Szkoła śmierci

Szkoła śmierci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy Ameryka znajdzie sposób na zatamowanie fali przemocy wśród dzieci i młodzieży?
Bez pośpiechu kroczyli szkolnymi korytarzami. Długie czarne płaszcze, automatyczne pistolety, granaty, na twarzach pogardliwe uśmiechy. Tym razem nie była to jednak scena z hollywoodzkiego horroru. Dylan Klebold i Eric Harris naprawdę odegrali scenę grozy, zabijając piętnastu i raniąc czterdziestu kolegów i nauczycieli. Na zakończenie starannie wyreżyserowanego spektaklu śmierci popełnili samobójstwo w szkolnej bibliotece, pozostawiając po sobie kilkadziesiąt rozmieszczonych w budynku szkolnym bomb-pułapek. Littleton to spokojne przedmieście Denver. Jeżeli cokolwiek wyróżnia je spośród innych zdominowanych przez klasę średnią przedmieść amerykańskich miast, to wyjątkowo wysoki odsetek mieszkańców z wyższym wykształceniem, wyznających "wartości rodzinne" i tradycyjnie głosujących na republikanów. Nie ma tu młodzieżowych band terroryzujących wielkomiejskie "betonowe dżungle", a jednak to właśnie w Littleton rozegrała się tragedia, która wstrząsnęła Ameryką. "Jeżeli coś takiego mogło się zdarzyć w Littleton, to znaczy, że może się wydarzyć gdziekolwiek" - powiedział prezydent Clinton. Dwóch nastoletnich uczniów miejscowej szkoły średniej należało do kilkunastoosobowej "mafii czarnych prochowców". Ich fascynację przemocą i rasizmem traktowano jako przejaw młodzieńczej głupoty. Dopiero po zbrodni policyjni detektywi zainteresowali się internetową korespondencją siedemnastoletniego Harrisa, pełną rasistowskich wyznań i tekstów utworów niemieckich grup techno, gloryfikujących przemoc. 21 kwietnia - w dzień urodzin Adolfa Hitlera - o godz. 8.41 Harris zalogował się na liście dyskusyjnej America Online. Nazwisko: Eric Harris; zainteresowania: dzisiaj jest mój ostatni dzień na Ziemi; komputery: bądźcie gotowi. Trzy godziny później razem z osiemnastoletnim kolegą wkroczyli do liceum Columbine. Po tragedii uczniowie wyznali, że bali się szkolnej "mafii", której członkowie już wcześniej grozili kolegom i chwalili się, że konstruują bomby. Nigdy jednak nie posunęli się do przemocy fizycznej, a agresję wyładowywali grając godzinami w ociekające krwią gry komputerowe, więc ostrzeżenia zignorowano. Od początku 1998 r. z rąk nastoletnich sprawców zginęło w Stanach Zjednoczonych 29 uczniów i nauczycieli. W niektórych miastach, na przykład w Baltimore, w szkołach pojawili się funkcjonariusze policji, których zadaniem jest obserwacja uczniów i przeciwdziałanie przemocy. Głosem wołającego na puszczy pozostają jednak argumenty psychologów, którzy zwracają uwagę na to, że gloryfikacja przemocy i obsesyjna fascynacja zbrodnią zauważalna w amerykańskiej kulturze masowej nie może nie wywierać wpływu na psychikę kolejnych pokoleń młodzieży, i to niezależnie od pochodzenia społecznego. Interesującym precedensem może się stać proces wytoczony w Nowym Jorku twórcom filmu "Urodzeni mordercy" po tym, jak młodociany zabójca wyznał, że był zafascynowany krwawymi wyczynami dwojga bohaterów tego "kultowego" obrazu. W toczącej się w amerykańskich mediach dyskusji poruszany jest problem powszechnej dostępności broni palnej. Mimo wszelkich prób kontrolowania zakupu broni, w Stanach Zjednoczonych w rękach osób prywatnych pozostaje 300 mln pistoletów i karabinów. Podjęta przez administrację Clintona batalia, której celem było ograniczenie sprzedaży broni palnej osobom niezrównoważonym psychicznie, zakończyła się połowicznym sukcesem, jako że ograniczenie - zresztą łatwe do obejścia - dotyczy tylko broni automatycznej. Inną próbą zwalczania przemocy jest prowadzona od ponad roku akcja polegająca na wytaczaniu procesów producentom broni. Przedstawiciele amerykańskich miast żądają od nich pokrycia olbrzymich kosztów operacji policyjnych i odszkodowań płaconych ofiarom. Do akcji włączyły się cztery miasta, wśród nich Nowy Orlean i Chicago. Na razie szanse wygrania z potężnym lobby producentów broni i wpływowym Stowarzyszeniem Broni Palnej (NRA) są niewielkie, ale sukces w walce z równie potężnymi koncernami tytoniowymi stał się zachęcającym przykładem skutecznej akcji prawnej. Zwolennicy powszechnej dostępności broni argumentują, że tragedii w Littleton można było zapobiec, gdyby... pozwolić nauczycielom na noszenie broni krótkiej pod ubraniem. Charlston Heston, przewodniczący NRA, twierdzi cynicznie, że "nie zabija broń, lecz ludzie" i żadne nowe prawo nie jest potrzebne, ponieważ i tak nikt nie przestrzega 20 tys. już obowiązujących przepisów federalnych i stanowych. Dyskusje toczą się od lat, ale na razie niewiele wskazuje na to, by Ameryce udało się znaleźć sposób na zatrzymanie epidemii bezsensownej śmierci. Jeszcze nie ucichły strzały w Littleton, a w Filadelfii zginął pięcioletni chłopczyk bawiący się na ulicy pistoletem.
Więcej możesz przeczytać w 18/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0