Strefa walki

Strefa walki

Marsz Ciszy kontra Marsz Żywych?
Zaproponowana w rządowym projekcie stumetrowa strefa ochronna wokół obozu-muzeum w Oświęcimiu i Brzezince jest krytykowana zarówno przez mieszkańców, jak i historyków. - Pod uwagę wzięto względy polityczne, a nie merytoryczne - twierdzi Marek Rawecki, dokumentujący powstawanie i rozbudowę KL Auschwitz-Birkenau. W rezultacie ustawa może się stać zarzewiem nowego konfliktu.

Strefa ochronna wokół dawnego obozu to pas, na którym nie wolno niczego budować, prowadzić działalności gospodarczej, stawiać reklam, sadzić drzew ani robić czegokolwiek, co mogłoby zmienić krajobraz. Już pierwsze jej wytyczenie w 1962 r., gdy objęła tylko obóz w Brzezince, stało się przyczyną konfliktów z mieszkańcami. Na skutek niedbałego kreślenia granicy strefy podzielono wiele gospodarstw, a nawet przecięto boisko szkolne. Szerokość pasa wynosiła od 50 metrów do półtora kilometra.
Strefa wokół obozu w Oświęcimiu pojawiła się dopiero w 1977 r. Tu granicę wytyczono 500 metrów od ogrodzenia i taki kształt strefy wpisano do rejestru UNESCO. Równa szerokość nie miała jednak nic wspólnego z równym traktowaniem tych, którzy znaleźli się na terenie strefy. Podczas gdy prywatnym osobom nie pozwalano postawić nawet garażu, na działalność państwowych przedsiębiorstw, na przykład PKS, które wybudowało halę, przymykano oko. Tak naprawdę w Oświęcimiu i Brzezince strefa widniała jedynie na papierze, a w jej obrębie - jak przyznają obecnie przedstawiciele rządu - znalazły się obiekty nie mające nic wspólnego z historią. Błędy miał naprawić rządowy projekt. Ale już w czasie pierwszej publicznej prezentacji przyjęto go bardzo nieprzychylnie. - Rozwiązanie jest równie złe jak poprzednie, tyle że mocno przycięte nożyczkami - uważa Rawecki. Według niego, jeśli pas ochronny w dotychczasowej wersji był za szeroki, to nowy będzie za wąski. Nie zmieści się w nim bocznica, na którą przybył pierwszy transport, ani kompleks monopolu tytoniowego, gdzie trzymano więźniów, zanim jeszcze zbudowano Auschwitz I. Ponadto pojęcie "szerokości 100 metrów jako maksymalnej" oznacza, że w niektórych miejscach strefa może być znacznie węższa. Konserwatorzy zabytków i architekci obawiają się, że w odległości zaledwie stu metrów od Bramy Śmierci zaczną wyrastać budki z kiełbaskami.


Większość mieszkańców Oświęcimia nie chce żadnej strefy ochronnej wokół dawnego obozu zagłady

