Bolszewika goń

Bolszewika goń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prawica powinna zdobyć elektorat SLD
"Co jest dobre dla prawicy i szkodliwe dla postkomunistów, to jest dobre dla Polski" - napisał niedawno we "Wprost" Stefan Niesiołowski. Nieco dalej: "Czy demokrację należy budować z udziałem postkomunistów, czy też przeciwko nim? Moja odpowiedź na to pytanie jest jasna - przeciwko nim". I z tego samego tekstu jeszcze jedna myśl: "A co istotniejsze, postkomuniści traktują demokrację taktycznie, nadal mentalnie tkwią w Związku Sowieckim i Polsce Ludowej, o czym świadczy to, co piszą, mówią i robią, wszystkie w zasadzie ważniejsze debaty sejmowe z ich udziałem". Dobrego samopoczucia wybitnemu parlamentarzyście i członkowi władz ZChN gratulował już w swoim felietonie nieoceniony Stanisław Tym, słusznie przypominając, że ten typ zadufania znamy z czasów jakoby bezpowrotnie minionych i z zupełnie innej strony politycznej. Nie w żartach jednak rzecz. Mamy tu do czynienia z diagnozą moralnie niesprawiedliwą i politycznie mylną, poglądem szkodliwym nie dla postkomunistów (bo im takie pokrzykiwanie nie straszne), ale dla samej - dzisiaj rządzącej - centroprawicy.

Krótka historia pychy politycznej. Dzisiejszy postkomunizm polski jest w większym stopniu dzieckiem politycznej pychy i krótkowzroczności strony "solidarnościowej" niż PRL i Sowietów. Wiosną i latem 1981 r. "Solidarność" nie mogła poprzeć zapomnianego dziś ruchu "poziomów partyjnych", dążącego do głębokiej reformy PZPR, bo się po prostu bała sowieckiej interwencji, która wisiała na włosku. Osamotnione "poziomki" zostały wygubione przez partyjny "beton" i sromotnie przegrały IX nadzwyczajny zjazd PZPR, co otwarło gen. Jaruzelskiemu drogę do grudniowej nocy. Ale dlaczego Komitety Obywatelskie w 1989 r. nie chciały wesprzeć tych spośród kandydatów do Sejmu, zgłoszonych na miejsca przypadające stronie rządowej, których uważały za lepszych i uczciwszych od partyjnych twardogłowców? Wiem, jak wtedy myślano, bo sam byłem członkiem Małopolskiego Komitetu Obywatelskiego. "Nie będziemy się zniżać do współpracy z komunistami, do dzielenia ich na lepszych i gorszych" - takie dominowało wtedy stanowisko. Jedynym znanym mi okręgiem wyborczym, gdzie miejscowa "Solidarność" nie odymała się pychą, lecz zdobyła na myślenie polityczne, była Dębica, bo tam już w I turze na miejsca "partyjno-rządowe" wybrano popieranego przez nią członka PZPR i członka ZSL, a skreślono wystawionych na pierwszych miejscach listy PZPR-owskich działaczy. "Solidarność" wygrała tam w stu procentach, ale w całej Polsce wolała ufortyfikować się na przyznanych jej 35 procentach niby w okopach św. Trójcy. Oczywiście, można nisko oceniać ludzi, którzy przetrwali w PZPR aż do 1989 r., ale polityka jest grą, gdzie zwycięża nie ten, co ma lepsze świadectwo moralności, lecz ten, co ma większe poparcie i pozyskał więcej sojuszników. Ręka wyciągnięta do współpracy przez wiele osób o sumieniu pobrudzonym zbyt długim przechowywaniem czerwonej legitymacji zawisła w próżni. Dlatego duch "okrągłego stołu" tak szybko się ulotnił zastąpiony przez demona "wojny na górze", dlatego nie została wykorzystana szansa, jaką była Polska Unia Socjaldemokratyczna, powołana po rozwiązaniu PZPR w styczniu 1990 r. przez tych byłych partyjnych, którzy chcieli się odciąć od komunistycznej przeszłości. A PUS miała sporą reprezentację w Sejmie "kontraktowym" rządzącym do jesieni 1991 r. i pole do rozgrywki politycznej było otwarte.
Lewica jest składnikiem politycznego spektrum państwa demokratycznego. Od tego, jaka jest jakość lewicy i prawicy, zależy jakość demokracji. Niestety, zamiast wesprzeć budowanie lewicy przyzwoitej w miejsce lewicy PRL-owskiej, polityczna pycha ówczesnej "Solidarności" zapędziła wszystkich byłych PZPR-owców do jednego worka. Okopaniu tych ludzi we własnym gronie, przekonaniu ich, że nowe siły nie chcą niczego innego jak upokorzenia i zniszczenia "starych", służyły takie pomysły z lat 1991-1992, jak projekt wprowadzenia słonego podatku za "komuszenie", jak radykalne projekty dekomunizacji sięgającej szczebla byłego sekretarza POP. W efekcie nie przeprowadzono dekomunizacji jakiejkolwiek i dziś na czele SLD stoją byli sekretarze komitetów wojewódzkich - Leszek Miller czy Józef Oleksy. Tego rodzaju przywództwo i tego rodzaju liderzy intelektualni dzisiejszej - pożal się Boże - "lewicy", jak tygodnik "Nie" i dziennik "Trybuna", nie są owocem miłości SLD-owców do PRL, ale pychy triumfującej prawicy. "Solidarność" - zwłaszcza w okresie największego swego triumfu - ciężko pracowała nad odepchnięciem lewicy z powrotem do PRL.
Postkomunizm: cena za złe rządzenie. W pierwszych w pełni wolnych wyborach do Sejmu i Senatu RP w 1991 r. poparcie dla ówczesnego SLD wyniosło niespełna 12 proc. Jest to zapewne słuszna miara liczebności "sierot po PRL". Wtedy - w okresie największego triumfu nowych, lecz skłóconych i niezdolnych do działania sił - tylko tacy głosowali na postkomunistów. Ale już wtedy jakąś częścią tych 12 proc. byli ludzie rozczarowani nową władzą, bezrobotni, emeryci albo zagrożeni redukcjami. Pytanie o to, skąd się wziął wzrost poparcia dla SLD z 8-10 proc. do 27 proc. w wyborach 1993 r. i do dzisiejszych 33-36 proc., jest kluczem do rozumienia tego, co dzieje się w dzisiejszej Polsce, a także powinno być dla rządzącej dziś prawicy punktem wyjścia do solennego i dość gorzkiego rachunku sumienia. Ten zastanawiający wzrost poparcia nie wziął się stąd, że "sieroty po PRL" i Sowietach przestały się bać publicznego wyrażania swych preferencji i głosują zgodnie z własnym, czerwonym sumieniem. Dla ogromnej części swego elektoratu SdRP (obecnie SLD) nie jest - jak pisze poseł Niesiołowski - "kolejnym wcieleniem partii typu leninowskiego", dla której "poddawanie się demokratycznej weryfikacji jest dokuczliwą, nieuzasadnioną i najwyraźniej zbędną formalnością". Jest to - a tym gorzej dla jej prawicowych konkurentów - pragmatycznie kierowana partia, sprawnie dyskontująca wyborcze niezadowolenie elektoratu, umiejąca skutecznie przełożyć je na obsadzane przez siebie miejsca w parlamencie. SLD z tego punktu widzenia jest o wiele lepiej przystosowany do systemu demokratycznego niż prawica, rozmieniająca się na drobne w swym zajadłym skłóceniu, tracąca polityczne szanse w pyszałkowatym odtrącaniu sojuszników, realizująca reformatorskie programy zwykle mało udolnie, rękoma ludzi "słusznych", lecz niesprawnych.


