Zawód killer

Zawód killer

W ostatnich miesiącach policja aresztowała kilkunastu płatnych zabójców
W ostatnich latach w Polsce działały przynajmniej cztery kilkuosobowe grupy zawodowych zabójców. Członków każdej z nich łączyły osoby zleceniodawców i teren działania. Jedna rekrutowała się prawie wyłącznie z byłych żołnierzy Specnazu pochodzących z Rosji, Ukrainy i Białorusi. Wykonywali głównie zlecenia mafiosów wywodzących się z wojskowych i cywilnych służb specjalnych PRL. Wszystko wskazuje na to, że jeden z pracujących dla nich killerów, Ukrainiec, zastrzelił gen. Marka Papałę, byłego szefa policji. Największy oddział killerów wykonywał zlecenia podwarszawskich gangów, inny "pracował" na wybrzeżu, jeszcze inny - w południowej Polsce. Kilkunastu zawodowych zabójców już aresztowano, w tym kilku zza wschodniej granicy. Wśród zatrzymanych są osoby podejrzewane o wykonanie wyroków m.in. na Marku Papale, Nikodemie S. (ps. Nikoś), szefie trójmiejskiego podziemia, Wiesławie K. (ps. Szwarceneger), Wiktorze Fiszmanie, białoruskim łączniku grup przestępczych zza Buga. Przeciwko zatrzymanym będą zeznawać świadkowie koronni - gangsterzy, którzy w zamian za darowanie grzechów ujawnią kulisy zabójstw.

Jeden z najliczniejszych "plutonów egzekucyjnych" w Polsce pracował dla Janusza T., Krakowiaka, domniemanego szefa śląskiej mafii. Krakowiaka i jego żołnierzy - wykonujących także zlecenia innych gangów - aresztowano w styczniu tego roku. W policyjnej obławie uczestniczyło 350 funkcjonariuszy z Warszawy, Wrocławia, Rzeszowa, Kielc, Krakowa i Katowic. - Wiemy o dziewięciu zabójstwach popełnionych na terenie Krakowa, Kielc, Stalowej Woli, Sosnowca i Opola. Śledztwo w tej sprawie ma charakter rozwojowy. Wytypowaliśmy 37 podejrzanych, 25 przebywa już w areszcie - mówi prokurator Jerzy Gajewski z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Zabójcy z grupy Janusza T. mają prawdopodobnie na sumieniu śmierć dwojga Rosjan zastrzelonych we wrześniu 1991 r. w Cedzynie, a także zabójstwo właścicieli kantoru w Sosnowcu. Prokurator Gajewski przekonuje, że najsolidniejszy materiał dowodowy zebrano w sprawie klasycznego zabójstwa na zlecenie dokonanego 22 stycznia 1997 r. w centrum Szczecina. Zastrzelono wówczas Białorusina Wiktora Fiszmana. Zleceniodawcą mógł być - zdaniem prokuratury - Marek K. (ps. Oczko), do niedawna niekwestionowany przywódca zachodniopomorskiego podziemia. Policja ustaliła, że za śmierć Fiszmana Oczko miał zapłacić 100 tys. zł. Rezydujący w Szczecinie Białorusin zginął, gdyż nie chciał się podporządkować miejscowej przestępczej hierarchii, zaczął nawet przejmować jej strefy wpływów.
Zabójca czekał na Fiszmana w pobliżu jego domu przy ul. Malczewskiego. Nie przejmował się przechodniami, nie był zamaskowany. Z zimną krwią oddał sześć strzałów: trzy kule ugodziły uciekającego Białorusina w plecy. Początkowo spekulowano, że zabili go Rosjanie. Przeciwko tej hipotezie przemawiało to, że Fiszman był często rozjemcą w konfliktach między Rosjanami i Polakami. Bardziej prawdopodobna okazała się wersja, wedle której zlecenie wyszło z gangu Marka K. Organom ścigania brakowało jednak dowodów.
