Konstytucja wolności

Konstytucja wolności

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zła gospodyni unosi brzeg dywanu i wmiata pod niego śmieci - trzask, prask i po wszystkim
Wydaje się, że jest już schludnie i czysto. Podobne postępowanie obserwujemy coraz częściej w działaniach lokalnych władz, które dążą raczej do usunięcia z oczu obywateli przejawów społecznych patologii niż do ich ograniczania. Pojawia się myślenie, że jeśli usunie się z ulic, a więc ludziom z oczu, żebrzących rumuńskich Cyganów, bezdomnych, narkomanów czy prostytutki, to problem zniknie. Że istnieją oni tylko o tyle, o ile ich widzimy.

Zaczęło się przed kilku laty w jednym z miast centralnej Polski, gdzie władze, jak szeryf na Dzikim Zachodzie, postanowiły wygnać ze swego miasta rumuńskich Cyganów. Wyłapano ich, odwiedziono na dworzec i wsadzono do pociągu. Potem przez miasta i miasteczka Polski przeszła fala uchwał samorządów lokalnych, zabraniających picia alkoholu w miejscach publicznych. Z czasem, gdy zrozumiano, że restauracje i kawiarnie to miejsca publiczne, a sądy przyjęte uchwały uchylały, zaczęto zabraniać picia na świeżym powietrzu. Stawiało to w konflikcie z prawem tych, którzy chcieli wypić lampkę wina w kawiarnianym ogródku. Awantury zakończyło orzeczenie Sądu Najwyższego, że można zabronić picia alkoholu w ściśle określonym miejscu, na przykład na skwerku będącym ulubionym miejscem zabaw dzieci, ale wszelkie generalne zakazy, spychające do mieszkań prywatnych zmęczonych upałem amatorów kufla piwa, są bezprawne. Autorom uchwał nie chodziło oczywiście o poprawę zdrowia mieszkańców miasteczka, zmniejszenie spożycia alkoholu czy zwalczanie alkoholizmu. Nie oczekiwali też chyba, że zakaz taki będzie powszechnie egzekwowany. Sądzono raczej, że pozwoli on ukarać łobuza, bo przecież przyzwoitych, tych nad kieliszkiem wina, czepiać się nie będziemy. O stosowaniu zakazu miał więc w praktyce przesądzać zdrowy rozsądek, czyli widzimisię funkcjonariuszy.
Jeszcze dalej poszedł wojewoda warszawski. Powołując się na przepis pozwalający mu na chwilowe ograniczanie dostępu do jakichś miejsc w nadzwyczajnych wypadkach, takich jak katastrofa ekologiczna, powódź czy pożar lasu, wydał zakaz przebywania nieletnich na ulicach i w miejscach publicznych bez opieki dorosłych od 23.00 do 6.00. Zakaz miał obowiązywać od początku maja do końca września, czyli w okresie wakacji: gdy wielojęzyczny tłum młodzieży śpiewa, tańczy i bawi się na warszawskiej Starówce. Według wojewody, miało to zmniejszyć przestępczość. Tymczasem egzekwowanie takiego zakazu musiałoby ją zwiększyć. Wymaganie, by policja, której jest za mało, wyłapywała spokojnych młodych ludzi, którym nic bezpośrednio nie zagraża, musiałoby znacznie zwiększyć swobodę działania przestępców. Znów pojawiło się myślenie, że zakaz egzekwowany będzie tak, jak funkcjonariuszowi w duszy zagra. Co gorsza, wojewoda wiedział, że wydając takie rozporządzenie, złamie prawo. Ostrzegał przed tym i rzecznik praw obywatelskich, i organizacje pozarządowe. Ostatecznie sąd uznał bezprawność rozporządzenia i je uchylił.
Wojewodę katowickiego raziła z kolei obecność na ulicach narkomanów. Postanowił poprawić estetykę miasta i wydać rozporządzenie nakazujące odwożenie ich prawem kaduka do placówek służby zdrowia. Wykazał się jednak lepszym niż wojewoda warszawski zrozumieniem rządów prawa. Wobec protestów lekarzy, iż nie mogą ludzi, których życiu nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, wbrew ich woli osadzać w medycznych kazamatach, oraz opinii specjalistów o bezprawności takiego rozporządzenia wycofał się z pomysłu. W innym miejscu Polski władze lokalne postanowiły rozpocząć krucjatę przeciw stojącym wzdłuż szos bułgarskim prostytutkom. Prostytucja nie jest w Polsce karana, ale "gaława jest, paragraf najdiotsa". Postanowiono wykazać, że staniem naruszają dowolny polski przepis, i uzyskać uzasadnienie dla deportacji.
Opisane przykłady świadczą o niebezpiecznych tendencjach. Po pierwsze - o skłonności do podejmowania działań nie mogących rozwiązać często bardzo poważnych lokalnych problemów, a stwarzających pozór, iż władza jest stanowcza i coś dla nas robi. Po drugie - o świadomym niekiedy naruszaniu prawa przez decydentów, którzy wiedząc, że podejmowane działania są bezprawne, i tak je realizują. Jeśli władza może z premedytacją łamać prawo, to dlaczego nie mógłby tego robić obywatel? Po trzecie - o skłonności do wydawania przepisów, które - co od początku wiadomo - w praktyce nie będą egzekwowane albo - co gorsza - egzekwowane wybiórczo.
Państwo ulega decentralizacji, coraz więcej władzy przechodzi z centrum na szczebel lokalny. Jest to w pełni zasadne. Jeśli jednak chcemy, by państwo było silne i bezpieczne dla obywateli, nie możemy pozwolić na pozorowanie działań, na świadome łamanie prawa przez administrację rządową i samorządową, na tworzenie przepisów, które stosowane będą "po uważaniu". Bo wówczas i państwo będzie słabe, i my nie będziemy bezpieczni. I na koniec wyznanie osobiste. Widzę problem pijaństwa. Obawiam się zachowań narkomanów. Boję się, gdy wracając nocą do domu, spotykam rozkrzyczaną bandę osiłków. Uznaję jednak, że mają oni dokładnie takie samo prawo chodzić po ulicach mego miasta jak ja. Bo oni też są u siebie. 
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0