na oponie z żaglem. Tylko po co? Eskapada Bertranda Piccarda i Briana Jonesa nie przynosi nic nowego ani nauce, ani technice. Nie otwiera także nowych perspektyw przed odkrywcami. Trudno też potraktować ją choćby jako imponującą próbę zmagań z samym sobą. Lot był w dużej mierze sterowany przez ekipę naziemną. Samej załodze było zimno nad Meksykiem, a siedzenie we dwójkę przez 19 dni w kabinie o długości 5,4 m i wysokości 2,5 m nie jest może największą przyjemnością, ale ludziom zdarza się przebywać w gorszych warunkach przez całe życie i nikt ich nie przedstawia jako bohaterów, tylko jako pechowców.
W jednym z francuskich dzienników telewizyjnych podkreślono z podziwem, że na konferencji prasowej po przylocie do Genewy Piccard i Jones nic nie mówili o technice ani o swoim wyczynie. W domyśle - tacy skromni. Tymczasem oni nie mówili, bo doskonale wiedzieli, że nie mają o czym mówić. Dlatego próbują zamydlić wszystko pretensjonalnym bełkotem, który redakcję wspomnianego dziennika telewizyjnego doprowadził do wniosku, iż są to "wielcy humaniści". Oto jedna z ich refleksji: "Społeczeństwo chce nad wszystkim panować, a ja lubię obraz balonu popychanego przez wiatry, które umieszczają człowieka na jego właściwym miejscu we wnętrzu przyrody". To intelektualnie bardzo śmiałe. Społeczeństwo popychane przez wiatry zapewne siedziałoby obecnie w jaskiniach, próbując skrzesać ogień - i widok balonu na pewno by je olśnił. A oto inne cenne spostrzeżenie, jakie nasunęło się załodze po trzech tygodniach patrzenia na Ziemię z balonu: "Dlaczego ludzie tak się biją o pieniądze, kiedy na świecie jest tyle przestrzeni dla wszystkich?".
Odpowiedź jest częściowo znana. Niektórzy biją się po to, żeby polecieć balonem dookoła świata. Koszt każdej z nieudanych prób tego przedsięwzięcia ocenia się na ok. 700 tys. dolarów. Koszt lotu Piccarda i Jonesa - na ponad 3,5 mln dolarów. Nie zastanawiajmy się jałowo, na co mogłyby być wydane te pieniądze, gdyby trafiły do rąk kogoś rozsądnego i widzącego cokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Ustalmy jedynie, na co zostały wydane. Przede wszystkim zostały wydane na to, żeby jak najwięcej razy w jak największej liczbie programów telewizyjnych i radiowych oraz publikacji prasowych zobaczono bądź usłyszano nazwę firmy Breitling. Gdyby Breitling chciał osiągnąć to wszędzie tam z taką częstotliwością, musiałby na pewno wydać znacznie więcej niż 3,5 mln dolarów. Ponadto pieniądze te zostały wydane na to, żeby psychiatra dziecięcy Bertrand Piccard przezwyciężył kompleks sławnego dziadka i równie sławnego ojca, którzy zasłynęli jako dzielni pionierzy nowoczesnego podboju przestrzeni powietrznej i morskiej. Nie wiem, czy Bertrand Piccard ma syna, ale jeśli tak - to biedne dziecko. Dla odzyskania jakiej takiej równowagi psychicznej pozostanie mu chyba tylko przebrnięcie kajakiem od bieguna północnego do południowego po linii południka Greenwich na koszt producentów kuchenek gazowych.
Okładka tygodnika WPROST: 14/1999
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0