Przełom nastąpił, gdy udało się ustalić, że trzy dni przed śmiercią Fiszmana w jednym ze szczecińskich hoteli doszło do spotkania przedstawicieli kilku - nie tylko polskich - grup przestępczych. Wśród uczestników "szczytu" znalazł się m.in. Ricardo F. z Belgii, zamieszany w największe afery przemytnicze, handel wódką i narkotykami. Policja przypuszcza, że właśnie wtedy wydano wyrok śmierci na Fiszmana. Marek K., najlepiej strzeżony więzień w Polsce, w sierpniu ubiegłego roku został przez szczecińską prokuraturę oskarżony o zorganizowanie i kierowanie przez siedem lat związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Jeden z najbliższych współpracowników Oczka, zasiadający razem z nim na ławie oskarżonych, sugerował podczas śledztwa, że przywódcy gangu rozważali zlikwidowanie zbyt samodzielnego Fiszmana. - Kiedy postawiliśmy Markowi K. zarzut zlecenia zabójstwa, ten odpowiedział: "Zaraz przyjedzie tu mój adwokat z Warszawy i was załatwi" - opowiada prokurator Gajewski.
Na Marka K. też zresztą "otwarto zlecenie": przeżył, gdyż płatny zabójca odmówił wykonania "usługi", gdy zorientował się, jak ważną osobistość ma zastrzelić. Killer oddał całą gotówkę zleceniodawcy i zniknął. Podobnych skrupułów nie miał egzekutor nasłany na Nikodema S., Nikosia, ojca chrzestnego jednej z pierwszych w Polsce profesjonalnych grup przestępczych. Zastrzelono go 24 kwietnia ubiegłego roku w gdańskim klubie Las Vegas. Świadko- wie zdarzenia zeznali, że zamaskowany zabójca wszedł do lokalu, powiedział "dzień dobry" i zaczął strzelać.
Zabójca Nikosia nie był jedynym killerem w Trójmieście, który trafił za kraty. Łącznie aresztowano osiem osób: zarówno wykonawców, jak i zleceniodawców. - Nie ustaliliśmy jeszcze bezpośredniego wykonawcy wyroku na Nikodemie S., jednak wiadomo, że to właśnie ta grupa stoi za zabójstwem w lokalu Las Vegas. Zresztą nie tylko za tym: inne ofiary ginęły w zamachach bombowych. Jest jednak zbyt wcześnie, by mówić o szczegółach - podkreśla prokurator Maria Jeżowska-Kamirska z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Zabójcy z Trójmiasta zlikwidowali m.in. biznesmena Piotra S., którego zwęglone zwłoki znaleziono przed rokiem w Borach Tucholskich. W tej sprawie chodzi nie tylko o zamordowanie Nikodema S., lecz także o kilkakrotne usiłowanie zabójstwa Macieja N., biznesmena z Gdyni. Na celowniku był również pewien instruktor jazdy konnej z Gdańska. W tej grupie należy szukać mordercy Wiesława K., Szwarcenegera - mówi Ireneusz Tomaszewski, szef Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Szwarcenegera zabito 5 maja 1997 r. w pobliżu jego domu w Gdańsku. Dziesięć strzałów z broni krótkiej padło z samochodu z obcą rejestracją. Wiesław K. zmarł nim pojawiła się karetka pogotowia. Nieoficjalnie mówiono, że wykonanie wyroku na Szwarcenegerze było nieuniknione, ponieważ próbował zmonopolizować przestępcze interesy na wybrzeżu. Naprawdę groźny stał się po nawiązaniu kontaktów - i to na wysokim szczeblu - z włoską mafią.
Organy ścigania mają kłopoty z ustaleniem okoliczności działania killerów w okolicach Olsztyna. W lesie na Mazurach odkryto nadpalone zwłoki dwóch złodziei samochodowych z Warszawy i mężczyzny, którego tożsamości nie udało się ustalić. Trzy kule znalezione w głowie i jedna w plecach wskazywały na to, że był on ofiarą egzekucji. W rejonie tym coraz częściej giną obcokrajowcy. - W pewnej posiadłości w październiku ubiegłego roku zastrzelono z broni myśliwskiej Estończyka i Łotysza. Właściciel posiadłości, Waldemar B., tłumaczył, że zabił ich, broniąc się przed napaścią. Tymczasem dwa dni później w pobliżu jego domu wykopano zwłoki dwóch kolejnych osób, obywateli państw WNP. Zastrzelono ich co najmniej rok wcześniej. Prawdopodobnie mamy tu do czynienia z działalnością międzynarodowego gangu. Ślady prowadzą na Łotwę i Estonię (do Tallina) - sugeruje prokurator Mieczysław Orzechowski z Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.