W Polsce ukształtowała się taka opozycja lewicowa, jaka dzisiaj jest, i innej nie będzie

Czy prawica powinna nadal wpychać dzisiejszych zwolenników SLD do jednego worka opatrzonego epitetem "postkomuniści" i budować demokrację wbrew nim? Czy może raczej powinna się starać pozyskać ich głosy w kolejnych wyborach? A pozyskać je może tylko przez lepsze rządzenie i przez pozytywne efekty prowadzonych reform. Te na pewno przyjdą, bo spadek poparcia dla rządu i koalicji jest nieuchronną konsekwencją forsowania reformatorskich zamierzeń. Ale czy to wystarczy do zwycięstwa w roku 2001? Coraz bardziej obawiam się, że nie, bo prawicowa pycha nadal zaślepia posłów i ministrów łudzących się - tak jak przed klęską we wrześniu 1993 r. - że dany im przez wyborców mandat jest wieczny i nienaruszalny. Trzeba byłoby przede wszystkim zrezygnować z przejętej od SLD i PSL sekciarskiej polityki personalnej, prowadzonej pod powszechnie znanym skrótem TKM. Trzeba byłoby powściągnąć prawicową kłótliwość, której najnowszym efektem są brudy i pomówienia towarzyszące lustracji. Trzeba byłoby wreszcie - choć może już na to za późno - zacząć prowadzić przemyślaną politykę informacyjną rządu, a nie bawić się w kolejne zmiany rzecznika. Trzeba... Książka życzeń i zażaleń może być długa. Przynajmniej przestańmy strzelać gole do własnej bramki. Gdyby w USA szef Rezerwy Federalnej Allan Greenspan powiedział publicznie, że amerykańska gospodarka zmierza do recesji i tym zniechęcił inwestorów, podniósłby się taki wrzask, że biedak nie miałby innych szans jak dymisja. Tymczasem u nas szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych robi to systematycznie i ma się dobrze. Gdyby gdziekolwiek odpowiedni minister przed prywatyzacją państwowej linii lotniczej powiedział, że jej stan jest nie najlepszy, a jej wartość spada, natychmiast tę wypowiedź zdezawuowałby premier, a minister straciłby posadę. Gdyby był gotowy program budowy autostrad, to na pewno zostałby wprowadzony w życie dwa lata przed wyborami - nawet jeśli rząd musiałby do tego dołożyć - bo nie ma lepszego sposobu na zmniejszenie bezrobocia, a ten, kto zyskał pracę, głosuje zwykle na rządzących. I tak dalej, i tak dalej...