Wielu mieszkańców Oświęcimia i Brzezinki nie chce żadnej strefy, bo uważają, że ogranicza ich prawa. - Strefa powinna się kończyć na drutach ogrodzenia. Jej zmniejszenie z pięciuset do stu metrów nie rozwiązuje naszych problemów - twierdzi Elżbieta Waluszek ze Społecznego Komitetu na Rzecz Obrony Praw Mieszkańców Miasta i Gminy Oświęcim. Największym problemem są tereny pod zabudowę. Od 1979 r. zakazem budowy i rozbudowy objęto ok. 3 tys. prywatnych działek. W Brzezince szczególne emocje budzą tzw. łąki czemichowskie. Dyrekcja muzeum uważa, że muszą pozostać nie zabudowane, bo więźniowie patrzyli ponad nimi na Beskidy. - Oni wychodzili do pracy przed świtem, a wracali po zmroku. Nie mogli nic widzieć - przekonują mieszkańcy.
Starszym mieszkańcom strefa bardzo źle się kojarzy, bo po raz pierwszy ustanowili ją Niemcy. - Ludzie są podwójnie poszkodowani. Najpierw zostali wysiedleni przez okupanta, a dziś muszą żyć w cieniu drutów - mówi mieszkanka Brzezinki. Teraz napięcie jeszcze wzrosło. Jeśli do tej pory chodziło tylko o zakaz budowy, to wraz z nowymi przepisami pojawiła się groźba wysiedlania ze strefy. O takim rozwiązaniu mówiło się w grudniu ubiegłego roku na posiedzeniu Międzynarodowej Rady Muzeum, której przedstawiono projekt ustawy. Co prawda, w połowie marca doradca premiera Agnieszka Magdziak-Miszewska zaprzeczyła na spotkaniu z mieszkańcami Oświęcimia, jakoby ktokolwiek miał zostać wysiedlony, ale gwarancji takiej nie ma w przepisach ustawy. - Do kogo się odwołam, jeśli któregoś dnia urzędnicy zmienią zdanie i uznają, że tu powinny jedynie rosnąć drzewa? - pyta Stanisława Rysztogi, której dom znajduje się w stumetrowym pasie ochronnym.
Przedstawiciele lokalnych władz zwracają uwagę, że ustawa nie precyzuje szczegółów, a najważniejsze decyzje oddaje w gestię ministra i wojewody. - Z dokumentu nie wynika, gdzie strefa powinna być szersza, gdzie węższa - mówi Jacek Urbiński, przewodniczący rady miasta Oświęcimia, podkreślając, że ani władze miasta, ani jego mieszkańcy nie są pewni, co się wydarzy za kilka lat. Zwłaszcza gdy zmienią się decydenci. - Niepokoi nas to, że w przyszłości sprawa może być traktowana instrumentalnie - przyznaje Adam Bilski, starosta oświęcimski. Strona rządowa uważa, że stumetrowa strefa jest dobrym kompromisem. - Nie będzie pasem zaoranej ziemi, na której zostanie posadzona zieleń - przekonuje Magdziak-Miszewska. Ryszard Masłowski, wojewoda małopolski, obiecał jednak, że wszystkie decyzje, jakie będzie podejmował w sprawie strefy, zostaną wcześniej skonsultowane z mieszkańcami Oświęcimia.


Okrojenie pasa ochronnego wzbudzi protesty środowisk żydowskich, które zawsze dążyły
do jego rozszerzenia


Przedstawiciele rządu nie ukrywają, że ustanowieniem strefy chcą rozwiązać problem żwirowiska. Agnieszka Magdziak-Miszewska już poinformowała, że po wejściu w życie ustawy krzyże zostaną przeniesione w miejsca kultu religijnego. - To się nigdy nie uda. Mnie żadna strefa nie obchodzi, a jeśli mnie stąd wyprowadzą, to nogami do przodu - zapowiada Kazimierz Świtoń.
Nie tylko upór Świtonia będzie źródłem kłopotów. Okrojenie strefy z pewnością wzbudzi protesty środowisk żydowskich, które zawsze dążyły do rozszerzenia istniejącego pasa. Wyrazem tego była koncepcja Roberta J. van Pelta i Deborah Dwork, przewidująca powiększenie obszaru muzeum w Oświęcimiu z 20 ha do 60 ha, a Brzezinki o dalsze 20 ha. Zakładano wówczas wywłaszczenie i wysiedlenie 1400 osób, wyburzenie 100 prywatnych budynków, 70 obiektów przemysłowych i gospodarczych, a także likwidację pięciu zakładów pracy. Później przygotowano drugi projekt, mniej radykalny, nie zakładający wysiedleń. Nigdy jednak nie było mowy o tym, by zmiejszyć istniejącą strefę. - Takie działania mogą wywołać niepokój w świecie żydowskim i wśród przyjaciół Żydów - ostrzega Feliks Lipman, wiceprzewodniczący Związku Gmin Żydowskich w Polsce i członek Światowego Kongresu Żydów. Duchowieństwo żydowskie nadal uznaje przepisy ustawy z 1927 r., w myśl których nie wolno niczego budować w odległości mniejszej niż 50 metrów od ogrodzenia żydowskiego cmentarza.
Mieszkańcy Oświęcimia i Brzezinki zaprotestowali przeciwko projektowi ustawy w Marszu Ciszy. Społeczny komitet zapowiada, że jeśli ustawa zostanie przyjęta przez parlament, zaskarży ją do Trybunału Konstytucyjnego. Desperacja ludzi jest tak wielka, że zaczęto się obawiać o bezpieczeństwo uczestników Marszu Żywych, zaplanowanego na 13 kwietnia.