Prokuratorzy i policjanci podejrzewają, że obcokrajowcy przeszkadzali rodzimym grupom przestępczym, ponieważ zbyt ekspansywnie zabrali się za międzynarodowy handel bronią i heroiną. - Chodzi o olbrzymie pieniądze. Trudno w to uwierzyć, ale czasami gra idzie o ciężarówkę wypełnioną dolarami. Przy takich stawkach nie ma sentymentów.
W ostatnich latach coraz więcej zamówień killerzy otrzymują od osób załatwiających w ten sposób interesy lub osobiste porachunki. Wykonanie egzekucji na Januszu D. z Poznania zainicjował na przykład stróż prawa, policjant Mariusz D. Korzystając z pomocy dwóch pośredników, dotarł do płatnego zabójcy poszukującego zarobku po opuszczeniu zakładu karnego. Janusza D. zastrzelono w Gądkach, gdzie zamierzał się spotkać z żoną. To ona namówiła zaprzyjaźnionego policjanta, by pomógł jej pozbyć się męża, z którym chciała się rozwieść. Sprawca przyjechał na wyznaczone miejsce motocyklem. Oddał sześć strzałów z broni krótkiej. Janusza D. próbowano zresztą zabić już wcześniej: w jego biurze dwukrotnie podkładano ładunki wybuchowe. Jedna z bomb eksplodowała.
Do niedawna panowało przekonanie, iż sprawcami wielu egzekucji w naszym kraju są płatni zabójcy z Rosji, Biało- rusi i Ukrainy, szkoleni w oddziałach specjalnych walczących w Afganistanie i Czeczenii. Okazuje się, że wprawdzie "pracują" oni w Polsce, lecz prawie wyłącznie na zlecenie byłych funkcjonariuszy SB prowadzących rozległe interesy ze swymi odpowiednikami z KGB i GRU, najczęściej handlującymi bronią. - Polacy często podszywają się pod przestępców ze Wschodu. Na miejscu zbrodni celowo wykrzykują pojedyncze słowa po rosyjsku - po to, by świadkowie byli przekonani, że "zrobili to Ruscy".
Tymczasem killerzy ze Wschodu bardzo rzadko podkładają bomby lub strzelają na oczach przechodniów. Zabijają tak, by ciała nie można było zidentyfikować, by nie było śladów zbrodni. Wiedzieli o tym zabójcy Mariusza K., lidera piramidy finansowej Skyline, który wyłudził 4 mln DM od naiwnych amatorów szybkiego wzbogacenia się. Zaginął w sierpniu 1997 r. Ciało ukryto pod posadzką i zalano warstwą betonu o grubości 130 cm. Inną stosowaną przez zabójców z krajów WNP metodą jest nakładanie "betonowych skarpetek", czyli zatapianie zwłok w świeżym betonie. Kiedy beton wyschnie, blok z nieboszczykiem w środku wrzuca się do jeziora. Czasem ofiara polewana jest stężonymi kwasami. Stosowana jest również "moskiewska zamrażarka", zwana także "hartowaniem na śniegu": ofiarę umieszcza się na długi czas w chłodni, a gdy umrze, ciało układa się w publicznym miejscu. Niczym się wówczas nie różni od bezdomnych umierających z zimna. Ofiarą "moskiewskiej zamrażarki" był na przykład ochroniarz Wiesława N., właściciela wytwórni amfetaminy w Woli Karczewskiej.