Postkomunista - kim jestem? Polityką polską dziesięć lat po upadku komunizmu nie rządzi już trumna PRL, ale to co na całym świecie: zatrudnienie, pieniądze, poczucie wolności, szanse zawodowe i osobiste. W Polsce ukształtowała się taka opozycja lewicowa, jaka dzisiaj jest, i innej nie będzie. Mogła być lepsza, przyzwoitsza, mniej uwikłana w PRL, ale tak się nie stało. Trudno, dziś jest za późno. Ale na taki SLD, jaki jest, głosował w przełomowych chwilach naszej najnowszej historii i głosować będzie w najbliższych wyborach nie tylko osobnik o poglądach bolszewickich i nie tylko bezrobotny stęskniony za powszechnym zatrudnieniem. Będzie głosował także młody człowiek przekonany, że lewica lepiej zatroszczy się o budownictwo mieszkaniowe zaniedbane przez prawicę. Będą głosowały całe zastępy Polaków, których chwyta obrzydzenie, gdy słyszą prawicowe kłótnie, żenujące wypowiedzi i doświadczają skutków prawicowej nieudolności. Co z tego, że po wyborach zastąpi ją nieudolność lewicowa: będzie to nieudolność inna, nowa. Takie są okrutne prawa demokracji. Będą głosowali na lewicę ludzie związani z gwałtownie rozwiniętym w Polsce przemysłem reklamowym, którzy są sfrustrowani zakazem reklamowania alkoholi, rozpowszechniania reklam skierowanych do dzieci i zaniepokojeni perspektywą dalszych ograniczeń, rysującą się przed dającymi im posady firmami. Będą i inni w podobnej sytuacji... Idzie na lewo wielu Polaków niechętnych zbyt daleko posuniętej ingerencji kleru w życie publiczne, przeciwnych wszystkiemu, co pachnie państwem wyznaniowym. Co z tego, że Kościół wcale takiego państwa budować nie zamierza? On ich nie potrafi o tym przekonać. Tych ludzi można pozyskać mądrą polityką. Ale na pewno nie można ich obrażać, bo zostaną jeszcze głębiej wepchnięci w ręce rzeczywistych postkomunistów.

Towarzysz Łukaszewicz też za wszystko winił dziennikarzy. Najlepszy rząd SLD będzie gorszy od obecnego z tej jednej przyczyny, że rząd Jerzego Buzka - choć nie zawsze udolnie - realizuje jakiś program niezbędnych reform, a rząd SLD po prostu nic robić nie będzie, ograniczając się do administrowania, wdzięcznych uśmiechów i konsumowania dorobku poprzedników. Socjotechniczną słuszność tej strusiej polityki potwierdziły rządy koalicji SLD-PSL w latach 1993-1997, bo bierne trwanie przynosi najmniejsze straty, a reformatorska odwaga - załamanie poparcia. Potem następcy muszą mozolnie sprzątać zanieczyszczony dom. Ale możliwy jest jeszcze inny stosunek do spadku poparcia: winna jest "Gazeta Wyborcza", zajmująca się - jak pisze Pan Poseł - "głównie walką z koalicją rządową". Winne jest lewicowe "imperium wpływów w środkach przekazu, wymiarze sprawiedliwości, gospodarce, a także w znacznym stopniu w szkolnictwie, samorządach, dyplomacji". W ten sposób nie rzeczywistość jest brzydka, ale jej opis. Podobnie myślał i podobnie grzmiał na dziennikarzy niezapomniany tow. Łukaszewicz - sekretarz KC PZPR, odpowiedzialny w czasach gierkowskich za ideologię i środki przykazu (przepraszam: przekazu). Ale "Łukaszka" miał do dyspozycji przynajmniej cenzurę i bezpiekę.
Więcej możesz przeczytać w 18/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0