Adam Woźniak

Ziemia przeklęta

"Wszystkie nowe krzyże na żwirowisku zostaną usunięte. Polski rząd jest zdeterminowany, by uczynić to jak najszybciej" - deklarował w listopadzie ubiegłego roku premier Jerzy Buzek w liście do Milesa Lermana, przewodniczącego Amerykańskiej Rady Pamięci Holocaustu. Premier precyzował, że na rozwiązanie tego problemu pozwoli nowa ustawa o ochronie miejsc pamięci i martyrologii. "Poleciłem moim ministrom, by prace nad jej ostatecznym kształtem potraktowali jako zadanie priorytetowe i bardzo pilne" - napisał w dalszej części listu.

Bardzo pilne prace trwały cztery miesiące, a zaprezentowany przez rząd projekt nie zadowala nikogo. Odnosząc się do wszystkich miejsc, w których martyrologia może kolidować z życiem, nie rozwiązuje problemu Auschwitz - symbolu o światowym wymiarze i jedynego takiego obiektu wpisanego na listę UNESCO. Prezentacja projektu została w gruncie rzeczy sprowadzona do kwestii strefy ochronnej, wywołującej kontrowersje zarówno w środowiskach żydowskich na świecie, jak i wśród ludzi mieszkających w pobliżu obozu. Zarząd miasta Oświęcimia już powziął uchwałę krytykującą rządowy projekt, zanim ten wszedł pod obrady Sejmu.
Nietrudno przewidzieć, jakie skupi emocje w toku prac parlamentarnych, nad którymi zaciąży przeświadczenie, że pod neutralną nazwą ustawy kryje się całkiem nieneutralny problem krzyży. Obiecując, że zostanie on rozwiązany przed dorocznym Marszem Żywych, przedstawiciele polskiego rządu liczyli zapewne na to, że do tego czasu sądy wydadzą prawomocne orzeczenia w sprawie dzierżawy żwirowiska. Tak się nie stało, a z początkiem marca Kazimierz Świtoń ogłosił inaugurację "nowego sezonu". Dziś znacznie trudniej będzie oddzielić kwestię tzw. krzyża papieskiego od stawianych masowo konstrukcji. Opinia publiczna poznała wszak argumentację ks. Musiała, że nie ma mowy o "krzyżu papieskim". Sam fakt, że papież odprawiał pod nim mszę, nie wystarczy: musiałby on wyrazić wolę jego ustawienia, konsekrować, dać mu swe imprimatur - przekonywał jezuita w oglądanym przez miliony "Tok Szoku". Również Jan Karski dobitnie przypomniał w kolportowanym szeroko oświadczeniu, że "władze polskie zgodziły się respektować osiągniętą w międzynarodowym dialogu zasadę, iż teren tej przeklętej ziemi pozbawiony będzie konotacji religijnych. Nie będzie na nim znaków i symboli żadnej religii czy wyznania. Ani krzyży, ani gwiazd Dawida, ani symboli islamskich, ani buddyjskich".
Rządowy projekt ustawy o ochronie miejsc pamięci nie koresponduje z tą zasadą, a w toku sporów parlamentarnych może się przeistoczyć w legislacyjnego potworka, który nie rozwiąże problemu największego cmentarzyska świata i nie ochroni innych miejsc pamięci i martyrologii.
Okładka tygodnika WPROST: 14/1999
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0