Więzy krwi

Więzy krwi

Brutalne czystki etniczne w Kosowie serbski aparat propagandowy stara się uzasadnić koniecznością wykorzenienia zła jakie uosabiają mieszkańcy pacyfikowanej bezlitośnie prowincji
Według belgradzkich praktyków teorii dezinformacji kosowscy Albańczycy to bandyci przemytnicy bez skrupułów handlujący narkotykami bronią organami ludzkimi fałszerze dokumentów i sutenerzy. W podobny sposób przedstawiano w Rosji Czeczenów zanim doszło do krwawej rosyjskiej ekspedycji karnej na Zakaukaziu w 1994 r.
Albańczycy nie mieli w przeszłości wiele szczęścia. Ten językowo odmienny od sąsiadów góralski naród wywodzi swe korzenie od starożytnych Ilirów. Do dzisiaj kultywuje archaiczne obyczaje a w strukturze społeczeństwa wyróżnić można podział na dwie główne grupy etniczne: Gegów i Tosków. Przez stulecia Albańczycy opierali się najazdom Rzymian Greków i Turków. Albania była częścią imperium otomańskiego przez pięć wieków. W tym czasie większość Albańczyków przeszła na islam. Właśnie dlatego serbska propaganda nacjonalistyczna przedstawia ich jako "poturczonych" niewygodnych sąsiadów bałkańskich narodów chrześcijańskich.
Albania uzyskała niepodległość dopiero w 1912 r. W czasie II wojny światowej kraj został zajęty przez faszystowskie Włochy. Wyzwolenie spod okupacji zbiegło się z krwawą wojną domową z której zwycięsko wyszła partyzantka komunistyczna Envera Hodży. Mało znanym jest fakt udzielenia przez Hodżę pomocy partyzantom Tity podczas zajmowania przez nich Kosowa - serbskiej prowincji zamieszkanej przez albańską większość która przez kilka miesięcy opierała się przed powtórnym przyłączeniem do Jugosławii.
Na dramatyczne zerwanie więzów między Albańczykami z obu stron granicy wpłynęły jednak przede wszystkim powojenne zawirowania polityczne - udział Albanii w Kominternie i związany z tym konflikt z Jugosławią a później "ideologiczny alians" reżimu Envera Hodży z Chinami. W 1960 r. Albania stała się autarkiczną orwellowską enklawą na mapie Europy.
Przez kilka lat po obu stronach granicy nie wiedziano o sobie praktycznie nic. Oprócz granicznych zasieków i bunkrów oba kraje dzieliła także kurtyna milczenia . Nie było żadnych kontaktów. W książkach wydawanych w Albanii i w Jugosławii niewiele pisano o sąsiadach bo takie były wymogi "racji stanu". Albańczycy zaczęli lepiej poznawać kosowskich współziomków dopiero po roku 1974 kiedy Kosowo uzyskało od marszałka Tity autonomię a jednocześnie nieco poluzowane zostały rygory izolacji wprowadzone przez Envera Hodżę.