Kiedy 21 lipca 1997 r. w centrum Poznania zastrzelono Andrieja Isajewa (ps. Malowany), uważanego za bossa rosyjskiej mafii w Polsce, początkowo spekulowano, że zrobili to Rosjanie, zazdrośni o jego interesy w handlu bronią, alkoholem i narkotykami. Okazało się jednak, że Isajew naraził się Polakom. - Było to klasyczne zabójstwo na zlecenie. Kilka dni wcześniej do Poznania przyjechali gangsterzy z środkowej Polski. Podczas tego spotkania obecny był Henryk N., Dziad, domniemany szef Wołomina. Prawdopodobnie wtedy zapadła decyzja o wyeliminowaniu Malowanego - sugeruje nadkomisarz Paweł Biedziak, rzecznik prasowy komendanta głównego policji. - W tej sprawie akt oskarżenia wniesiono przeciwko dziewięciu osobom. Kierowanie grupą, która wykonała egzekucję, zarzucono Zbigniewowi B., Orzechowi. Podlegli mu ludzie byli gangsterami z Warszawy i jej okolic. Ustalenie bezpośredniego sprawcy zabójstwa wyłączono do odrębnego postępowania - mówi prokurator Mirosław Adamski z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Jedną z osób podejrzanych w tej sprawie był Ludwik A., Lutek, właściciel pralni na Żoliborzu. Wraz z czterema innymi mężczyznami zginął on niedawno podczas strzelaniny w barze Gama w Warszawie. Po zabójstwie Malowanego Lutka aresztowano, jednak wkrótce został wypuszczony na wolność. - Przed ośmioma laty mówiono, że Lutek wymknął się policji, gdyż przed zatrzymaniem udało mu się wylać do Wisły ponad 23 tys. litrów "trefnego" spirytusu. Wolał utopić prawie cztery miliardy starych złotych, niż dostarczyć dowodów na swoją przestępczą działalność. Nie jest wykluczone, że trudno byłoby również udowodnić mu udział w zabójstwie Isajewa. Gdyby materiał dowodowy zebrany w toku śledztwa był mocny, sąd nie uchyliłby Lutkowi aresztu w tej sprawie - przekonuje jeden z warszawskich adwokatów.
Na Wiktora Fiszmana, Andrieja Isajewa, Estończyków, Nikosia i Szwarcenegera wyroki wydali konkurenci. Podobne były motywy zabójstwa Wiesława N., brata domniemanego szefa Wołomina. Zastrzelono go przed delikatesami na Pradze-Południe. - Chodziło o wyeliminowanie człowieka górującego nad innymi pomysłowością. Miał kontakty w świecie biznesu. To właśnie on, a nie jego brat Dziad, przejmował inicjatywę w interesach. Wyłamywał się ze schematów. Dlatego stał się niebezpieczny i niewygodny - mówi oficer Komendy Głównej Policji. Zarzut zabójstwa postawiono Michałowi P. Policja przypuszcza, że pomagał mu Ryszard S. Obaj pracowali dla Pruszkowa.
Kilkanaście dni temu wrocławscy policjanci zatrzymali dwóch płatnych zabójców podejrzewanych o zamordowanie przebywającej w Dolnej Saksonii Zofii S. Niemiecka policja jest przekonana, że zatrzymani - 34-letni Robert S. oraz 28-letni Grzegorz P. z Głogowa - pracowali dla międzynarodowego gangu. Poszukiwania sprawców trwały od sierpnia ubiegłego roku. - Zofia S. zajmowała się handlem samochodami. Prowadziła także nielegalne interesy. Sprawcy nie znali wcześniej ofiary, nie mieli zatem osobistego motywu zbrodni. Motyw rabunkowy również nie wchodzi w grę. Wszystko wskazuje na to, że zastrzelono ją na zlecenie - mówi prowadzący śledztwo prokurator Jacek Franus z Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Wojewódzkiej we Wrocławiu.
Zdaniem funkcjonariusza służb antyterrorystycznych, Polska stała się atrakcyjnym terenem działania dla zawodowych morderców o międzynarodowej sławie. - Mają tę przewagę nad rodzimymi zabójcami, że już dwie, trzy godziny po wykonaniu zlecenia znajdują się za granicą. Ci ludzie nie są związani z żadną grupą przestępczą. Zleceniodawca nigdy nie zna ich twarzy. Kontakt z nimi możliwy jest jedynie przez pośredników. Większość z nich pracowała kiedyś w służbach specjalnych. Zabijali w majestacie prawa. Teraz robią to na własną rękę - mówi wysoki oficer policji.
Policji i prokuraturze udało się pozyskać pięciu świadków koronnych, wywodzących się z najgroźniejszych grup przestępczych w kraju. Ich zeznania pozwoliły zgromadzić dowody w sprawach dotyczących piętnastu zabójstw. Wśród skruszonej piątki znalazł się egzekutor, który przyjął zlecenie na wykonanie wyroku śmierci i zaplanował egzekucję na białoruskim gangsterze, jednak ostatecznie strzelał kto inny. Osoby te objęto specjalnym programem ochrony. Utajniono ich personalia i miejsca pobytu, zmieniono im życiorysy. Ochrony mogą potrzebować do końca życia.
Okładka tygodnika WPROST: 17/1999
Więcej możesz przeczytać w 17/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0