Lekcja niemieckiego

Lekcja niemieckiego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy na Śląsku Opolskim odżyją polsko-niemieckie waśnie?
Kiedy władze gminy Bierawa na Opolszczyźnie postanowiły zlikwidować trzy szkoły, w tym jedną w Kotlarni, gdzie większość obywateli deklaruje narodowość polską, mieszkańcy zapowiedzieli powołanie Stowarzyszenia Polskiej Mniejszości. Miałoby ono bronić języka i kultury polskiej przed niemieckim zagrożeniem. Szkoła w Kotlarni jest jedyną w gminie, w której nie wprowadzono jeszcze języka niemieckiego jako ojczystego. Zdaniem mieszkających tam Polaków, likwidując placówkę, władze gminy chcą wymusić zgodę na nauczanie języka niemieckiego jako ojczystego. Polska społeczność obawia się też, że po wejściu w życie ustawy o mniejszościach narodowych niemiecki stanie się językiem urzędowym, zaś Polacy będą obywatelami drugiej kategorii. - Bronimy nie tylko szkoły, ale zanikających tradycji i kultury - twierdzi Marzena Olechowicz, przewodnicząca komitetu rodzicielskiego w Kotlarni.

- To uderzenie w naszą godność narodową - twierdzą w Kotlarni. Pada nawet słowo "germanizacja". Gorąco jest też wokół podstawówki w Bierawie, która ma być przekształcona w gimnazjum. Patronem szkoły jest śląski powstaniec Juliusz Jacek. - Zmienią szkołę, to wybiorą nowego patrona - obawia się Grzegorz Hadrian, mieszkaniec Bierawy i szef komitetu obrony szkół. Gminni urzędnicy zaprzeczają. - To bzdura. Nikt czegoś podobnego nie rozważał. Patron szkoły się nie zmieni - oświadcza Ryszard Gołębowski, zastępca wójta. Joachim Niemann, przewodniczący rady gminy w Bierawie i dyrektor Biura Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce, sprowadza konflikt do "prowokacji przeciwko władzy". - Protesty odbywają się w kiepskich szkołach, nawet nauczyciele są tam niedouczeni. Obawiają się, że stracą pracę - mówi. Radnych gminnych oburzyło wywieszenie na budynku szkoły biało-czerwonych flag. Potraktowano je jako zapowiedź strajku. - Konflikt w Kotlarni jest demonstracją bezradności mieszkańców - uważa Stanisław Skakuj, dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich Urzędu Wojewódzkiego w Opolu. Jego zdaniem, sprawująca władzę mniejszość niemiecka nie rozumie swojej roli. W minionej dekadzie mogła się czuć dyskryminowana, niemniej jednak w demokratycznej Polsce nie powinna odpłacać tym samym. - Jeśli gminni urzędnicy będą nadal postępować tak nieroztropnie, wzrośnie znaczenie ruchów, uważających mniejszość za zagrożenie - ostrzega Skakuj. - Działacze mniejszości nie mają wyczucia w stosunku do Polaków. Nie można zachowywać się tak buńczucznie - mówi Jerzy Szteliga, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, poseł SLD. Jego zdaniem, za konflikt odpowiedzialne są władze gminy i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Niemców, które powinno rozumieć obawy i nastroje Polaków. Henryk Kroll, przewodniczący TSKN, twierdzi, że dotychczas współpraca wywodzących się z mniejszości niemieckiej władz z Polakami układała się bez poważniejszych zakłóceń. Sugeruje, że problem jest celowo nagłaśniany. - Pojawiają się różni nie mieszkający tutaj politycy, chcący zbić polityczny kapitał - mówi Kroll. Konflikt w gminie Bierawa wybuchł w chwili, gdy przygotowywana jest ustawa o prawach mniejszości narodowych i etnicznych, wprowadzająca między innymi język pomocniczy do administracji publicznej. Oznacza to, że w miejscowościach, w których dominuje mniejszość narodowa, pracowaliby urzędnicy posługujący się językiem tej mniejszości. Petenci w urzędach gminnych będą mieli prawo żądać załatwiania swojej sprawy w tym języku oraz prowadzenia w nim korespondencji. Ustawa wprowadzi też podwójne nazewnictwo miejscowości. Podwójne nazewnictwo wzbudza największe opory przeciwników ustawy. Podczas pierwszego czytania za jej odrzuceniem głosowało PSL i znaczna część posłów AWS. Jan Piątkowski, poseł AWS, uważa, że spora część społeczeństwa nie jest jeszcze przygotowana do wprowadzenia niemieckich nazw, a sprawa ta może zakłócić proces pojednania. Henryk Kroll przypomina jednak, że do końca lat 80. Opolszczyzna była polonizowana, a lokalne władze przywożono w teczkach. - Tu chodzi o dostosowanie polskiego prawa do standardów międzynarodowych - mówi Kroll. - Przecież podobne ustawy zostały już wprowadzone w innych państwach. Na razie nie wiadomo, czy na tablicach pojawią się nazwy miejscowości sprzed 1933 r., czy późniejsze, wprowadzone przez władze III Rzeszy. - Będziemy wszystko uzgadniać z miejscową ludnością. Na pewno nie przywrócimy nazwy Hitlersee w miejsce Szczedrzyka - obiecuje Henryk Kroll. 

Więcej możesz przeczytać w 18/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0