Tomasz SIANECKI specjalny wysłannik TVN w rejon konfliktu kosowskiego
Był to chyba dziesiąty dzień natowskich bombardowań serbskich pozycji. Od pewnego czasu mieszkałem już w Pri?stinie stolicy Kosowa dokąd przyjechałem pociągiem z Belgradu. Niewielu było nas w prisztińskim hotelu gdy nagle zatrzęsła się ziemia. Na miasto zaczęły spadać bomby. Detonacje były ogłuszające. Na dodatek post factum okazało się że owej feralnej nocy pociski eksplodowały między dwoma olbrzymimi zbiornikami z paliwem. Zasobniki z ropą na "czarną godzinę" ulokowane były 500 metrów od naszego hotelu. Łatwo się domyślić że mieliśmy szczęście. Byłem świadkiem niewiarygodnej tragedii jaka przypadła w udziale Kosowianom. Odwiedziłem m.in. obóz w Tetovie. Trudno rozmawiać z uchodźcami przeżywającymi dramat rozstania z najbliższymi. Rodziny są bowiem najczęściej rozdzielone. Wszyscy wszystkich poszukują. Nieodłącznym elementem krajobrazu są ogromne słupy ogłoszeniowe. Z drugiej strony zadziwia otwartość jaką demonstrują ci pozbawieni wszystkiego ludzie. Chcą mówić nie uciekają przed kamerami przed mikrofonami. Najwidoczniej pragną na chwilę wyrzucić z siebie gorycz życiowej katastrofy. Cieszą się jak dzieci kiedy widzą człowieka z aparatem komórkowym. I błagają aby im go na moment użyczyć. Szczęśliwi dzwonią wówczas do rodzin w Turcji Finlandii czy w Niemczech. Dowiadywałem się również z jakimi perypetiami docierali do obozów. Serbom nie wystarczyło że wygnali swych "wrogów" z domów. Na licznych posterunkach drogi krzyżowej domagali się jeszcze od swych ofiar okupu odbierając im wszelkie przedstawiające jakąkolwiek wartość przedmioty jakie uchodźcy zdołali ze sobą zabrać z przymusowo porzucanych domów.
Długotrwała separacja doprowadziła - zdaniem dr. Jacka Przeniosły eksperta ds. albańskich - do powstania istotnych różnic w mentalności przedstawicieli tego samego przecież narodu. Albańczycy pod wodzą despotycznego Envera Hodży nie mogli podróżować po świecie. Tymczasem względnie liberalny Josip Broz Tito nie zabraniał obywatelom Jugosławii w tym kosowskim Albańczykom zagranicznych wojaży. Nawet byli do nich zachęcani bo belgradzkie władze po cichu liczyły na to że najpierw będą oni przysyłać pozostałym w kraju rodzinom pieniądze a w końcu może pozostaną za granicą na stałe.
Po ustanowieniu w 1974 r. autonomicznego statusu Kosowa wydawało się że lokalne konflikty zostaną zażegnane - Belgrad zezwolił na utworzenie kosowskiego parlamentu i autonomicznych władz lokalnych na osobną flagę na utworzenie uniwersytetu w Pri?stinie. Albania przysyłała wykładowców dostarczała pomocy naukowej. Konflikt albańsko-serbski tlił się jednak nadal. W 1981 r. w Pri?stinie doszło do demonstracji i starć. W 1989 r. opętany wizją Wielkiej Serbii Slobodan Milo?sević przekreślił autonomię. Stąd wiodła już prosta droga do politycznych prześladowań i czystek etnicznych.
W Albanii oskarżanej wciąż przez Serbów o czynne sprzyjanie projektom secesji Kosowa rośnie solidarność z kosowskimi braćmi w nieszczęściu. - Jestem zachwycony przyjęciem z jakim spotykają się kosowscy uchodźcy w moim kraju - mówi Osman Kraja ambasador Albanii w Polsce. Dzieje się tak mimo że Albańczycy z Kosowa nie cieszyli się w ostatnich latach dobrą opinią w państwie albańskim. Zepsuli ją sobie na początku lat 90 kiedy gromadnie przyjeżdżali do Tirany Szkodry Durres czy Elbasanu. W spauperyzowanej Albanii obnosili się z pieniędzmi zarobionymi na "saksach" w Europie Zachodniej. Szastali markami i dolarami kupując co im wpadło w oko. Popisywali się także towarzystwem miejscowych kobiet prowokując zwady z mężczyznami. Dzisiaj wszelkie zadrażnienia poszły w niepamięć wobec ogromu nieszczęść jakie dotknęły braci z Kosowa.
Do Albanii przedostało się już ponad 300 tys. uchodźców. Ich liczba nadal rośnie. Licząca zaledwie 3 5 mln mieszkańców Albania najuboższe państwo Europy musi się liczyć z ogromnymi problemami. Tym bardziej że najwięcej uciekinierów trafiło do północnych stosunkowo najuboższych regionów kraju. Nikt nie wie jak się uporać z tragedią ale Albańczycy nawet nie rozważają możliwości zamknięcia granic.

Henryk Suchar
Jarosław Giziński



Marcin WRONA specjalny wysłannik TVN w rejon konfliktu kosowskiego
Byliśmy w pasie przygranicznym między Czarnogórą i Albanią. Nie mieliśmy pojęcia o tym że czarnogórski prezydent Milo Dziukanović wprowadził zakaz poruszania się cudzoziemców w strefie pięciu kilometrów od albańskiej granicy. Nasz łazik znajdował się wtedy na szczycie góry skąd zamierzaliśmy filmować obszar przygraniczny. W pewnej chwili z przerażeniem spostrzegłem że w naszą stronę wycelowana jest lufa działa przeciwpancernego znajdującego się 200 metrów od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Nagle z przeciwległych końców wzniesienia wyjechały dwa wojskowe jeepy. Na początku skonfiskowano nam wszystko - sprzęt telewizyjny dokumenty zabrano nawet chusteczki higieniczne. Na posterunku spędziliśmy dwanaście godzin. Tam też dowiedzieliśmy się że nasze życie wisiało na włosku. Precyzyjnie wymierzona w naszym kierunku rusznica nie wypaliła tylko dlatego że celowniczego zastanowiły numery naszego wozu. Sytuacja w tych obozach dla uciekinierów które widziałem m.in. w miejscowości Rożaje w Czarnogórze jest katastrofalna. Nie ma wody do picia ani do mycia. Ludzie leżą pokotem na podłodze w czterech halach fabrycznych jakie oddano im do dyspozycji. Rożaje leży w górach powietrze powinno więc być tam krystalicznie czyste. Tymczasem już na rogatkach z nóg zwala unoszący się nad miastem fetor. Ludzie opowiadali tam przerażające historie. Kiedy ich wypędzano z rodzinnych sadyb dostawali od Serbów rozkaz ewakuacji w ciągu pięciu minut. Ile rzeczy można zabrać z sobą w tak krótkim czasie? Niektórzy uchodzili bez butów. Ogołacani byli ze wszystkiego. Ogromne masy ludzkie kierowane były przez oprawców w ściśle określonych kierunkach bez możliwości wyboru drogi. Pytałem uciekinierów: co dalej? - To może ty nam powiesz. Przyjechałeś przecież z innego świata. Powinieneś wiedzieć - usłyszałem.

Grzegorz MIECUGOW dyrektor Działu Informacji TVN
Nie ukrywam że były to najcięższe dni w moim życiu. Tomasz Sianecki jest nie tylko moim podwładnym ale przede wszystkim bliskim przyjacielem. Poznaliśmy się i zżyliśmy jeszcze podczas wspólnej pracy w radiowej Trójce. Oczywiście pytał mnie czy może pojechać do Pri?stiny. Odparłem że na pewno sam dobrze wie dokąd się udać bo zna realia najlepiej. Tymczasem stolica Kosowa to miasto w którym nie działały telefony komórkowe zaś numer centrali w centrum prasowym był stale zajęty. Jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych na połączenie czekało się czasami cztery godziny. A tu zaczęły się bombardowania i długo nie było wiadomości od Tomka. Z głowy miałem całą noc. Nie mogłem zasnąć nachodziły mnie najgorsze myśli. Na szczęście wszystko się później wyjaśniło. Bezpośredniej relacji Marcina Wrony spodziewałem się prowadząc nasz program informacyjny "Fakty". Tymczasem połączenia długo się nie udawały. Dopiero pod koniec "Faktów" dodzwoniłem się do Jugosławii. Od razu dowiedziałem się że nasza ekipa została aresztowana. W naszej stacji błyskawicznie powołano sztab kryzysowy. Natychmiast przyjechał prezes Mariusz Walter. Nerwy mieliśmy napięte do granic wytrzymałości. W nocy wszyscy wydzwanialiśmy do siebie w nadziei że ktoś już coś więcej wie. Na próżno. Dopiero nad ranem dotarła do nas dobra nowina. Tyle że okrężną drogą przez Mazury. Marcin zdołał bowiem nagrać się tylko na komórkę mieszkającego tam przyjaciela. Na taśmie zostawił wiadomość że został uwolniony. Spadł nam kamień z serca. Oprócz frasunku wynikającego z niepokoju o naszych dzielnych kolegów miałem i mam także powód do satysfakcji. Od początku działań wojennych w Jugosławii jesteśmy jedyną polską stacją telewizyjną która wysłała tam swój wóz transmisyjny.
Okładka tygodnika WPROST: 16/1999
Więcej możesz przeczytać w 16/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0